fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Igrzyska Olimpijskie Tokio 2020

Marta Walczykiewicz: Muszę pocierpieć w samotności

WALDEMAR WYLEGALSKI/ POLSKA PRESS
– Chcieliśmy igrzysk w tym roku. Apel PKOl wcale nie był głosem wszystkich polskich sportowców – mówi wicemistrzyni olimpijska w kajakarstwie Marta Walczykiewicz.

Jaka była pani pierwsza reakcja na przełożenie igrzysk?

Miałam mieszane uczucia, byłam trochę zła. Czułam się mocna, pływało mi się znacznie lepiej niż rok temu o tej samej porze i chyba w najbliższym czasie nie będę mogła tego pokazać. Rozumiem tych, którzy chcieli przełożenia igrzysk, ale muszę patrzeć na siebie. Znalazłam się w trudnej sytuacji, bo w przyszłym roku miałam się zastanowić nad kontynuowaniem kariery. Zdrowie jeszcze jest, ale wiek idzie do góry.

Teraz już wiadomo, że za rok będzie pani dalej pływać?

To prawda, ale trener musi na nowo wszystko poukładać. Przed nim duże wyzwanie, nie zazdroszczę. Odwołali nam zawody Pucharu Świata, z kalendarza wypadły igrzyska, nie wiadomo, co z tegorocznymi mistrzostwami Europy. Powinniśmy się przygotowywać, tylko do czego? Trudno będzie znaleźć motywację.

Kajakarze byli tą grupą, która mówiła wprost: „Chcemy igrzysk w tym roku".

Wywalczyliśmy dużo kwalifikacji, mieliśmy co najmniej trzy szanse na dobre miejsca. Kanadyjkarz Tomek Kaczor kilka razy podkreślał, że czuje się bardzo dobrze. Mocno startować chciały też Beata Mikołajczyk i Karolina Naja. Wydaje mi się, że MKOl nie miał wyjścia, bo został przyparty do muru przez krajowe komitety olimpijskie, łącznie z naszym. Kiedy czytałam o groźbach bojkotu ze strony Kanadyjczyków i Australijczyków, od razu przypomniały mi się igrzyska w Moskwie i Los Angeles.

Prezes Andrzej Kraśnicki mówił, że stanowisko PKOl to „głos całego środowiska sportowego w Polsce". To nieprawda?

Nie słyszałam, aby został wśród polskich sportowców przeprowadzony jakiś sondaż. Większość zawodników faktycznie domagała się za pośrednictwem mediów i portali społecznościowych przełożenia igrzysk, ale my upieraliśmy się, że chcemy startować normalnie. Stanowisko PKOl na pewno nie było głosem całego środowiska, ale musimy szanować tę decyzję. Teraz muszę trochę pocierpieć w samotności, a później wraz z trenerem obmyślić strategię, jak wytrwać.

Nie chcecie wracać do kraju?

Nie, zostajemy w Portugalii do 21 kwietnia, zgodnie z planem. Chcemy uniknąć niepotrzebnych podróży i zwiedzania lotnisk. Może za miesiąc sytuacja w Polsce trochę się uspokoi i zmienią się zalecenia dotyczące kwarantanny. Na razie kontynuujemy plan treningowy.

Jak wyglądają środki bezpieczeństwa w waszym ośrodku?

Przede wszystkim od najbliższej miejscowości dzieli nas 15 km. Wszystko jest ogrodzone, strażnik nie wpuszcza nikogo z zewnątrz. Sprzątaczki mają maseczki i rękawiczki, wszędzie stoją płyny do dezynfekcji. Jest nawet człowiek, który przed wejściem na stołówkę sprawdza, czy z nich korzystamy. Ośrodek przygotował oddzielone pokoje, gdyby zaszła potrzeba izolacji.

Władze Polskiego Związku Kajakowego miały problem z tym, że zostajecie w Portugalii?

Wszyscy nas wspierali i powtarzali, że to dobra decyzja. Trener długo analizował sytuację i gdyby powiedział, że mamy wracać, to wrócilibyśmy do kraju. Ufamy mu. Trzeba ponadto pamiętać, że jako sportowcy znajdujemy się w grupie najmniejszego ryzyka. Nie boimy się o siebie, raczej o swoich bliskich.

To mógł być pani sezon życia?

Przygotowania przebiegały bez zarzutu, wykonałam kawał dobrej roboty. Podczas zgrupowań w Livigno i Jakuszycach dobrze biegało mi się na nartach, po zejściu na wodę szybko weszłam na wysokie obroty. Trochę żal tej pracy. Trudno powiedzieć, czy byłby to sezon życia. Na pewno miał się fajnie zakończyć w Tokio.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA