fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

152 listy wysłane po zbrodni

Płonie Komitet Wojewódzki PZPR w Gdańsku. Jedna z czytelniczek żądała, by sprawców „nawet pozbawić życia”, ale głosy takich sympatyków władz były w mniejszości
PAP
„Czy prawdą jest, że wydanie rozkazu strzelania do tłumu pozostanie bezkarne?" – pytała czytelniczka redakcję „Głosu Wybrzeża". „Pytanie oczywiście retoryczne" – dodała.

Tuż po rewolcie z grudnia 1970 r. mieszkańcy Trójmiasta byli znacznie bardziej podzieleni, niż nam się to dziś wydaje. Ślad tamtych podziałów został w dziesiątkach listów, jakie przysłali po tragedii do redakcji „Głosu Wybrzeża". To cenne źródło historyczne wciąż czeka na naukowe opracowanie.

Obraz wydarzeń

28 grudnia, a więc dopiero dwa tygodnie po rozpoczęciu rebelii w Gdańsku, „Głos" opublikował artykuł „Obraz wydarzeń". Anonimowy tekst w największej wtedy gazecie ukazującej się w Trójmieście chronologicznie opisuje wydarzenia. Autor (lub autorzy) z pewnością korzystał nie tylko z relacji świadków, ale również raportów milicyjnych.

Artykuł – jednostronny i rażący brakiem rzetelności – wywołał gorące dyskusje wśród czytelników. 13 stycznia 1971 r. redakcja ogłosiła, że będzie „odpowiadać na wszystkie pytania dotyczące grudniowych wydarzeń w Gdańsku, Gdyni i Elblągu, jakie już wpłynęły bądź jeszcze wpłyną". Tym samym rozpoczęła cykl „Czy prawdą jest, że...".

Nie jestem chuliganem

IPN przechowuje 152 listy i kartki pocztowe nadesłane wówczas do gazety. Na esbeckiej teczce widnieją napisy: „Materiały zastrzeżone" i „Bez pisemnej zgody szefa WUSW nie udostępniać".

– Są sygnały, że rubryka nie jest przyjmowana z należytą dozą wiary w prawdziwość publikowanych w niej odpowiedzi – mówił w styczniu 1971 r. ppłk Stanisław Stawowski, pierwszy zastępca komendanta miejskiego MO ds. SB.

Brak „należytej dozy wiary" – to eufemizm. Czytelnicy wyładowywali w listach złość, zarzucając dziennikarzom kłamstwa i przemilczenia na temat działań milicji i wojska lub – przeciwnie – brak ostrej krytyki demonstrujących robotników.

Przeważało jednak potępienie służb. Przykładem niech będzie list gdynianki podpisanej inicjałami B.K.

Wyraziwszy zrozumienie dla dziennikarzy, którzy nie mogą napisać prawdy, autorka wyjaśniała: „Nie jestem rozpasanym młodzieńcem, chuliganem czy też wrogiem państwa – wręcz przeciwnie, jestem nacjonalistką i nie wyobrażam sobie życia poza krajem (jako KRAJEM) – ale przysięgam: ilekroć na drugi, trzeci dzień stanęłam oko w oko z patrolem MO, czy też ORMO, z trudem powstrzymywałam się, aby nie plunąć im w twarz...".

Dalej 26-letnia kobieta relacjonuje, jak z odległości 2–3 metrów obserwowała szpaler milicjantów przygotowujący się do szturmu na ul. Świętojańskiej: „W twarzach, oczach tych opancerzonych automatów wyczytałam jedno: ŻĄDZĘ KRWI".

Zgodnie z formułą redakcyjnego cyklu czytelniczka zadaje pytanie: „Czy prawdą jest, że wydanie rozkazu strzelania do tłumu pozostanie bezkarne?". I sama sobie odpowiada: „Pytanie oczywiście retoryczne".

Kara śmierci dla szumowin

Choć większość listów była utrzymana w podobnym tonie, nie zabrakło głosów z drugiej strony barykady. Pani Zofii, pielęgniarce z gdańskiego śródmieścia, „serce kroiło się wewnątrz" na widok zdewastowanych budynków. „To mógł zrobić tylko wróg Polski Ludowej oraz elementy przestępcze, szumowina, chuligani (...) kara musi być bardzo sroga, jak dotąd nigdy – nawet pozbawić życia" – podpowiadała. „Trzeba stworzyć obozy pracy dla długowłosych, szumowin ulicznych i zwyrodniałych bandytów".

A gdańszczanin podpisujący się jako ST. K. (który przez całe życie „był z robotnikami i w ogóle ludźmi pracy") uważał, że dziennikarze są nie dość zdeterminowani w pisaniu prawdy: „Jestem oburzony i niemal fizycznie dotknięty złem, jakie teraz, w chwili normowania się życia i pracy na Wybrzeżu, wyrządza plotka i fałszywe komentowanie faktów, które tak niedawno miały miejsce".

Dalej autor listu uściśla: „Nie występując zdecydowanie, pozwalacie warchołom krytykować takich ludzi, jak Kociołka, który – jak wszyscy to wiemy, tak wiele uczynił dla naszego województwa".

Pan St. K. w jednym miał rację – rzeczywiście, w warunkach blokady informacyjnej szerzyły się plotki. W listach padają pytania o to, czy radzieckie wojska stały pod polską granicą, czy rzeczywiście w Gdyni zamknięto w budynku PWRN (Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej – red.) grupę mężczyzn i kobiet i katowano ich przez całą noc, czy prawdą jest, że milicjanci otrzymali po 10 tys. zł nagrody, czy zabitych demonstrantów chowano w trójmiejskich lasach, czy zatrzymani przetrzymywani są w namiotach w lesie pod Wejherowem... itd.

Występy pop-music

Zdarzają się również akcenty humorystyczne. Jeden z czytelników zadaje pytanie: „czy gówno zmielone z gliną to pasztetowa?". Na kartce doklejony jest wycięty z rosyjskiej gazety – organu KC KPZR – jej tytuł napisany cyrylicą.

Inny czytelnik pyta: „Czy prawdą jest, że z pewnością wszystko jest 100 proc. prawdą?".

Nie brakuje ironii. A. Pożarski pisze: „W Gdyni nie było żadnych demonstracji robotniczych, ale tylko występy zespołów pop-music. To silne uderzenia perkusji sprawiały, że słabsi fizycznie melomani, głównie młodsza młodzież i kobiety, doznali uszkodzeń narządów słuchu, omdleń i innych zaburzeń".

Wentyl bezpieczeństwa

Czy pomysł na gazetowy cykl wyszedł od Służby Bezpieczeństwa? Czy autorzy listów, ci podpisani imieniem i nazwiskiem, mieli później nieprzyjemności? Piotr Brzeziński z gdańskiego oddziału IPN mówi, że listy nadsyłane do „Głosu Wybrzeża" na początku 1971 r. nie były dotąd przedmiotem badań naukowych.

– Wielka szkoda, bo stanowią bardzo ciekawe źródło historyczne. Postawiłbym wręcz tezę, że cały ten pomysł z listami do redakcji stanowił wentyl bezpieczeństwa dla kipiącego w tym czasie na Wybrzeżu społecznego niezadowolenia. Nie był to z pewnością przypadek, że umieszczono go w oficjalnym organie prasowym gdańskiego KW PZPR. Chodziło o stworzenie pozorów niezależności partyjnych mediów, które zupełnie skompromitowały się podczas grudniowej rewolty. Z innych źródeł wiemy, że cenzura drobiazgowo analizowała i blokowała wszelkie wzmianki na temat Grudnia '70 – mówi Brzeziński.

Dla aktywu partyjnego artykuły dotyczące wydarzeń grudniowych, choć jednostronne i zdające się potwierdzać propagandową linię przyjęta przez KC PZPR, i tak były „nieprawomyślne". Zabroniono przedruków artykułu „Obraz wydarzeń" w innych gazetach, a dziennikarze „Głosu" rychło zajęli się opisywaniem „spontanicznych czynów społecznych" podejmowanych przez załogi niedawno spacyfikowanych trójmiejskich zakładów.

Sam „Głos" – który jako jedyna gazeta w dość szczegółowy (choć nierzetelny) sposób opisał wydarzenia w Gdańsku, Gdyni i Elblągu – był cytowany w Radiu Wolna Europa. Egzemplarze dziennika na czarnym rynku osiągały wysokie ceny, nie tylko w złotówkach, lecz także w dewizach.

Rubryka „Czy prawdą jest, że..." pojawiła się na łamach trzykrotnie: 13, 15 i 16 stycznia 1971 r. O ile w pierwszej publikacji dziennikarze starali się poruszać tematy istotne z punktu widzenia czytelnika (wjechanie transportera opancerzonego w tłum, przebieranie się milicjantów w wojskowe mundury itp.), o tyle w dwóch kolejnych odpowiadali już na pytania marginalne, dotyczące skrótów redakcyjnych w publikacji przemówienia Stanisława Kociołka i kwestii, czy w redakcji schronili się zagraniczni korespondenci. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym momencie zadziałała siła propagandowych wytycznych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA