fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolarstwo

Dylan Groenewegen wrócił do ścigania. Uraz głowy i serca

Kraksa na finiszu w Katowicach. To jedno z najbardziej znanych sportowych zdjęć ubiegłego roku
Getty Images, Luc Claessen
Holender Dylan Groenewegen wrócił do ścigania po makabrycznym wypadku, który spowodował rok temu podczas Tour de Pologne. Dwa wyścigi ma już też za sobą poszkodowany, jego rodak Fabio Jakobsen.

To było jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń w dziejach polskiego wyścigu. Rok po śmierci Belga Bjorga Lambrechta, który w Bełku na Śląsku – także w trakcie Tour de Pologne – zjechał z trasy i uderzył w betonowy przepust, zdarzyła się kolejna tragedia. Jakobsen popchnięty przez Groenewegena wpadł w barierkę, przekoziołkował i uderzył o asfalt, gdy kolarze pędzili po katowickiej jezdni 80 km/h.

– Pamiętam tylko olbrzymi hałas, odgłos zderzających się rowerów i ciszę, która nastąpiła chwilę później – wspomina Groenewegen. Kolega Jakobsena z zespołu Remco Evenepoel domagał się dożywotniej dyskwalifikacji dla sprawcy wypadku. Szef grupy Deceuninck-Quick-Step Patrick Lefevere najpierw chciał dla Groenewegena kary więzienia, a kiedy ochłonął, zapowiedział proces o odszkodowanie.

Nie chciał patrzeć na rower

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) zdyskwalifikowała sprintera na dziewięć miesięcy. To najsurowsza kara w dziejach dyscypliny, która nie była orzeczona w związku z dopingiem. Groenewegen podczas tamtego finiszu również ucierpiał: złamał obojczyk, leżąc na asfalcie, widział wystającą z ciała kość. Dziś przyznaje, że poważniejszych urazów doznały jednak jego głowa oraz serce.

– Przez kilka pierwszych tygodni po wypadku nie chciałem nawet patrzeć na rower, który stał w garażu. Musiałem odpocząć, wrócić do miejsc z dzieciństwa. Pomagałem ojcu w jego sklepie rowerowym w Amsterdamie. To mi pomogło, oczyściłem dzięki temu głowę – wspomina Groenewegen na łamach „L'Equipe".

Holender na początku roku opowiadał „Helden Magazine" o listach z pogróżkami, policyjnej ochronie i panicznym strachu, kiedy w domu przypadkowo włączał się alarm. Pewnego dnia znalazł nawet w skrzynce sznur, na którym miał powiesić własne dziecko. Dziś wciąż zmaga się z groźbami i hejtem, ale zapewnia też, że odzyskał motywację oraz radość ze ścigania.

Finisz komandosów

Wypadki w zawodowym sporcie są zazwyczaj efektem ryzyka, na które godzą się sami uczestnicy. Kolarski sprint to szaleństwo, adrenalina wyłącza układ nerwowy. Najszybsi pędzą rozciągnięci szeroką ławą od barierki do barierki z prędkością 70–80 km/h, a gwałtowny balans tułowia sprawia, że w ruch idą barki i łokcie. Wszystko trwa kilkanaście, czasem kilkadziesiąt sekund.

Na ostatnich metrach sprinterskich etapów rywalizują prawdziwi komandosi, których w peletonie rozpoznać łatwo, bo na tle drobnych „górali" wyglądają jak kolumny mięśni. Potężni i masywni przez niemal cały etap jadą pod ochroną kolegów z ekipy. Kiedy finisz się zbliża, poszczególne grupy tworzą tzw. pociągi, żeby zapewnić swojemu liderowi jak najlepsze miejsce do ataku.

Emocje na ostatnich metrach udzielają się nawet największym, wśród wybitnych sprinterów trudno znaleźć takich, którzy nie mają na sumieniu żadnej winy. Przepychanki rzadko mają jednak takie konsekwencje jak ta ubiegłoroczna z Katowic. Tym większym cudem jest, że obaj jej uczestnicy wrócili już do peletonu.

Jakobsen ma nawet za sobą dwa wyścigi. Podczas Tour of Turkey nie szalał, linię mety mijał w drugiej części peletonu. Solidnie pracował jednak na cztery etapowe zwycięstwa Brytyjczyka Marka Cavendisha. Mógł się na mecie szeroko uśmiechnąć, choć wciąż brakuje mu dziesięciu zębów: pięciu u góry i pięciu u dołu. Ma też przestawiony nos oraz dużą bliznę na czole. Dziewczyna po wypadku poznała go podobno tylko dzięki charakterystycznym zmarszczkom przy oku. Nieprzytomnego Jakobsena dwa razy odwiedzał ksiądz.

Potężny sprinter zamienił się w człowieka niepełnosprawnego – z uszkodzonymi płucami, przewodem oddechowym i ze 130 szwami. Wszyscy byli przekonani, że już nigdy nie wsiądzie na rower.

Kiedy Holender podczas finiszu w Katowicach uderzył o asfalt, zaczął dusić się krwią. Możliwe, że życie uratowała mu przytomność kolegi z zespołu Floriana Senechala, który podniósł jego głowę i ułatwił oddychanie. Był moment, kiedy lekarz zespołu zwątpił, ale ratownicy się nie poddali.

Efekt? Jakobsen na początku grudnia wrócił do treningów, a dwa miesiące temu oświadczył się swojej dziewczynie Delore.

Dziwne spotkanie

Groenewegen kilka dni po wypadku wysłał wiadomość do ojca Jakobsena, później odezwał się do samego kolarza. Niedawno spotkali się w Amsterdamie. Sprawca wypadku powiedział „L'Equipe", że towarzyszyły mu duże emocje, a na początku spotkania było dziwnie. Wcześniej oznajmił, że było miło, ale treść rozmowy zachowa dla siebie.

Jakobsen oburzył się, że Groenewegen w ogóle zabrał głos na temat spotkania. – Celem było osiągnięcie porozumienia w sprawie wypadku, do którego doszło w Polsce. Wszystko miało pozostać między nami – napisał na Twitterze. Dodał też, że rywal go nie przeprosił, nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za wypadek, a kolejne kroki w tej sprawie podejmą prawnicy.

Władze zespołu Jumbo-Visma chciały, żeby Groenewegen wrócił do ścigania po cichu, ale z powodu koronawirusa odwołano niezbyt prestiżowy Tour of Norway. O tym, jak przyjmą go w peletonie koledzy po fachu, przekonuje się więc podczas wielkiego touru – Giro d'Italia. – Dostałem mnóstwo głosów wsparcia, ale spodziewam się też negatywnych reakcji – mówił tuż przed startem wyścigu.

Odzyskać wiarę w siebie

27-latek podczas niedzielnego sprintu był czwarty, a na mecie wyjaśniał, że choć było nieźle, to miał momenty wahania i musi się lepiej zgrać z zespołowymi kolegami. – Chciałem postępować logicznie, ale popełniłem kilka błędów. Wszystko przyjdzie z czasem, na razie muszę przede wszystkim odzyskać wiarę w siebie – mówi Groenewegen. Nie wiadomo jeszcze, jakie będą jego kolejne starty.

Plan wyścigowy Jakobsena na ten sezon także pozostaje nieznany. Trudno powiedzieć, kiedy – jeśli w ogóle – spotkają się znowu na trasie. Może okazją będzie zaplanowany na 9–15 sierpnia Tour de Pologne. Sprintu w Katowicach po raz pierwszy od lat w planach wyścigu nie ma. Zastąpi go etap jazdy indywidualnej na czas.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA