fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

I wojna światowa: Armagedon Europy

Mimo że oficjalnie Wielka Wojna skończyła się 11 listopada 1918 r., to traktat wersalski został podpisany dopiero 28 czerwca 1919 r., po ponad półrocznych pertraktacjach
Getty Images
W Londynie właśnie zapadał zmierzch, gdy w przeddzień wybuchu wojny brytyjski szef dyplomacji Edward Grey powiedział: „W Europie gasną światła, a my nie doczekamy, kiedy zapalą się na nowo". Nie pomylił się.

Wprawdzie I wojna światowa skończyła się w listopadzie 1918 r., lecz nie rozwiązała problemów, ba, wygenerowała nowe. Z 40 krajów, które na gruzach upadłych imperiów w 1918 r. uzyskały niepodległość, przetrwało osiem. Wśród nich Polska, która jednak przez 20 kolejnych lat dramatycznie walczyła o przeżycie. Wciśnięta między dwóch pariasów Europy, bezpieczeństwa nie zapewniła sobie ani sojuszem militarnym z Francją (1921 r.), ani układami z Rosją (1932 r.) i Niemcami (1934 r.), ani w końcu brytyjskimi gwarancjami (1939 r.). We wrześniu 1939 r. Niemcy i Rosja wyrównały rachunek za lata 1918–1921, gdy międzynarodowa polityka przypominała darwinowską walkę o byt, w której silniejszy dogryzał słabszego. Objęcie władzy przez bolszewików pod przewodnictwem Lenina (1917 r.) rozpoczęło bowiem w Rosji krwawy pochód komunizmu przez resztę stulecia. Narzucenie natomiast Niemcom upokarzających warunków w Wersalu nakręciło koniunkturę dla Hitlera, który później porwał Niemców do rewizji wersalskiej hańby. „11 listopada 1918 roku stałem się politykiem", mówił o sobie kopista pocztówek. Ukarano w Wersalu jedynego winnego wybuchu światowej zawieruchy? Robiąc z niego kozła ofiarnego?

Powojenne pertraktacje w Wersalu

Zaraz po przybyciu do Paryża niemiecką delegację zapakowano na dworcu kolejowym do autobusu, zakwaterowano w Hotelu Réservoirs w pobliżu Wersalu i pozwolono poruszać się w obrębie kwadratu wyznaczonego przez sąsiadujące z hotelem ulice. Kwadrat zabito dechami i obciągnięto drutem kolczastym. Niecodzienny widok dla 10 tys. dyplomatów, szpiegów i dziennikarzy, którzy na początku stycznia 1919 r. z 22 krajów walczących z Niemcami i Austro-Węgrami przybyli na największy w dziejach świata megaszczyt. Ale status gwiazdy posiadał na nim tylko prezydent USA Woodrow Wilson. Jego program zwiastował nową erę, w której krwawe rzezie miały skończyć się raz na zawsze. „Naszym celem nie jest zaprowadzenie pokoju, tylko wiecznego pokoju", obwieszczali alianccy dyplomaci. Tylko że wieczny pokój panuje wyłącznie w raju. A w Wersalu chciano go wyczarować w pięć miesięcy.

Najważniejsze decyzje zapadały nie wspólnie, tylko w ekskluzywnym gronie. „Cabinet of the World" obradował w hotelowym salonie amerykańskiego prezydenta. Pośrodku w brokatowym fotelu siedział 78-letni francuski prezydent Georges Clemenceau. Blady jak ściana, z przymkniętymi powiekami przysłuchiwał się debatom. Po jednej stronie miał włoskiego premiera Vittorio Orlando, Sycylijczyka o wyjątkowo słabych nerwach. Po drugiej zawsze naprężonego jak struna Wilsona, profesora z Princeton, ale żółtodzioba w polityce zagranicznej. Naprzeciw Francuza siedział najmłodszy z nich, choć kompletnie siwy 56-letni brytyjski premier Lloyd George. Pierwotnie wielka czwórka nie zamierzała konferować za kulisami. Ale natłok petycji spowodował, że nad mapą Europy pochylała się przy mahoniowym stole w apartamencie amerykańskiego prezydenta. Clemenceau, trapiony bezsennością, nie przepadał za kolegami, a szczególnie nabijał się z idealizmu Wilsona, nazywając go Jezusem. W przeciwieństwie do dziarskich członków swojej delegacji, którzy rozbijali się po paryskich knajpkach i uwodzili paryżanki, Wilson wieczorami leżał w łóżku, przybity problemami świata, po części grypą, po części też wylewem, jakiego doznał w trzecim miesiącu konferencji. Tylko jedyny witalny z tej rundy Lloyd George razem z kochanką czerpał garściami z nocnego paryskiego życia.

Możliwe, że wydanie salomonowego werdyktu odnośnie do nowego ładu na świecie przewyższało możliwości politycznego kwartetu, do czego przedstawiciele pozostałych państw dokładali największych starań. Zasypywali kwartet fake newsami: w sporze o kontrowersyjne terytoria przedkładali sfałszowane mapy, statystyki i informacje. A sporów nie brakowało. Najbardziej twardy bój toczyli Polacy z Niemcami i Czechami. Nie mniej zdecydowanie Włosi domagali się od Jugosławii Dalmacji, Japonia niemieckich kolonii w Chinach, a Żydzi Palestyny. Ufryzowane dossier dyplomaci chętniej niż na plenum podrzucali po godzinach, wślizgując się do apartamentów hoteli Majestic i Crillon, w których rezydowały delegacje amerykańska i brytyjska.

„Niemcy wyciśniemy jak cytrynę"

Nikt z wielkiej czwórki nie myślał o studzeniu emocji. Kiedy krótko przed rozpoczęciem konferencji prasa londyńska chciała powiesić niemieckiego cesarza, Lloyd George, akurat w środku kampanii wyborczej, podchwycił temat, wygrał wybory i stał się zakładnikiem antyniemieckiego afektu. Jego minister Eric Geddes tuż przed wersalskim szczytem zapowiadał: „Niemcy wyciśniemy jak cytrynę". Do wyciskania cytryny ochoczo dołączyli Francuzi. Skoro każda ze stron wojnę finansowała na kredyt, Clemenceau postanowił spłacić go niemieckimi markami. Przesiąknięty lękami i nienawiścią do sąsiada ze wschodu, co uważał za prawo natury, widział w Niemczech zagrożenie dla cywilizacji, przede wszystkim jednak maszynkę do robienia pieniędzy. Także Lloyd George zapowiedział w kampanii wyborczej, że dziurę w budżecie załata reparacjami z Berlina. Na końcu pomyślano nawet, by z tego źródła sfinansować renty dla inwalidów, wdów i sierot w brytyjskim imperium. Tu tkwiła przyczyna horrendalnych reparacji wojennych, 132 mld marek, jakie nałożono na Niemcy. A na tym nie wyczerpywał się narzucony im dyktat pokojowy.

Już same okoliczności jego przedłożenia mówiły za siebie. Pod koniec kwietnia 1919 r. delegację niemiecką przewieziono specjalnym pociągiem z Paryża do Wersalu. Tam obwieszczono końcowe postanowienia traktatu, którego oryginału dzisiaj nie ma, gdyż Hitler po zdobyciu Paryża (1940 r.) przywiózł go do Berlina. I ślad po nim zaginął. Istnieją natomiast odpisy dokumentu z 440 paragrafami. W Wersalu przeczytał je Niemcom Clemenceau, starannie dobierając słowa: „Wybiła godzina surowych rozrachunków. Prosiliście o pokój. Jesteśmy skłonni go wam udzielić". Członkowie delegacji z Berlina „podpisywali własne wyroki śmierci. Z bladymi twarzami i drżącymi dłońmi szybko kładli podpisy", zanotował obecny tam brytyjski dyplomata Lansing. Francja zgarniała Alzację i Lotaryngię, jej polski sojusznik część Pomorza Gdańskiego, Górnego Śląska i Wielkopolskę. Niemcom odebrano flotę handlową i wszystkie kolonie, na które jak sępy rzucili się Japończycy, Francuzi, Belgowie, Nowozelandczycy i Południowi Afrykanie. Armię niemiecką zmniejszono do mikroskopijnej wielkości. Francuscy i belgijscy chłopi mieli otrzymać 500 koni rozpłodowych, 2 tys. byków, 90 tys. krów, 20 tys. owiec i 15 tys. świń na rozkręcenie zniszczonego w wojnie rolnictwa. W osobnym artykule traktatu Brytyjczycy zażądali czaszki sułtana Makaua, która z niemieckiej kolonii w Tanzanii wywędrowała do Berlina. Takie zobowiązanie Lloyd George powziął wobec afrykańskiego plemienia Wahehe.

Obciążenie Niemiec wyłączną winą za wybuch wojny pasowało jak ulał do upokarzających dla nich warunków pokoju. Brytyjski oficer Archibald Wavell z sarkazmem komentował: „Po długiej wojnie, kończącej wszystkie dotychczasowe wojny, wymoszczono w Paryżu pokój wykańczający wszystkie dotychczasowe układy pokojowe".

Francja wyniosła Niemcy do rangi arcywroga. Zagwarantowanie sobie monopolu na produkcję szampana i koniaku było jedynie ozdobnikiem do gospodarczego drenażu Niemiec. Dziś wyłączna wina Niemiec wzbudza tylko potrząsanie głową historyków. Politycznie wojna stanowiła erupcję niebywałego konfliktu interesów wszystkich ówczesnych mocarstw, wywołanego zmianami ustrojowymi nie tylko w Niemczech, ale też w Anglii, Francji, Japonii, a ponadto początkiem globalnej ekspansji USA. W kulturowym wymiarze wojna żywiła się kulminacją pesymizmu, jaki ogarnął cały świat. „Zmierzch Zachodu" Oswalda Spenglera ujrzał światło dzienne akurat w 1918 r., kiedy przewidywana samozagłada już się dokonała. „Europa zafundowała sobie samobójstwo, wojnę ze strachu przed śmiercią", twierdzi polski historyk Andrzej Chwalba, cytując ówczesnego francuskiego dziennikarza.

Europa: kipiący kocioł nacjonalizmów

Pokój wersalski stał się zalążkiem kolejnego konfliktu. Przemoc i antagonizmy narodowościowe w krajach, które powstały na gruzach imperiów w środku Europy, obrazuje ponad 20 toczących się tam wojen w latach 1919–1922. W Europie zwiększyła się liczba mniejszości narodowych, coraz bardziej gniewnych. A rządy nowo powstałych państw uważały, że mogą być wobec nich mniej tolerancyjne niż stare reżimy imperialne. Od Rosji i Ukrainy, przez kraje Europy Środowej, po Bałkany i Środkowy Wschód walczono do upadłego. W imię nowego porządku, ale zabijano po staremu. Możliwe, że najbardziej potworne mordy popełniono na prawosławnych mieszkańcach Smyrny (1922 r.) po zdobyciu miasta przez wojska tureckie.

Niemcy, bez Śląska i części Prus, dyszały zemstą. Austria bez odebranych jej w Wersalu Węgier stawała się podatna na pokusę Anschlussu z Niemcami. Sztucznym państwem była Czechosłowacja, w którym mniejszości narodowe Rusinów, Słowaków, Niemców, Węgrów i Żydów znalazły się pod twardymi rządami Czechów. Analogicznie wyglądała sytuacja w Jugosławii zdominowanej przez Serbów. W tej części Europy Wersal uchylił pokrywę kipiącego i cuchnącego kotła nacjonalizmu, którego odór rozchodził się po całej Europie.

W tym właśnie czasie trójka niemieckich myślicieli obaliła stary porządek. Marks opisał świat napędzany przez stosunki ekonomiczne. Zygmunt Freud religię sprowadził do fantasmagorii i zastąpił popędem seksualnym. Fryderyk Nietzsche pierwszeństwo przed Bogiem dał ludzkiej woli. W ten sposób miejsce religii wypełniła nowa świecka ideologia. Jej totalitarni kapłani naciągali powłoki polityków. Tak powstał nowy gatunek mesjasza o nieposkromionym apetycie do panowania nad ludzkością i z gangsterskimi skłonnościami. Dryfujący świat nie musiał na nich długo czekać. Gangsterzy nazywali się Hitler i Stalin.

Prawdziwy pokój dla Zachodu Europy nastał, gdy runęła tysiącletnia Rzesza, grzebiąc pod sobą Hitlera, i powstała unijna Wspólnota. Dla Europy wschodniej I wojna światowa skończyła się, gdy następcy Lenina i Stalina w 1989 r. komunizm złożyli do grobu, a uwolnione od niego państwa dołączyły do UE.

Najistotniejszą konsekwencją wojny była jednak banalizacja przemocy. Agresja w różnych formach wtargnęła nie tylko do polityki, ale świata symboli i życia codziennego, przyczyniając się do wymierania XIX-wiecznych konwenansów. Mechanizacja wojny, której symbolem stał się karabin maszynowy, nieznany do tej pory ostrzał artyleryjski i doświadczenie bezsensownej jatki wycisnęły piętno na psychice i morale całej generacji. Na giełdzie europejskich wartości życie ludzkie mocno potaniało. Wszak miliony istnień ludzkich na cztery lata zostały wysłane na śmierć do okopów, które podchodziły wodą, były pełne szczurów i pcheł, cuchnęły rozkładającymi się zwłokami ludzi i koni. I cóż innego niż bezsens wojny czuli ci, którzy w setkę spośród tysięcy szturmujących wdarli się do okopów wroga, by na drugi dzień zostać z nich przepędzeni? W krwawej rzezi pod Verdun czy na Killing Fields we Flandrii zginęło czterokrotnie więcej Francuzów i trzykrotnie więcej Belgów niż w czasie II wojny światowej. Na froncie wschodnim, gdzie Niemcy i Austria walczyły z Rosją, losy walczącej na froncie czy cywilnej jednostki na jego zapleczu wyglądały tak samo. Od niedawna wiemy to dzięki dwóm polskim historykom. Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny pochylili się nad losem pojedynczego człowieka, narażonego w niespotykanym dotychczas natężeniu na upiory głodu, choroby, lęku, fatalnych warunków higienicznych, a finalnie na śmierć. I opisali wojnę z jego perspektywy.

Zmiany polityczne i społeczne

Powojenna przemoc w latach 1917–1920 przyniosła 27 politycznych przewrotów. We wszechogarniającym klimacie gwałtu oprócz gangsterów, Lenina i Hitlera, do władzy doszli dyktatorzy, którzy we własnych krajach mniej lub bardziej brutalnie rozprawiali się z opozycją: Benito Mussolini we Włoszech, Francesco Franco w Hiszpanii, Antonio Salazar w Portugalii, Miklós Horthy na Węgrzech, Ion Antonescu w Rumunii czy Józef Piłsudski w Polsce. Dramatycznie ucierpiał prestiż państwa. Wzrosła liczba zamachów politycznych. W jednym z nich zginął polski prezydent Gabriel Narutowicz. Wprawdzie i w przeszłości knuto spiski na życie koronowanych głów w Krakowie czy Warszawie, ale ostatnim władcą polskim, który w zamachu stracił życie, był Przemysław II.

Obniżenie w konsekwencji wojny poziomu życia w Europie nakręciło nastroje antysemickie. Kozioł ofiarny musiał się znaleźć. Na Węgrzech i w Niemczech wzrost antyżydowskich afektów łączył się z gorzkim doświadczeniem przegranej wojny. W Polsce, która walczyła o przetrwanie z bolszewicką Rosją, ukuto jeszcze oskarżenie Żydów o sympatie probolszewickie. Pojęcie „żydokomuny" wprowadziło tlący się nie tylko w Polsce konflikt katolicko-żydowski w nowy wymiar.

Przemoc wdarła się do życia codziennego. Nieprzypadkowo na popularności zyskały po wojnie boks i zapasy. Pod wpływem wszechobecnej agresji ewoluowała obyczajowość, padały kolejne normy społeczne i konwenanse. Przyczyniało się do tego również przejęcie przez kobiety wielu ról męskich w okresie wojny, gdy zastępowały walczących na frontach ojców, synów i mężów. Po wojnie zaowocowało to ich „rebelią": z jednej strony uzyskaniem praw wyborczych, z drugiej – diametralnymi zmianami w damskiej modzie. Kobiety śmiało odrzuciły konwenanse, które wciskały je w sztywny gorset i długie do kostek suknie. Po wojnie sukienki i spódnice stały się znacznie krótsze. Tak jak i włosy. Modny wizerunek chłopczycy dopełniał papieros wciśnięty w róg uszminkowanych na karminowo ust. Podczas gdy nonszalanckie arystokratki siadały za kierownicę kabrioletów, mieszczanki masowo podejmowały pracę i zaczytywały się pierwszymi pismami kobiecymi.

Społecznemu awansowi kobiety towarzyszył upadek męskiego ideału bohatera. „Herosi", którzy wrócili z frontowych okopów, kuśtykali o kulach, jąkali się, budząc raczej litość niż podziw. Ulice europejskich miast zapełniły się inwalidami z „przeszczepem włoskim". Skoro najczęstszą kontuzją odniesioną na wojnie był obcięty nos, lekarze nacinali pacjentowi przegub, przykładając mu go do nosa. Nie mniejsze współczucie wywoływał widok weteranów z neurozą wojenną. Ci zapełniali gabinety psychiatryczne. Nieprzypadkowo po wojnie psychoanaliza Freuda przeżywała prawdziwy boom. Bo „wojna nie tylko zmasakrowała ciało, ale doprowadziła do szaleństwa ducha", konstatuje francuski historyk Jean-Yves Le Naour. Mężczyźni wystawieni na pastwę ekstremalnej przemocy i sami ją stosujący po powrocie z frontu posługiwali się nią jak protezą. Le Naotur przyjrzał się dziennikom 20-letniego Roberta Troubata, typowej ofiary frontowej walki. Strony jego pamiętnika zapełniają rysunki roztrzaskanych głów i twarze z pustymi oczodołami. Ilustrują, jak śmierć i obsesyjny lęk prześladowały autora. „Przyszłość powie mi, czy za grób będę miał wspólny podmokły dół, czy może tak po prostu zniknę. A może zostanę pochowany żywy? I umrę bez prawa do krzyża?", rozmyślał Troubat w przerwie wojennej młócki. „Mój oddział składa się z dwóch ludzi, sierżanta Magnanta i ze mnie. Moja kompania to 17 ocalonych. Jeden oficer, jeden podoficer, dwóch plutonowych i trzynastu żołnierzy. 17 z 256. Brakuje 23", zapisał.

Setki tysięcy mężczyzn z traumą wojenną, takich jak Troubat, powróciło w cztery ściany domu. Ale nie do normalności. Nieufność i lęki uniemożliwiały zdrowe kontakty z rodzicami, żonami i dziećmi. Troubat nigdy się nie ożenił. Pod koniec życia, które spędzał w domu seniora, pamiętnik wojenny przekazał zupełnie obcej osobie. Sześć lat po wojnie do pamiętnika zaczął dopisywać komentarze – kiedy uznał, że powrót pokoju w Europie jest niemożliwy.

Prawdziwi bohaterowie z wojny nie wrócili nigdy. Pozostali na zawsze w błocie okopów czy w lejach armatnich, rozerwani na strzępy granatami, otruci gazem, zakłuci bagnetami. Im po całej Europie wystawiano groby nieznanego żołnierza: w 1921 r. w Belgii, Italii i Portugalii, w 1922 r. w Czechosłowacji, w 1923 r. w Bułgarii i w 1925 r. w Polsce.

Razem z ich trupami I wojna światowa pogrzebała ostatecznie XIX-wieczny świat. Z perspektywy jesieni 1918 r. wiosna roku 1914 należała do zamierzchłej przeszłości. Ludzkość odległej o zaledwie cztery lata epoki w porównaniu z późniejszymi generacjami promieniowała większym zaufaniem do siebie – od Londynu do Moskwy można było podróżować bez paszportu – żyła radośniej, wierząc w lepszą przyszłość i postęp. Jej styl życia był bardziej elegancki i ekstrawagancki, styl konwersacji błyskotliwy. Owszem, hołdowała sentymentalizmowi i hipokryzji, ale miała większy szacunek dla pracy i zrozumienie dla przyrody. Po wojnie większość z tego, co posiadała, straciła bezpowrotnie. Już w pierwszym roku wojny belgijski pisarz Émile Verhaeren miał świadomość tej straty, gdy tytułował swoją książkę: „Poświęcone mężczyźnie, którym kiedyś byłem".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA