fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Inne sporty

Tokio: Dziewiąte mistrzostwa świata w rugby

Rugbyści Nowej Zelandii przed każdym meczem wykonują hakę – taniec maoryskich wojowników
AFP
W Tokio zaczynają się dziewiąte mistrzostwa świata w rugby. Po igrzyskach olimpijskich i piłkarskich mundialach najważniejsza cykliczna impreza świata sportu.

Mówi się, nie bez racji, że rugby to sport chuliganów dla dżentelmenów. Z tradycją, wartościami i swoistym kodeksem zasad, które każą do upadłego biegać, łapać i kopać jajowatą piłkę, przepychać się w młynie, obalać przeciwników, by potem z równym zapałem świętować z nimi po meczu.

Początki rugby sięgają pierwszej połowy XIX wieku, gdy w brytyjskich szkołach i klubach zaczęto dostrzegać społeczne zalety zespołowego biegania z piłką po boisku i skodyfikowano reguły gry. Pierwszy mecz międzynarodowy Anglia – Szkocja rozegrano w 1871 roku, olimpijski awans dyscypliny (w wersji 15-osobowej) nastąpił już w 1900 roku, ale skończył się w 1924, by wrócić w wersji 7-osobowej dopiero podczas ostatnich igrzysk – w Rio de Janeiro.

Rugby w tym czasie podbiło kawał świata, nie tylko obszary dawnego imperium brytyjskiego, choć łatwo zauważyć, że w tamtych regionach jest najsilniejsze.

MŚ w klasycznym rugby 15-osobowym (Rugby World Cup) zorganizowano jednak po raz pierwszy względnie niedawno – dopiero w 1987 roku. Tradycją dyscypliny były turnieje kontynentalne oraz starcia drużyn z półkuli północnej i południowej, które długo wypełniały potrzebę rywalizacji na najwyższym poziomie.

Mistrzostwa mają szlachetny cykl czteroletni, nie poddały się współczesnym naciskom komercji. Każda edycja potwierdza, że pomysł był dobry. Nawet tam, gdzie rugby ustępuje piłce nożnej i innym rozgrywkom drużynowym, na turniej mistrzowski czeka się niecierpliwie, bo rugby w najlepszej wersji to obietnica ogromnych sportowych atrakcji, rozgłosu medialnego i sporych zysków, mierzonych przez organizatorów ostatnimi laty już w setkach milionów funtów. Rekordy z Anglii sprzed czterech lat: 2,47 mln sprzedanych biletów, ponad 400 tys. gości zagranicznych, 97 proc. wypełnionych stadionów, przekaz telewizyjny do ponad 200 krajów i 4 mld skumulowanej widowni.

Porwał piłkę w dłonie

Pierwsze mistrzostwa odbyły się w Australii i Nowej Zelandii. Nowozelandczycy (jak każe zwyczaj, nazywani All Blacks) pokonali w finale Francję (Les Tricolores lub Les Bleus) i tak zaczęli popularyzować taniec haka oraz budować sławę najlepszej drużyny tych rozgrywek. Złote medale MŚ zdobyli jeszcze w 2011 i 2015 roku, są obrońcami tytułu, jedynymi, którzy potrafili wygrać dwie imprezy z rzędu.

Dwa razy mistrzami zostawali Australijczycy (Wallabies), w 1991 i 1999 roku. Także dwa razy (1995 i 2007) wygrała drużyna z RPA (Springboks). Ich pierwszy tytuł, zdobyty niedługo po powrocie do rywalizacji międzynarodowej po latach sportowego bojkotu z powodu apartheidu, miał wymiar więcej niż symboliczny. Niektórzy twierdzili, że to widok prezydenta Nelsona Mandeli w stroju reprezentacyjnym wręczającego trofeum kapitanowi Francoisowi Pienaarowi doprowadził do prawdziwego zjednoczenia czarnych i białych mieszkańców Afryki Południowej.

Jeden raz puchar Williama Webba Ellisa dostali Anglicy (The Red and Whites). Po dogrywce pokonali w 2003 roku Australię, po epickim kopnięciu piłki w ostatniej minucie przez Jonny'ego Wilkinsona.

Trofeum nosi nazwisko młodego Anglika z Warwickshire, który podczas szkolnego meczu piłki nożnej w 1823 roku miał fantazję porwać piłkę w dłonie i pobiec z nią w kierunku bramki – tym samym ponoć wynalazł rugby. Opowieść ta ma dość słabe uzasadnienie w dokumentach, ale widać była potrzebna.

Nie znają zasad

Są dwa oficjalne puchary Webba Ellisa, oba mają 38 cm wysokości, ważą po 4,5 kg i są w całości zrobione z pozłacanego srebra. Pierwszy, wykonany w 1906 roku przez firmę Carrington and Co. z Londynu na wzór wiktoriańskiego naczynia projektu Paula de Lamerie z 1740 roku, oraz drugi, będący jego kopią z 1986 roku. Jeden jest wręczany mistrzom, potem stoi dwa lata w gablotach zwycięskiego związku, by wrócić do siedziby World Rugby. Drugi jeździ po kraju zdobywców, by przez cztery lata przypominać rodakom o sukcesie.

Poprzednie turnieje mistrzowskie rozgrywano w krajach, w których rugby jest religią tłumów. Teraz wybór działaczy padł na Japonię, która nie ma korzeni ani głębokiego zainteresowania jajowatą piłką, ale ma zapał i głęboką wiarę, że będzie oknem wystawowym wielkiego rynku azjatyckiego. Gospodarze liczą też po cichu na sensację sportową. Raz się zdarzyła: cztery lata temu Japonia pokonała w meczu grupowym RPA, ale z grupy nie wyszła.

W rugby gra w Japonii ok. 100 tys. osób (w badmintona trzy razy więcej, w siatkówkę cztery razy, w piłkę nożną – dziesięć). Na mecze krajowej ligi przychodzi średnio 5 tys. widzów. Połowa z 13 tys. wolontariuszy nie zna zasad rugby. Komitet organizacyjny mistrzostw przyznał, że cztery lata temu połowa Japończyków nie miała pojęcia o organizacji mistrzostw świata w ich kraju, lecz sądząc po liczbie sprzedanych biletów i napływie kibiców ze świata, już można otrąbić sukces.

Mistrzostwa będą trwać sześć tygodni. Mecze rozplanowano w 12 miastach. System rozgrywek jest przejrzysty: najpierw mecze grupowe (cztery grupy po pięć drużyn, każda gra z każdą). Drużyny z pierwszych i drugich miejsc stworzą najlepszą ósemkę turnieju, która od ćwierćfinałów zagra systemem pucharowym. W sumie 48 spotkań, finał – 2 listopada w Jokohamie. Faworyci są zawsze ci sami: Nowa Zelandia, Australia, RPA, Anglia, Szkocja, Francja, Irlandia, Walia.

Te barwne emocje niestety omijają polskie rugby. Nasza reprezentacja jest klasyfikowana na 35. miejscu w świecie (najwyżej była 25.), to zbyt odległe miejsce startu do najważniejszych rozgrywek. W zamian będą transmisje telewizyjne z Japonii – wszystkie mecze do obejrzenia w kanałach sportowych Polsatu. Pierwszy: Japonia – Rosja w Tokio już w piątek o 12.45.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA