fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolarstwo

Michał Kwiatkowski i statyści z Polski

Michał Kwiatkowski
Michał Kwiatkowski w grupie Ineos dużo zarabia, ale sukcesów nie odnosi
AFP
Peleton już dawno powitał wiosnę, ale naszych orłów wciąż w nim nie widać.

Poprzedni rok zdominowały kraksy oraz niebezpieczne wypadki. Kolarze łamali żebra i obojczyki, bo jechali pod wyjątkową presją. Pandemia nie tylko skróciła sezon, ale też opóźniła negocjacje kontraktów, więc wielu zawodników walczyło o swoją przyszłość. Niemiec Jens Voigt oznajmił nawet, że kolarstwo stało się bardziej niebezpieczne niż Formuła 1.

Przyszedł czas na zmiany, ale nowe reguły nie wszystkim się podobają. Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) nie tylko utworzyła stanowisko dyrektora ds. bezpieczeństwa (objął je były zawodnik Richard Cassot) i zapowiedziała podwyższenie standardów dotyczących barierek zabezpieczających trasę, ale także zdefiniowała niektóre zachowania kolarzy jako niebezpieczne. To wywołało najwięcej kontrowersji.

Niebezpieczna rama

UCI ustaliła między innymi strefy, gdzie kolarze mogą wyrzucać puste bidony. To przewinienie, za które czerwoną kartkę podczas niedzielnego wyścigu Ronde van Vlaanderen dostał Michael Schaer. Szwajcar gonił peleton i odrzucił bidon w kierunku grupki kibiców. Najwyraźniej szybko zdał sobie sprawę ze złamania przepisów, bo po kilku sekundach odwrócił się i bezradnie rozłożył ręce.

Schaer już kolejnego dnia opisał na Instagramie, jak sam w młodości podczas Tour de France złapał bidon rzucony przez jednego z kolarzy. – Po powrocie do domu każdego dnia przypominał, jakie jest moje marzenie – oznajmił. Podzielił się też z kibicami historią o inspiracji oraz niepowtarzalnej bliskości fanów i zawodników, jaką daje kolarstwo.

Szwajcar, apelując o zmianę kontrowersyjnego przepisu, zapomniał wspomnieć, że nierozważnie rzucony bidon może być niebezpieczny. Jesienią właśnie w ten sposób upadek eliminujący go z walki o wygranie Giro d'Italia miał jeden z faworytów wyścigu, Brytyjczyk Geraint Thomas.

Dwukrotny mistrz olimpijski Fabian Cancellara w starciu z bidonem złamał obojczyk. – Dzisiejsze butelki są naprawdę niebezpieczne. Najechanie na bidon jest jak uderzenie w kamień. Zdarzyło się to mnie, podobne przypadki miało wielu innych kolarzy. Coś trzeba z tym zrobić – apelował kilka lat temu Szwajcar nie tylko do UCI, ale także do producentów sprzętu.

Inną istotną zmianą jest zakaz „super tuck", czyli siadania na ramie roweru podczas zjazdów. To technika wymyślona przez Słoweńca Mateja Mohoricia, którą spopularyzował Brytyjczyk Chris Froome. Gwiazdor Ineos Grenadiers właśnie w ten sposób, pędząc 90 km/h w kierunku Bagneres-de-Luchon, pięć lat temu uciekł z grupy faworytów i został liderem Tour de France.

Jego popis natchnął holenderskiego profesora Berta Blockena, który z grupą naukowców przeanalizował aerodynamikę pozycji zjazdowych czołowych kolarzy. Jego badania wykazały, że odpowiednie nachylenie ciała – konkretnie preferowane przez Słowaka Petera Sagana siedzenie na tylnej części rury, z kierownicą na wysokości barków – może dać nawet 17 proc. zysku.

Kwiatkowski kontra grizzly

Taka pozycja jest jednak niebezpieczna i na wąskich, krętych zjazdach może prowadzić do upadków, więc UCI jej zakazała. – Może warto pochylić się nad prawdziwymi zagrożeniami, jak chociażby olej rozlany na drodze? Nie wińcie nas za kraksy. Jest naprawdę dużo do zrobienia w kwestii organizacji oraz bezpieczeństwa, ale zakaz jazdy na ramie? Nie zgadzam się – skomentował Michał Kwiatkowski.

Polak sam był tej wiosny w tarapatach, bo miał groźny upadek podczas wyścigu Trofeo Laigueglia. Początkowo żartował, mówiąc, że wygląda jak po starciu z niedźwiedziem grizzly, ale później, kiedy zdążył już przejechać tygodniowy wyścig Tirreno-Adriatico oraz klasyk Mediolan-San Remo, okazało się, że złamał żebro. „Czas na odpoczynek, aby wrócić silniejszym" – napisał.

Kwiatkowski pod koniec ubiegłego roku przedłużył kontrakt z Ineos Grenadiers, ugruntowując swoją pozycję wśród kolarskich krezusów. Polak na ostatniej liście płac opublikowanej przez dziennik „L'Equipe" był szósty z roczną pensją 2,5 mln euro. Takich pieniędzy nie zarabiają ani francuski mistrz świata Julian Alaphilippe, ani drugi zawodnik ubiegłorocznej Wielkiej Pętli, Słoweniec Primoż Roglić.

Gwiazdorska gaża ułatwia chowanie ambicji do kieszeni. Kwiatkowski jeździ dla drużyny bogatej w wielkie nazwiska i podczas wielkich tourów pomaga liderom. Kwiatkowski na siebie pracuje przede wszystkim podczas wyścigów klasycznych, ale tej wiosny nie mógł się w nich wykazać.

Inni Polacy jadą przez sezon anonimowo. Kolarze mają za sobą 12 wyścigów World Touru, a najlepszy wynik naszego kolarza to dziesiąta lokata Stanisława Aniołkowskiego z zespołu Bingoal-Wallonie Bruxelles w jednodniowym wyścigu Brugge-De Panne. Kwiatkowski walczy z problemami zdrowotnymi, a Rafał Majka jest żołnierzem Słoweńca Tadeja Pogacara.

Kolarz z Zegartowic zimą zamienił Borę-Hansgrohe na UAE Team Emirates. – To było ważne dla mojej głowy. Nigdy nie byłem tak zrelaksowany, jak teraz – wyjaśniał przed startem sezonu w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zmienił środowisko, a z jego pleców spadła presja. W poprzednim zespole był jedną z gwiazd, a teraz jego najważniejszym zadaniem jest wspieranie lidera.

Status Majki to kolejny sygnał, że pozycja polskiego kolarstwa słabnie. Pandemia spowodowała upadek CCC Team, który miał w składzie pięciu naszych zawodników. Kamil Małecki podpisał kontrakt z Lotto Soudal, ale w grudniu doznał poważnej kontuzji. Kolarzem tej samej grupy jest Tomasz Marczyński, Szymon Sajnok został zawodnikiem Cofidisu, a Łukasz Wiśniowski trafił do Team Qhubeka.

Zawodnikiem Ineosu jest Michał Gołaś, a Maciej Bodnar jeździ dla Bory. Na tych nazwiskach lista Polaków w zespołach World Touru się kończy. Aniołkowski wybrał drużynę z drugiej dywizji, bo jako 23-latek wciąż chce się uczyć.

Przełożony wyścig Paryż-Roubaix

Polskie kolarstwo potrzebuje świeżej krwi, bo światową czołówkę szturmuje młodzież, a czterech z ośmiu naszych kolarzy World Touru jest już po trzydziestce.

Polacy statystują, a kolarska wiosna wkracza w decydującą fazę. Organizatorzy przełożyli wyścig Paryż-Roubaix na październik, ale odbyły się już dwa inne monumenty: Mediolan-San Remo i Ronde van Vlaanderen. Wygrali je Belg Jasper Stuyven oraz Duńczyk Kasper Asgreen. Teraz przed kolarzami ardeński tryptyk: Amstel Gold Race (18.04), La Fleche Wallonne (21.04) i Liege-Bastogne-Liege (25.04). Raczej trudno liczyć, że w czołówce tych wyścigów pojawią się polskie nazwiska.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA