fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Sta wojenny. Najdłuższy grudniowy strajk

Z blokady kopalń Piast i Ziemowit zaplanowanej na 20 grudnia zrezygnowano z uwagi na „determinację strajkujących”. Ostatecznie protesty postanowiono wygasić tzw. metodami politycznymi.
IPN
Załoga kopalni Piast nie ugięła się pod presją władz. Ponad 2 tys. górników prowadziło akcję protestacyjną przez dwa tygodnie.

Jarosław Neja

Paradoks najdłuższego protestu grudnia 1981 r. – strajku okupacyjnego górników kopalni Piast w Tychach-Nowym Bieruniu – polegał na tym, że odbył się w skrajnie niesprzyjających warunkach. Prowadzony był bowiem pod ziemią.

Może się wydawać, że zimą było to rozwiązanie optymalne, gdyż na powierzchni strajkujący byliby w dużej mierze uzależnieni od warunków pogodowych, ale nie było to do końca prawdą. Kopalniane podziemia to środowisko ekstremalne i przebywanie w nim zawsze łączy się z licznymi zagrożeniami ludzkiego życia. Tylko odpowiednie nawyki, doświadczenie zawodowe oraz obowiązujące w kopalni normy i dyscyplina pracy pozwalały strajkującym na sprawne utrzymanie protestu aż przez dwa tygodnie.

Każdego dnia górnicy wykonywali żmudne prace zabezpieczające. Dzięki temu nie tylko utrzymano bezpieczeństwo pozostających na dole ludzi, ale też nie pozwolono na to, aby kopalnia poniosła poważne straty materialne czy wręcz uległa zniszczeniu.

Protest rozpoczął się 14 grudnia 650 metrów pod ziemią i był tam prowadzony do wieczora 28 grudnia. Zainicjowali go pracownicy Przedsiębiorstwa Robót Górniczych z Mysłowic wykonujący zlecone prace w podziemiach kopalni i górnicy pierwszej zmiany. Na znak protestu przeciwko internowaniu zastępcy przewodniczącego Komisji Zakładowej Solidarności Eugeniusza Szelągowskiego oraz przewodniczącego analogicznej struktury przy Przedsiębiorstwie Robót Górniczych z Mysłowic Stanisława Dziwaka zdecydowali, że pozostaną na dole.

W tym czasie dyrekcja, wiedząc o tym, dopuściła do zjazdu kolejnej zmiany. Zamieszanie trwało kilka godzin. Wieczorem, na wyraźne polecenie dyrektora, aby uspokoić nastroje i skłonić strajkujących do wyjazdu, przybyli do nich przewodniczący komisji zakładowej Solidarności Wiesław Zawadzki oraz trzej członkowie jej prezydium Andrzej Machalica, Andrzej Oczko i Adam Urbańczyk. Towarzyszył im nadsztygar Zbigniew Bogacz – członek Krajowej Komisji Koordynacyjnej Sekcji Górnictwa Solidarności.

Podczas gdy wśród gwizdów i wyzwisk pod swoim adresem próbowali przedstawić stanowisko dyrekcji, na dół zjechała część trzeciej zmiany. Zwiększyło to liczbę strajkujących. Ponadto, z wyższego poziomu na teren objęty protestem przedostało się kolejnych kilkaset osób. W podziemiach Piasta strajkowało już ponad 2 tys. osób.

Udział w proteście był jednak dobrowolny i ten, kto chciał, mógł wyjechać na powierzchnię. Dlatego każdego dnia liczba strajkujących się zmniejszała. Piątka działaczy pozostała na dole z załogą.

Cichymi bohaterami protestu były rodziny dostarczające do kopalni żywność, leki i ciepłą odzież.

Władze w celu wygaszenia protestu zastosowały cały wachlarz środków. Prócz powtarzanych wciąż nacisków i różnego rodzaju namów, „inspirowały" pozostające przed kopalnianą bramą matki i żony górników do tego, by w rozmowach przez wewnętrzną linię telefoniczną wpłynęły na nich i przekonały do wyjazdu. Brano też pod uwagę m.in. zastosowanie blokady kopalni przez siły milicyjno-wojskowe. Zrezygnowano jednak z tej koncepcji.

Próbowano natomiast wykorzystać autorytet Kościoła. Jego przedstawicieli informowano, że strajk trwa tylko dlatego, że grupka „solidarnościowych ekstremistów" terrorem zmusza resztę górników do pozostawania na dole. Na prośbę władz w Wigilię Bożego Narodzenia do strajkujących zjechał bp Janusz Zimniak. Na miejscu przekonał się, że oficjalne informacje na temat protestu mają niewiele wspólnego z prawdą. Stąd też nie próbował namawiać górników do jego przerwania. Decyzję tę mieli rozważyć sami w swoim sumieniu.

Ci zaś kontynuowali protest. W Wigilię Bożego Narodzenia Piast był ostatnim strajkującym w kraju zakładem. Ponieważ dalsze przedłużanie strajku mogło stanowić zagrożenie dla życia i zdrowia jego uczestników, 28 grudnia załoga zdecydowała o jego przerwaniu. Wieczorem na powierzchnię wyjechało ponad tysiąc osób.

Jeszcze tego samego dnia rozpoczęły się aresztowania i internowania. Ponadto większość górników została zwolniona z pracy. Byli wprawdzie ponownie do niej przyjmowani, ale zazwyczaj już na nowych, o wiele gorszych warunkach.

Siedmiu osobom wytoczono proces: Zbigniewowi Bogaczowi, Wiesławowi Dudzińskiemu, Andrzejowi Machalicy, Andrzejowi Oczko, Stanisławowi Paluchowi, Adamowi Urbańczykowi i Wiesławowi Zawadzkiemu. Prokuratura wojskowa postawiła im m.in. zarzut zorganizowania i prowadzenia strajku, za co żądała kar od 15 do 10 lat pozbawienia wolności. W trakcie procesu doszło jednak do zaskakującej sytuacji: większość świadków zmieniła swoje zeznania złożone w śledztwie, mocno podważając tym samym główne tezy aktu oskarżenia.

Ostatecznie 12 maja 1982 r. sąd wojskowy pod przewodnictwem sędziego kpt. Józefa Medyka z braku dowodów uniewinnił oskarżonych oraz umorzył wobec wszystkich postępowanie karne. Po zwolnieniu z aresztu zostali oni jednak internowani. Okazało się, że prawomocny wyrok sądu nie przystawał do „praworządności" stanu wojennego.

Autor jest historykiem, pracownikiem naukowym Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Katowicach

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA