fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Inne sporty

Tysiące kilometrów w rękach

Koniec żużlowej kariery Rafała Wilka nastąpił po grożnym wypadku podczas wyścigu w maju 2006 r.
Fotorzepa, Krzysztof Łokaj
Życie potrafi się przewrócić do góry nogami w sekundę – mówi Rafał Wilk. Dawniej był żużlowcem, dziś ściga się na rowerach z napędem ręcznym. Zazwyczaj wygrywa.

Jest 3 maja 2006 roku. Toczy się pierwszoligowy mecz żużlowy pomiędzy KSŻ Krosno i GTŻ Grudziądz. Na ostatnim wirażu ósmego biegu zawodnik w czerwonym kasku jadący w barwach Krosna wpada w koleinę, uderza w bandę i upada. Chwilę później wjeżdża na niego klubowy kolega.

„Czerwony kask" leży na torze, jest przytomny, ale nie wstaje. Podjeżdża karetka, podbiegają sanitariusze. Tak wygląda koniec żużlowej kariery Rafała Wilka. Kręgosłup jest złamany, rdzeń kręgowy uszkodzony. Operacja w szpitalu w Krośnie, później poprawka w Tarnowie, wreszcie informacja o dalszym życiu na wózku, której z początku nie przyjmuje do wiadomości. Jak wielu w podobnej sytuacji śledzi nowe metody terapii. Na razie czeka go przystosowanie do nowego życia.

Powrót do sportu

Żużel o nim nie zapomina – kilka miesięcy po wypadku koledzy organizują mecz pod hasłem „Jedziemy dla Rafała". On też pamięta o żużlu – w 2009 roku przyjmuje funkcję trenera klubu KMŻ Lublin. Pełni ją przez dwa sezony, na początku kolejnego umowa zostaje rozwiązana.

Wraca też do czynnego sportu. Uprawia dyscypliny, które dawniej lubił: zimą jeździ na monoski – narcie przystosowanej dla niepełnosprawnych, latem na handbike'u – rowerze z ręcznym napędem. W końcu górę bierze rower, bo tu łatwiej o trening – wystarczy wyjść z domu, przypiąć chorągiewkę, żeby kierowcy widzieli, i jechać. W 2011 roku trenuje już po kilkanaście godzin tygodniowo. Wygrywa swoje pierwsze zawody o Puchar Europy, jedzie nawet na słynny maraton nowojorski, gdzie w gronie blisko 100 parakolarzy jest drugi. Szybszy jest – o dwie sekundy – tylko Alessandro Zanardi, były kierowca Formuły 1, który w wypadku na torze stracił nogi.

Polak debiutuje też w mistrzostwach świata. Zajmuje szóste miejsce w jeździe na czas i siódme w wyścigu szosowym. Potem jest już tylko lepiej. A właściwie najlepiej, bo w kolejnych edycjach – w latach 2013 i 2015 – zdobywa po dwa złote medale.

Ojcowie sukcesu

Także w sezonie olimpijskim 2012 był nie do pokonania. Wygrał klasyfikację końcową Pucharu Świata i zdobył dwa złote medale igrzysk paraolimpijskich w Londynie: w jeździe indywidualnej na czas i w wyścigu ze startu wspólnego.

– Czuję ten sukces, dopiero gdy zakładam sobie na szyję oba medale, są dość ciężkie – przyznawał tuż po przylocie do kraju.

Wkrótce potem przemawiał w imieniu sportowców podczas spotkania z przedstawicielami władz państwowych. Tutaj radość przeplatała się z goryczą: – Miłe jest to, że dzisiaj się nami wszyscy interesują. To jest naprawdę fajne. Ale szkoda, że tego zainteresowania zabrakło przed wyjazdem do Londynu, kiedy tego najbardziej potrzebowaliśmy – mówił.

– Wiadomo, sukces ma wielu ojców, wszyscy się chętnie pod nim podpiszą. Kiedy wyjeżdżaliśmy, nie było pożegnania, nie było ministra. Wręczenie nominacji olimpijskich odbyło się we „własnym gronie" – dodaje w rozmowie z „Rzeczpospolitą".

Jednak w sumie to był dla niego radosny rok. Uwieńczeniem był tytuł dla najlepszego sportowca niepełnosprawnego w plebiscycie „Przeglądu Sportowego" i Telewizji Polskiej.

Cztery lata później sytuacja, jak mówi, nie uległa znaczącej poprawie. – Pieniądze z Ministerstwa Sportu pokryły koszty jedynie kilku z około 40 moich wyjazdów. Mogę powiedzieć, że mam szczęście, bo dzięki przyjaciołom, a przede wszystkim sponsorom, mogę w miarę spokojnie się przygotowywać – mówi.

To sprawia, że jest na najlepszej drodze do obrony tytułów mistrza olimpijskiego. Ma za sobą wymarzony sezon. Startował w Krakowie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Warszawie i RPA. Nie dojechał tylko do Libanu, gdzie miał bronić tytułu sprzed roku – mgła uziemiła samoloty.

W Szwajcarii wywalczył podwójne mistrzostwo świata, zdobył też Puchar Świata i Puchar Europy.

– Nie mógłbym sobie życzyć lepszego sezonu przedolimpijskiego – cieszy się.

Przygotowania do sezonu olimpijskiego rozpoczął w grudniu na Majorce.

– Pogoda idealna, 20–22 stopnie. Rano śniadanie, od 10 do 14 trening, potem obiad, masaże – relacjonuje.

Niech wyjdą z domu

Wśród tegorocznych startów był też rozegrany w Gdyni triathlon, na który złożyło się 750 m pływania, 20,8 km jazdy na rowerze i 5 km biegu. Wilk wziął udział w wyścigu sztafet, w którym towarzyszyli mu niedowidząca pływaczka Joanna Mendak i maratończyk na wózku Tomasz Hamerlak. Okazali się zdecydowanie najlepsi spośród 32 zespołów mieszanych, ulegli tylko jednej ze sztafet męskich.

Sukces paraolimpijczyków zaskoczył nawet organizatorów – na wysokie podium nie dawało się wjechać. Wózek trzeba było wnosić.

O takich jak on myśli się czasem w drugiej kolejności. Dlatego założył fundację „Sport jest jeden", która pomaga niepełnosprawnym sportowcom.

„Chcemy wspierać przygotowania do zawodów, organizować wyjazdy i obozy sportowe, pomagać w wyrównywaniu szans. Czasami wystarczy informacja o tym, jak zacząć. Czasami potrzebny jest profesjonalny sprzęt sportowy. Nie zapominamy też o tych, którzy jeszcze nie odkryli w sobie pasji. Organizujemy akcje i zawody, które pomogą zachęcić do uprawiania sportu".

– Niech ci, którzy siedzą w domu, wyjdą, otworzą się na kontakt z ludźmi, bo nadal jest się czym cieszyć, to wcale nie jest gorsze życie – zachęca mistrz świata.

Dzięki staraniom jego fundacji zawody o Puchar Europy w parakolarstwie już dwukrotnie odbyły się w Rzeszowie. Za pierwszym razem, w ubiegłym roku, spektakularny sukces w swojej grupie odniósł młody kolarz z Wrocławia Rafał Mikołajczyk. Dokonał tego na przestarzałym, niedopasowanym i ciężkim rowerze, dlatego kolejna akcja miała na celu sfinansowanie zakupu nowoczesnego sprzętu. To też się udało – kilka miesięcy później zawodnik odebrał nowy rower.

– Wkrótce spróbujemy zorganizować w Rzeszowie zawody o Puchar Świata – zapowiada Wilk.

Jeżdżę i jeżdżę

Utytułowany kolarz zastrzega, że nie uważa się za pewniaka do medalu igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. – Każdy rywal jest groźny, przed każdym czuję respekt, poziom rywalizacji bardzo poszedł w górę. W dodatku nie znamy jeszcze trasy, od której wiele zależy – mówi, jednak nie da się ukryć, że pojedzie na igrzyska 2016 jako faworyt. I jako przykład na to, że chcieć, to często móc. A także jako dowód na to, że aktywizacja osoby niepełnosprawnej jest znacznie tańsza niż jej utrzymywanie. Mówi to swoim studentom podczas zajęć na Wydziale Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Mówił w Pałacu Prezydenckim, gdy przed dwoma laty odbierał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne osiągnięcia sportowe i promowanie Polski na arenie międzynarodowej.

– Każda złotówka zainwestowana w sportowca niepełnosprawnego zwraca się dziesięciokrotnie. Odkąd dostałem ten rower, to jeżdżę na nim i jeżdżę – trenując, nie korzystam z państwowej rehabilitacji.

Gdy tak jeździ i jeździ, przejeżdża rocznie 15 tysięcy kilometrów.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora, b.klimas@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA