fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolarstwo

Tour de France: Triumf człowieka z gór

Egan Bernal (w żółtej koszulce) i Geraint Thomas, czyli dwa asy grupy Ineos
AFP, Marco Bertorello
Egan Bernal wygrywa Tour de France. 22-letni Kolumbijczyk najmłodszym zwycięzcą po drugiej wojnie światowej. Grupa Ineos stawia na swoim.

W niedzielę wieczorem skończył się na Polach Elizejskich najciekawszy Tour od lat. Gospodarze długo mieli nadzieję, że pierwszy raz od roku 1985 wygra Francuz – Julian Alaphilippe lub Thibaut Pinot. Nic z tego, Alaphilippe nie wytrzymał ataku Bernala na piątkowym alpejskim etapie, a Pinot wycofał się z powodu kontuzji mięśni nogi.

Aż do Alp wydawało się, że będzie to Tour ciekawy, bo niezabetonowany (tego sformułowania najczęściej używały media) przez grupę Sky, która w styczniu stała się własnością najbogatszego Brytyjczyka Jima Ratcliffe'a i jedzie dalej jako Team Ineos.

W piątek okazało się, że jest to także Tour niezwykły. Pierwszy raz organizatorzy musieli przerwać etap, gdyż wysoko w górach, w okolicach sławnej stacji narciarskiej Val d'Isere spadł grad, zeszła błotna lawina i droga stała się nieprzejezdna.

W tej sytuacji dyrektor wyścigu zatrzymał kolarzy i za ostateczną kolejność uznał tę na szczycie Iseran (30 km przed metą pierwotnie planowaną po wspinaczce do Tignes). To właśnie tam Bernal wygrał wyścig, jego ataku nie wytrzymał Alaphilippe (stracił ponad dwie minuty), dlatego też nie słychać pretensji, że pogoda wypaczyła rywalizację, wprost przeciwnie, prawie wszyscy są zgodni, że Kolumbijczyk zasłużył na zwycięstwo.

Kiedy jego kolega z drużyny Ineos i ubiegłoroczny triumfator Geraint Thomas powiedział siedzącemu już w samochodzie Bernalowi, że został liderem i praktycznie wygrał Tour, Kolumbijczyk nie mógł uwierzyć. Wspomniał tylko, że jeszcze na rowerze słyszał podniecone głosy w słuchawce, ale niewiele zrozumiał, bo trzeba mu wszystko przetłumaczyć na hiszpański.

Sobotni etap – także w związku z pogodą i nieprzejezdnymi alpejskimi drogami – został znacznie skrócony (liczył tylko 59 km) i miał jeden ostry podjazd. To właśnie tam Alaphilippe, który już dzień wcześniej pogodził się z tym, że Touru nie wygra, stracił także miejsce na podium.

Zadecydował o tym atak grupy Jumbo-Visma, która chciała, by w pierwszej trójce znalazł się jej lider Steven Kruijsvijk. Alaphilippe odpadł z czołówki, a najwięcej skorzystał na tym Geraint Thomas, który – podobnie jak Bernal – dotrzymał kroku atakującym i dzięki temu awansował na drugą pozycję, Kruijsvijk wskoczył na podium, a Alaphilippe musi zadowolić się piątym miejscem.

Czyli można powiedzieć, że Francja przez trzy tygodnie była w gorączce, komentatorzy twierdzili, że brak Chrisa Froome'a zatrzymał brytyjską betoniarkę, a na koniec okazuje się, iż sir David Brailsford – dyrektor Ineos – osiągnął swój cel, nie robiąc przesadnego szumu po drodze. Jego neo-Sky wygrał podwójnie.

Ale to tylko połowa prawdy, bo tegoroczne zwycięstwo jest jednak inne. Grupa Ineos zwyciężyła dyskretnie, piątkowy atak Bernala był jedyną spektakularną akcją brytyjskiego zespołu, Thomasa na podium wciągnęła grupa Jumbo-Visma, a pozostali kolarze Ineos przejechali Tour bez błysku. Gdy już Brailsford zdecydował, że czas skończyć z jazdą na dwóch liderów, i dał Bernalowi wolną rękę, ten nie dostał istotnego wsparcia od kolegów.

Jednym z nich był Michał Kwiatkowski. Przed górskimi etapami kolarscy fachowcy podkreślali walory Polaka jako pomocnika Thomasa (francuski dziennik „L'Equipe" poświęcił mu nawet całą stronę), ale góry wszystko zmieniły. Ta sama gazeta dwukrotnie wymienia Kwiatkowskiego jako tego, który w teamie Ineos najbardziej zawiódł.

Tego, że kiedyś Tour de France wygra Kolumbijczyk, można było się spodziewać. Od lat kolarze z tego kraju odgrywają czołowe role w zawodowych grupach, a Nairo Quintana jest w ojczyźnie równie popularny jak czołowi piłkarze i musi chodzić z obstawą. Kolumbijczycy są szczególnie cenieni za to, jak jeżdżą w górach, czemu trudno się dziwić, bo żyją i trenują od młodości na dużych wysokościach.

Bernal zaczynał od kolarstwa górskiego, osiągał nawet w tym sporcie sukcesy (zdobywał medale mistrzostw świata juniorów), ale gdy dostrzegli go europejscy spece, w 2016 przeniósł się do Włoch, a od roku 2018 jeździ w grupie Ineos. Zwyciężył już w swym drugim starcie w Wielkiej Pętli, rok temu był pomocnikiem Froome'a i Thomasa.

Kiedy już dotarło do niego, że nikt go nie wyprzedzi, powiedział: „Podejrzewam, że sukces w Tour de France jest jak narkotyk, gdy już raz wygrasz, to chcesz jeszcze. Ja bardzo chcę i się o to postaram".

Jako Kolumbijczyk być może powinien wybrać inną metaforę, ale zapewne nigdy nie słyszał o Ryszardzie Szurkowskim, który kiedyś po wygraniu Wyścigu Pokoju stwierdził: „Kolarstwo to jest czar".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA