fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Mur berliński padł, a Angela Merkel przyjechała do Polski

Bachotek, prawdopodobnie czerwiec 1987 J - Angela Merkel, A – jej przyszły mąż Joachim Sauer. N – Karol Jankowski, główny organizator spotkań chemików kwantowych
Archiwum
Dzisiejsza kanclerz parę dni po upadku muru odwiedziła polskich kolegów. – Niemcy się zjednoczą – przewidzieli.

Amatorskie zdjęcie z 1989 roku wykonał profesor Bogumił Jeziorski, dziś szef grupy badawczej w Pracowni Chemii Kwantowej Uniwersytetu Warszawskiego. Jest na nim jego żona Małgorzata Jeziorska, doktor w tej samej pracowni. Towarzyszy jej dwoje naukowców z NRD – Joachim Sauer, obecnie emerytowany profesor chemii kwantowej i fizyki chemicznej, oraz doktor specjalizująca się w chemii analitycznej Angela Merkel (od 1998 roku są małżeństwem).

Zdjęcie powstało w Bachotku na Pojezierzu Brodnickim, gdzie znajduje się ośrodek konferencyjno-wypoczynkowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Angela Merkel była tam gościem kilkakrotnie. Dr Jeziorska przypuszcza, że fotografia powstała w czerwcu 1989 roku: – Angela Merkel była z nami w Bachotku, kiedy ogłaszano wyniki wyborów (częściowo wolnych do Sejmu z 4 czerwca – red.). Możliwe jednak, że zdjęcie pochodzi z wcześniejszego spotkania w Bachotku.

W pewnym sensie jest przypadkowe, bo Małgorzata Jeziorska nie utrzymywała z dzisiejszą kanclerz bliższych stosunków. Po prostu były razem na konferencji naukowej. Ale są polscy naukowcy, którzy mają dużo wspomnień o Merkel z czasów, gdy nie zajmowała się polityką. Zaraz do nich dojdziemy.

Datek dla toruńskiej Solidarności

Angela Merkel, gdy była już znaczącym politykiem, wielokrotnie mówiła o wizytach w Polsce. Najbardziej zagadkowo brzmi jej wypowiedź z wywiadu, którego udzieliła w styczniu 2003 r. dziennikowi „Berliner Morgenpost" (była już wtedy szefową CDU, stanowisko kanclerza miała objąć prawie trzy lata później):

„13 listopada (czyli cztery dni po upadku muru) pojechałam do moich kolegów naukowców w Polsce. Byli zaskoczeni, że pojawiłam się u nich, a nie zostałam w Niemczech, gdzie wszystko wydawało się takie ekscytujące. Potem mi powiedzieli, że gdy następnym razem odwiedzą mnie w Berlinie, Niemcy będą już pewnie zjednoczone. To mnie zaskoczyło, ale i otworzyło oczy. My byliśmy w Niemczech pod takim wrażeniem upadku muru, że dalsze konsekwencje nie były dla nas tak oczywiste jak dla nich".

Kto i gdzie przewidział szybkie zjednoczenie?

– Myślę, że to przede wszystkim ja jej o tym mówiłem. Moje prognozy na temat ewolucji procesu przemian w naszym regionie się sprawdziły – mówi „Rzeczpospolitej" Jacek Karwowski, profesor emerytowany Katedry Mechaniki Kwantowej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

To na jego zaproszenie dr Merkel z Centralnego Instytutu Chemii Fizycznej Akademii Nauk NRD przyjechała do Torunia 13 listopada 1989 r. nocnym pociągiem z Berlina. Dzień później wygłosiła wykład, w sumie spędziła w Polsce w tym ważnym dla historii Niemiec momencie sześć dni. W domu u prof. Karwowskiego ze łzami w oczach oglądała wiadomości z NRD.

– Pokazywałem, co się u nas dzieje. W auli uniwersytetu byliśmy na projekcji „Blaszanego bębenka" (ekranizacji powieści Güntera Grassa w reżyserii Volkera Schlöndorffa), który w NRD był zakazany przez cenzurę. Pojechałem z nią do zarządu toruńskiego regionu Solidarności. Gdy wyjeżdżała, to powiedziała mi, że widziała w siedzibie Solidarności puszkę na datki. I poprosiła, żebym wrzucił do niej pieniądze – diety, które od nas dostała i nie miała czasu wydać. Widać było, że to było przemyślane, najwyraźniej ceniła i wspierała Solidarność – opowiada Jacek Karwowski o roku 1989.

Z wcześniejszych lat pamięta Merkel uczestniczącą w Szkole Zaawansowanych Metod Chemii Kwantowej, czyli spotkaniach naukowców specjalizujących się w tej dziedzinie, które odbywały się w Bachotku. –Dużo dyskutowaliśmy tam o polityce. I śpiewaliśmy nieprawomyślne piosenki. Ona z Sauerem, z którym zazwyczaj bywała w Bachotku, wykonywała „We shall overcome", amerykański spirituals. Niewątpliwie identyfikowała się ze stroną opozycyjną wobec systemu.

Dobry stosunek do Polaków

Piosenki śpiewane wieczorem przy ognisku nad jeziorem dobrze pamięta też Karol Jankowski, obecnie profesor emerytowany tej samej katedry na UMK, pomysłodawca i szef spotkań zwanych Szkołą Zaawansowanych Metod Chemii Kwantowej. – Na początku przyjeżdżali na nie głównie Polacy, potem też naukowcy z naszego regionu i z Zachodu. W enerdowskiej drużynie był polityczny nadzorca, w jego obecności nie rozmawialiśmy i nie śpiewaliśmy – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Jankowski, dodając, że Merkel była w Bachotku co najmniej trzy razy.

Nieoczekiwanie spotkali się na początku lat 90. w samolocie lecącym z Nowego Jorku do Warszawy, z międzylądowaniem w Berlinie. Ona była ministrem ds. młodzieży w rządzie Helmuta Kohla i podróżowała w wyższej klasie. Prof. Jankowski poprzez stewardesę przesłał jej list. Nagle o trzeciej w nocy wielkie poruszenie w klasie ekonomicznej, zwłaszcza wśród Niemców. – Pojawia się Angela, niedbale ubrana. Przyszła pogadać, wszystko pamiętała z naszych spotkań. Kto z polityków by tak zrobił? Przecież przychodząc na taką rozmowę, nic nie zyskała. To świadczy o człowieku. Miała dobry stosunek do Polaków i nie wynika to z tego, że jej przodek był Polakiem – podkreśla Karol Jankowski.

O tego przodka, dziadka, który, jak dopiero kilka lat temu dowiedziała się opinia publiczna, nazywał się Kaźmierczak (potem zmienił nazwisko na Kasner), pytam też prof. Karwowskiego. – Nie przypominam sobie, by kiedyś o tym wspominała. Ale myśmy na sprawy etniczne w środowisku chemików kwantowych nie zwracali uwagi, to wspólnota kosmopolityczna, ponadnarodowa, która posługuje się głównie językiem angielskim – odpowiada.

Z polskimi naukowcami, których znała z Bachotka, kanclerz Merkel spotkała się w 2007 r. po swoim wykładzie na Uniwersytecie Warszawskim. – Porozmawialiśmy godzinę, bez pośpiechu – mówi prof. Jankowski.

Merkel zawsze gdy odwiedzała Toruń, robiła zakupy w sklepie z wyrobami wikliniarskimi przy ulicy Prostej. Sklep już nie istnieje.

Dzień przełomu

Mur upadł 9 listopada 1989 r. przed północą. Precyzyjniej: w górę poszły szlabany na ściśle strzeżonej wcześniej granicy między enerdowskim Berlinem Wschodnim a Berlinem Zachodnim. Od wielu dni trwały wielkie demonstracje, wielu mieszkańców NRD dostawało się na Zachód poprzez Węgry i Czechosłowację.

Około północy przez jedno przejście przy Bornholmer Straße bez kontroli do Berlina Zachodniego przeszło 20 tys. ludzi.

Jeszcze pod wieczór nikt się tego nie spodziewał. O 18.35 zaczęła się zapowiadająca się na nudną konferencja prasowa członka Biura Politycznego komunistycznej partii SED Güntera Schabowskiego. Transmitowała ją enerdowska telewizja.

Nagle włoski dziennikarz spytał o nowe zasady podróżowania. Schabowski w zagmatwany sposób wspomniał o projekcie ustawy, zgodnie z którą każdy może wyjechać, dokąd chce. Dodał, że zgodnie z jego wiedzą, nowe zasady wchodzą w życie niezwłocznie. Potem w wypowiedzi dla amerykańskiego reportera sprecyzował, że nie chodzi o podróże turystyczne, ale o zezwolenie na opuszczanie NRD.

Zaskoczył wielu partyjnych kolegów. Znawca tamtych wydarzeń Hans-Hermann Hertle, napisał, że rzecznik rządu powiedział szefowi enerdowskiej agencji prasowej, że Schabowski musiał zwariować.

Po wysłuchaniu konferencji i późniejszych interpretacji zachodnich mediów („NRD otwiera granice") tysiące ludzi zaczęły się gromadzić pod murem. Rano po ulicach Berlina Zachodniego chodziło już pół Berlina Wschodniego.

– Schabowski przedwcześnie i przez pomyłkę ogłosił wprowadzenie nowych zasad podróżowania – powiedział mi 20 lat temu Christoph Links, pochodzący z Berlina Wschodniego publicysta badający tamte wydarzenia. Nie wszyscy się zgadzali z taką interpretacją, jeden z enerdowskich dysydentów mówił mi, że nie było żadnej pomyłki, po prostu komuniści zastosowali zasadę „ucieczki do przodu", otwierając granicę, chcieli uspokoić rozsmakowane już w masowych protestach społeczeństwo, by utrzymać się u władzy.

Kluczowym wydarzeniem prowadzącym do upadku muru była demonstracja w Lipsku 9 października, w której wzięło udział 70 tys. ludzi. Komuniści nie zastosowali krwawego wariantu chińskiego, mimo że trzy miesiące wcześniej po masakrze na Tiananmen solidaryzowali się z przywódcami ChRL. – Początkowo nie było jasne, kto dał rozkaz, żeby nie strzelać. Potem okazało się, że nie było żadnej decyzji. Na ulice wyszły dziesiątki tysięcy ludzi i nikt się im nie przeciwstawił. To zadecydowało o sukcesie demonstracji – opowiadał mi Christoph Links.

Upadek muru 9 listopada miał charakter symboliczny. Potem obtłukiwano go i robiono dodatkowe przejścia, ale stał jeszcze na początku 1990 r. Demontaż zaczął się w styczniu, enerdowskie przedsiębiorstwo dostało państwowy kontrakt. Kawałki muru sprzedawano potem za zachodnioniemieckie marki.

W październiku 1990 r. nie było już NRD, a Merkel rozpoczynała karierę polityczną w zjednoczonych Niemczech, w grudniu jako świeża chadeczka z CDU uzyskała mandat do Bundestagu. Parę tygodni później była już w rządzie Kohla.

Symboliczne ostrygi

9 listopada 1989 Merkel oglądała konferencję prasową Schabowskiego w telewizji. – Zadzwoniłam do mamy. Miałyśmy takie powiedzenie: „Gdy znowu nie będzie muru, idziemy do Kempinskiego na ostrygi". Powiedziałam jej: nadszedł czas – opowiadała w wywiadzie rzece „Moja droga", którego udzieliła Hugo Müllerowi-Voggowi (ukazał się w 2005 r., gdy została kanclerzem).

Nie poszły jednak na ostrygi do restauracji w znanym hotelu Berlina Zachodniego. – Nigdy tego nie zrobiłyśmy. Ostrygi nie ekscytowały mnie, mojej mamy też. „Jeść ostrygi u Kempinskiego" miało dla nas inne znaczenie. To był dla nas symbol wolności.

Zamiast planować wypad na ostrygi, wieczorem 9 listopada po wysłuchaniu zadziwiających słów Schabowskiego Angela Merkel, jak w każdy czwartek, poszła do sauny.

– Jak to do sauny? Nie na ulicę? – dopytywał Hugo Müller-Vogg.

– Nie przewidziałam, że jeszcze tego wieczora upadnie mur – odpowiedziała kanclerz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA