fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Igrzyska Olimpijskie Tokio 2020

Samuraje zachowali honor

AFP
Kilka miliardów dolarów zapłacą Japończycy za przełożenie igrzysk w Tokio, a impreza i tak miała być jedną z najdroższych w dziejach olimpizmu.

Historia uczy tylko jednego - ostateczny koszt igrzysk zawsze przekracza zakładany budżet. Zdarza się, że kilkakrotnie.

Japończycy, starając się w 2013 roku o organizację najważniejszej sportowej imprezy czterolecia, planowali wydać 7,3 mld dolarów i to był dopiero początek. Już w połowie 2017 roku Komitet Organizacyjny poinformował, że zakładane koszty wzrosły ponad dwukrotnie, a specjalizujący się w finansach publicznych profesor Schinchi Ueyama z Uniwersytetu Keio w Tokio oznajmił: - Liczby z wniosku aplikacyjnego był praktycznie fikcją.
Pod koniec ubiegłego roku przekaz był już inny. Gospodarze poinformowali, że organizacja zawodów będzie ich kosztować 12,6 mld dol. Prezentowany budżet nie objął jednak wydatków na infrastrukturę oraz inwestycji, które poczyniło w związku z igrzyskami miasto Tokio. Wady obliczeń wskazała Japońska Narodowa Rada Audytu, według której kraj zapłaci za imprezę 28 mld dol.

Taka kwota oznacza, że igrzyska w Tokio w pierwotnym terminie miały być trzecimi najdroższymi w dziejach olimpizmu - po Soczi (2014, 51 mld dol.) i Pekinie (2008, 44 mld dol.). Eksperci wróżyli jeszcze gorszy scenariusz. - Japończycy próbują różnymi ścieżkami obniżać oficjalny budżet imprezy. Wciąż badamy nieoficjalne koszty i naszym zdaniem możemy mieć do czynienia z drugimi najdroższymi igrzyskami w historii - wyjaśnia w rozmowie z „Los Angeles Times” ekonomista Victor Matheson. Gospodarzom nie pomogła nawet rezygnacja z budowy kilku obiektów. Tylko osiem z czterdziestu trzech aren będzie nowych, dziesięć tymczasowych.
Zmiana terminu imprezy oznacza oczywiście dalszy wzrost kosztów. Trudno się dziwić, że według brytyjskiego „Guardiana” to właśnie gospodarze chcieli za wszelką cenę uniknąć przełożenia igrzysk.
Japończycy przez wiele dni mieli opierać się naciskom przewodniczącego Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) Thomasa Bacha. Dopiero wsparcie narodowych komitetów olimpijskich - pierwsi do ataku przystąpili Kanadyjczycy i Australijczycy, a więc kraje, z których pochodzą prominentni olimpijscy działacze, przyjaciele Bacha, Dick Pound i John Coates - oraz presja ze strony organizacji sportowych i samych zawodników sprawiły, że Japończycyu stąpili.
Gospodarze chcieli uratować twarz, więc premier Shinzo Abe jako pierwszy spotkał się z mediami i nadał ton narracji. Doświadczony polityk oświadczył, że to on zaproponował zmianę terminu igrzysk, a Bach na jego ofertę przystał. Oświadczenie MKOl-u pojawiło się dopiero kilkadziesiąt minut później.
Samuraje zachowali honor, teraz czeka ich walka o pieniądze. Przesunięcie największej sportowej imprezy czterolecia o rok to gigantyczne wyzwanie. Gospodarze muszą uporać się z kwestią rezerwacji hoteli oraz samolotów. Sprzedana jest część apartamentów w wiosce olimpijskiej, a kilka aren - zwłaszcza 12-tysięczne Ariake Gymnastics Centre - miało istnieć tylko w trakcie rywalizacji olimpijczyków i paraolimpijczyków.
Pensje wielu pracownikom trzeba będzie płacić kilkanaście miesięcy dłużej. Nie wiadomo, jak wielu z 80 tys. wolontariuszy szkolonych do obsługi igrzysk będzie dostępnych także w 2021 roku.
Szacunki dotyczące kosztów opóźnienia igrzysk są różne. Według japońskich mediów organizatorzy liczą się z koniecznością wydania dodatkowych 2-3 mld dol. Katsuhiro Miyamoto z Uniwersytetu Kansai wyliczył (pisze o tym francuski sportowy dziennik „L’Equipe”), że dodatkowy rok działalności Komitetu Organizacyjnego oraz przearanżowanie wioski olimpijskiej i kilku obiektów to koszt nawet 4 mld dol.
- O tym kto za to wszystko zapłaci, podyskutujemy w przyszłości - mówi dyrektor wykonawczy Komitetu Organizacyjnego Toshiro Muto. - Coś, co budowaliśmy przez siedem lat i miało nagle wystartować, po prostu się zatrzymało. Teraz wiele działań, które przeprowadziliśmy w tym czasie, będziemy musieli wykonać ponownie w ciągu sześciu miesięcy.
Na razie - w ramach ograniczania wydatków - MKOl ogłosił, że zmianie nie ulegnie nazwa imprezy. To w dalszym ciągu będą Tokyo 2020 Olympic Games, co jest ukłonem w stronę organizatorów, partnerów i sponsorów. Wszystkie materiały promocyjne oraz marketingowe, sprzęt, a także oficjalne pamiątki mogę spokojnie przezimować w magazynach. Nie będzie też konieczności przerabiania 5 tysięcy medali, które powstały dzięki recyklingowi zużytych sprzętów elektronicznych. To działanie zgodne z  hasłem tokijskich igrzysk: „zero waste” („zero śmieci”).
Przełożenie imprezy odbije się na japońskiej gospodarce. Prognozy są różne. Według ekspertów „Fitch” japoński produkt krajowy brutto w skali roku spadnie o 0,5-0,8 proc. Kraj musi się liczyć ze obniżeniem konsumpcji, zabraknie też oczekiwanych wpływów z turystyki. Wielu firmom, które dokonały znaczących inwestycji w nadziei na olimpijski zysk, zagrozi bankructwo, przed którym uchroni je  jedynie pomoc państwa.
Dyskusyjne jest, na ile rozmiar spodziewanej recesji będzie efektem zmiany terminu igrzysk, a na ile epidemii koronawirusa. Oba problemy trudno oddzielić. Rozpoczęcie sportowej imprezy w terminie wcale nie oznaczałoby, że przyjechałyby tłumy gości zza granicy. Kupili oni wprawdzie podobno ponad milion biletów (oficjalne dane nie są znane), ale wiele europejskich krajów jest dziś zamkniętych i nie wiadomo, czy za cztery miesiące sytuacja się zmieni.
Ważne, że sytuację rozumieją sami Japończycy. Według opublikowanego w połowie marca sondażu agencji Kyodo aż 69 proc. ankietowanych nie wierzyło, że igrzyska rozpoczną się w terminie.
Dokładnej daty tokijskiej imprezy jeszcze nie ma. Wiadomo jedynie, że rozpocznie się „nie później niż latem 2021 roku”. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to miesiące wakacyjne - lipiec lub sierpień, już po zakończeniu piłkarskiego Euro 2020. Druga opcja to termin wiosenny. MKOl decyzję w sprawie nowego terminu igrzysk ma ogłosić „najszybciej, jak to możliwe”.
MKOl ubezpieczył się na wypadek zmiany terminu imprezy, a sam Bach kilkakrotnie podkreślał, że jego organizacji „nie grozi żadne niebezpieczeństwo w zakresie płynności finansowej”. 
Komitet zawsze dzieli się zyskami z igrzysk. Po zakończeniu tokijskich zawodów blisko pół miliarda dolarów miało trafić do międzynarodowych federacji sportowych w dyscyplinach olimpijskich i narodowych komitetów olimpijskich. Tym razem MKOl pieniądze te przekaże rok później, co  sytuację finansową wielu mniejszych organizacji może pogorszyć.
Źródło: Parkiet
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA