fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Sprawiedliwość ich nie dosięgła

Stanisław Kociołek (na zdjęciu w sądzie w 2014 r.)
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Gdy w listopadzie 2015 r. umarł Stanisław Kociołek, Polska straciła ostatnią szansę na skazanie któregokolwiek z dygnitarzy PRL odpowiedzialnych za zbrodnię z 1970 r.

Jak doszło do tego, że choć zginęło co najmniej 45 osób, a 1165 zostało rannych, sprawcy zbrodni nie zostali osądzeni?

Do spacyfikowania protestów na Wybrzeżu władze użyły łącznie ok. 27 tysięcy żołnierzy oraz 550 czołgów, 750 transporterów opancerzonych i 2100 samochodów. Zaangażowano również 108 samolotów i śmigłowców, a także 40 jednostek pływających Marynarki Wojennej.

„Razem z siłami, które zostały przesunięte w wyznaczone rejony, ale nie użyte do akcji, jak również łącznie z grupami skierowanymi do dyspozycji miejscowych władz dla wewnętrznej ochrony obiektów na znacznym obszarze kraju – zaangażowano około 61 tys. żołnierzy, 1700 czołgów, 1750 transporterów opancerzonych i 8700 samochodów" – opisuje w serwisie Grudzien70.ipn.gov.pl prof. Jerzy Eisler, historyk Instytutu Pamięci Narodowej.

Jak obliczył prof. Eisler, w trakcie tłumienia demonstracji zużyto łącznie ok. 150 tys. sztuk środków chemicznych, „a tylko żołnierze, bo danymi służb podległych MSW nie dysponuję, wystrzelili na Wybrzeżu blisko 46 tys. pocisków różnego kalibru i różnych typów".

W tłumienie protestów robotniczych byli zaangażowani nie tylko milicjanci i wojskowi, ale przede wszystkim członkowie kierownictwa partii komunistycznej. Do Gdańska przylecieli przedstawiciele władz partyjnych: Alojzy Karkoszka, wicepremier Stanisław Kociołek, wiceminister spraw wewnętrznych gen. Franciszek Szlachcic i wiceminister obrony narodowej gen. Grzegorz Korczyński. Przybyli również Zenon Kliszko i Ignacy Loga-Sowiński – członkowie Biura Politycznego komunistycznej partii.

W Warszawie zebrał się sztab kryzysowy pod przewodnictwem Władysława Gomułki. W jego skład obok I sekretarza KC PZPR wchodzili m.in.: przewodniczący Rady Państwa Marian Spychalski, premier Józef Cyrankiewicz, minister spraw wewnętrznych Kazimierz Świtała, minister obrony gen. Wojciech Jaruzelski, komendant główny MO gen. Tadeusz Pietrzak, kierownik Wydziału Administracyjnego KC Stanisław Kania. Gomułka podjął decyzję o zezwoleniu na użycie broni. Na Wybrzeże przekazano ją telefonicznie.

Kliszko mówił: „Mamy do czynienia z kontrrewolucją, a z kontrrewolucją trzeba walczyć przy pomocy siły. Jeżeli zginie nawet 300 robotników, to bunt zostanie zdławiony".

Jednocześnie w Gdańsku rozpoczął pracę sztab lokalny, którego szefem został gen. Korczyński. Do Gdańska przyjechał szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Bolesław Chocha. – Korczyński nie tylko koordynował działania, ale także bezpośrednio uczestniczył w działaniach podejmowanych przeciwko robotnikom. To on latał nad demonstrantami w śmigłowcu, ze śmigłowców strzelano wtedy do ludzi – mówi mec. Piotr Ł. Andrzejewski, były senator RP, pełnomocnik rodzin ofiar w procesie sprawców masakry na Wybrzeżu.

Najwięcej ofiar wśród robotników było 17 grudnia rano w Gdyni. Dzień wcześniej w wystąpieniu telewizyjnym Stanisław Kociołek nawoływał stoczniowców do powrotu do pracy. Gdy szli do pracy, wojsko otworzyło ogień w ich stronę.

Milicja i służby więzienne z niezwykłą brutalnością traktowały zatrzymanych w czasie robotniczej rewolty. Protesty w kraju stłumiono do 22 grudnia, dwa dni wcześniej pod naciskiem Moskwy stanowisko stracił Władysław Gomułka.

– Nie ma wątpliwości, że to on ponosił odpowiedzialność za wydanie rozkazu o użyciu broni. Tyle że Gomułka zmarł w 1982 r. Moim zdaniem w mniejszym stopniu odpowiadał za to Jaruzelski. On od pewnego momentu zajął się spiskowaniem przeciwko Gomułce – mówi prof. Antoni Dudek, historyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Do 1989 r. wobec osób odpowiedzialnych za krwawe stłumienie protestów nie prowadzono żadnego postępowania karnego. Dopiero na początku lat 90. sprawą zajęła się prokuratura Marynarki Wojennej. Próbowała ustalić, którzy żołnierze strzelali do tłumu. Postępowanie umorzyła.

– Nie udało się określić indywidualnej odpowiedzialności żołnierzy uczestniczących w tych wydarzeniach. Przypomnę, że to było możliwe w procesie uczestników masakry w kopalni Wujek w 1981 r., wtedy bowiem broni użyli członkowie plutonu specjalnego ZOMO – zauważa prof. Dudek.

Przypomina, że w czasie tłumienia wystąpień robotniczych nie doszło do zbiorowych przypadków dezercji z armii. – Znany jest przypadek żołnierza, który w Szczecinie popełnił samobójstwo, nie ma jednak jasności, jaka była jego motywacja – dodaje.

Dopiero w marcu 1995 r. do Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku trafił akt oskarżenia dotyczący Jaruzelskiego, Kociołka (nazywanego „krwawym" lub „katem Trójmiasta"), Świtały, wiceministra obrony Tadeusza Tuczapskiego, dowódcy Pomorskiego Okręgu Wojskowego Józefa Kamińskiego, dowódcy 16. Dywizji Pancernej Edwarda Łańcuckiego, komendanta Szkoły Podoficerskiej MO w Słupsku Karola Kubalicy oraz pięciu innych wojskowych. Zostali oskarżeni m.in. o sprawstwo kierownicze masakry robotników, a także wydanie rozkazów użycia broni wobec demonstrantów. Groziło im nawet dożywocie.

Zdaniem mec. Andrzejewskiego prokuratura przyjęła wadliwą kwalifikację prawną popełnionych przez nich czynów. Jego zdaniem masakra na Wybrzeżu powinna być zakwalifikowana jako zbrodnia komunistyczna, która wypełnia przesłanki zbrodni przeciwko ludzkości. – Na ławie oskarżonych zabrakło tych, którzy już wtedy nie żyli, np. gen. Korczyńskiego (zmarł w 1971 r. – red.). Zatajono też odpowiedzialność ówczesnego dowódcy Marynarki Wojennej admirała Ludwika Janczyszyna – uważa mecenas.

Gdański proces ruszył w 1998 r. W następnym roku przeniesiono go do Warszawy, gdzie rozpoczął się w 2001 r. Po dziesięciu latach, w 2011 r., trzeba było go zacząć od nowa z powodu śmierci ławnika.

– Wymiar sprawiedliwości III RP przyjął założenie, że będzie opierać się na dokumentach, czyli pisemnych rozkazach o użyciu broni. Sąd nie chciał odtworzyć realiów epoki, gdy mechanizm podejmowania decyzji był typowy dla dyktatury, a polecenia wydawano telefonicznie – mówi prof. Dudek. Jego zdaniem przewlekłość procedur prawnych wynikała też z faktu przesłuchiwania ponad tysiąca świadków.

W lipcu 2011 r. sąd zawiesił proces Jaruzelskiego ze względu na stan zdrowia generała. Ten wcześniej zapewniał sąd, że jako szef MON poczuwa się do współodpowiedzialności politycznej i moralnej, ale nie karnej. Twierdził, że wiele działań wojska i milicji było efektem „obrony koniecznej lub stanu wyższej konieczności".

Jaruzelski nie został osądzony za tę zbrodnię – zmarł 25 maja 2014 r.

W 2013 r. Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił od zarzutu „sprawstwa kierowniczego" ostatniego z pozostających w tym procesie na ławie oskarżonych dygnitarzy PRL – Stanisława Kociołka.

30 czerwca 2014 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy uniewinnienie byłego wicepremiera, ale gdańska prokuratura okręgowa wniosła kasację do Sądu Najwyższego. Ten ją uwzględnił. Ponowny proces miał się odbywać w Gdańsku. Tak się nie stało, bo „krwawy Kociołek" zmarł 1 października 2015 r.

Jedynymi skazanymi za masakrę robotników jest więc dwóch szerzej nieznanych oficerów. Ppłk. Mirosława W., byłego dowódcę 3. Batalionu 55. Pułku Zmechanizowanego, i ppłk. Bolesława F., byłego zastępcę dowódcy 32. Pułku Zmechanizowanego, warszawski Sąd Okręgowy skazał w 2013 r. na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata. Dowodzili oddziałami, które blokowały robotnikom dostęp do bram stoczni w Gdyni i w Gdańsku. Wyrok dostali za udział w pobiciu ze skutkiem śmiertelnym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA