fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kadry

Zwolnienia lekarskie a wypowiedzenie: chorzy jedynie na papierze

Adobe Stock
Każdy, kto ma doświadczenie jako pracodawca lub jego reprezentant wobec załogi, przyzna, że jednym z najbardziej frustrujących doświadczeń jest sytuacja, w której wiemy, że pracownik przynosi zwolnienie lekarskie, choć nie jest chory. Po prostu z jakichś powodów nie chce przyjść do pracy.

Skrajnym wymiarem tej niemoralności są rozważania, jakie pracodawcy prowadzą w związku z wręczeniem takiej osobie oświadczenia o wypowiedzeniu umowy o pracę. Nierzadko dosłownie czają się w biurze, żeby je wręczyć i żeby pracownik o niczym się nie dowiedział. W przeciwnym razie jest bowiem ryzyko, że znów „pójdzie na zwolnienie".

Takie obawy są nie tylko wyrazem choroby moralnej systemu pracy w Polsce. Wyrazem tej choroby jest także oczywistość i akceptacja, z jaką przyjmujemy tego rodzaju obawy. Po prostu w takim przypadku pracodawca na podstawie bogatych doświadczeń ma prawo zakładać, że:

a) pracownik będzie uchylał się od przyjęcia oświadczenia o wypowiedzeniu umowy,

b) najlepszym sposobem będzie uzasadniona zwolnieniami lekarskimi nieobecność w pracy,

c) bez problemu takie zwolnienie od lekarza dostanie.

Oczywiście, bazą demoralizacji pracowników jest w takim przypadku demoralizacja lub też – mówiąc możliwie subtelnie – brak jednoznacznych standardów medycznych wśród lekarzy. Ale ostatecznie wszyscy należymy do jednego systemu, w którym brak jest jakiegokolwiek potępienia dla takich praktyk (jestem przekonany, że w wielu przypadkach lekarze po prostu wspierają pracownika w obliczu krzywdy, jaką zamierza mu wyrządzić wredny i złośliwy pracodawca, czyli mamy jedną z milionowych wersji klasycznego w Polsce wyrazu stosunku prześladowanego obywatela do opresyjnej władzy, która nie jest „jego" i z którą trzeba walczyć).

Każdy pracodawca znajdzie w pamięci sporo zabawnych przykładów, w których podejrzenie co do nadużycia zwolnienia lekarskiego graniczyło z pewnością. Mimo to niewiele dało się z tym zrobić. W mojej pamięci pozostają dwa kazusy.

W jednym przypadku sekretarka prosiła o dwudniowy urlop okolicznościowy z powodu wesela w rodzinie. Na ogół kocham moich pracowników, ale ta nieobecność spowodowałaby sporą dezorganizację. Odmówiłem. Dostałem zwolnienie lekarskie od lekarza stomatologa. Jak wynikało ze stempla, mieszkał pod tym samym adresem, co pracownica. Potem okazało się, że to przyszła teściowa.

Kiedy indziej dostałem przez posłańca zwolnienie lekarskie pracownicy – sekretarki będącej w okresie wypowiedzenia. Ze skrzynki mailowej wynikało, że na ten okres asystentka biura zarezerwowała sobie wyjazd z narzeczonym na Filipiny (przyzwoicie płacimy pracownikom). Na rozprawie w sprawie o dyscyplinarne zwolnienie nasze podejrzenia nie zrobiły najmniejszego wrażenia.

W przypadku tak daleko idących podejrzeń można by sobie wyobrazić przyjęcie reguły prowadzącej do przeniesienia ciężaru dowodu – w razie tak daleko idących podejrzeń można by zmierzać do tego, by to pracownik miał obowiązek wykazać, że wykorzystuje zwolnienie lekarskie zgodnie z jego przeznaczeniem.

Każdy taki problem, który zahacza o podstawowe wartości, lub też raczej o dobre samopoczucie społeczeństwa, jest niezwykle trudny. Ponieważ jesteśmy społeczeństwem cokolwiek zdemoralizowanym i nadużywającym prawo (lub pozbawionym elementarnych odruchów związanych z przestrzeganiem prawa), każda taka teza podnosi oburzone głosy w obronie gnębionego ludu. Nie jest wielkim paradoksem to, że występujemy jako społeczeństwo po obu stronach barykady – płacimy przecież za lewe zwolnienia z własnej kieszeni.

Idealiści przyjmują, że prawo nie nauczy moralności, bo nasza moralność wynika z bardzo wielu przesłanek, nie tylko z prawa. Ja uważam, że konsekwentnie stosowane prawo prowadzi w dłuższym czasie do zmiany obyczajów i poprawy przyzwoitości ogólnej. Dlatego jestem głębokim zwolennikiem instytucjonalnego uzbrojenia pracodawców w walce z lewymi zwolnieniami. Przy czym definicja lewego zwolnienia może być zupełnie inna w aspekcie medycznym, a inna w aspekcie pracowniczym.

W sensie pracowniczym lewe zwolnienie to po prostu takie, które jest wykorzystywane w celu, który może realizować wyłącznie osoba zdrowa. W sensie medycznym pracownik może oczywiście lekarza oszukać (oczywiście, w świetle przyjętych standardów, zgodnie z którymi subiektywne odczucie choroby czy złego stanu zdrowia jest chorobą). Jeżeli zaś pracownik wykorzystuje zwolnienie tylko do nie-pracowania, a nie do innych celów, to trudno.

Bardzo się cieszę, że orzecznictwo dopuściło względnie powszechne i zdecydowane sięganie przez pracodawcę do wszelkich możliwych sposobów dowodzenia, że zwolnienie było fikcyjne lub zostało wykorzystane sprzecznie z celem, dla którego zostało udzielone. Choć brzmi to trochę upiornie, to w tym przypadku prawo staje się najlepszym narzędziem budowania powszechnej moralności.

Michał Tomczak adwokat, prowadzi kancelarię Tomczak & Partnerzy Spółka Adwokacka

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA