fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Jak zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych

Donald Trump na jednym ze spotkań wyborczych w 2016 r.
AFP
Amerykańskie wybory prezydenckie są jedyne w swoim rodzaju. Inne narody próbują się na nich wzorować, ale nikomu jeszcze nie udało się skopiować ich specyfiki, atmosfery i reguł. To mecz, który choć ma stałe zasady, zawsze jest pełen emocji i niespodzianek.

Przyjęło się uważać, że Donald Trump jest 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. To dyskusyjny, choć ogólnie zaakceptowany pogląd, z którym dzisiaj nie ma już sensu polemizować. Warto jednak zaznaczyć, że przez 12 pierwszych lat istnienia niepodległej Ameryki, w latach 1776–1788, spikerzy Kongresu Kontynentalnego pełnili funkcję głowy państwa i nosili także tytuł prezydenta Stanów Zjednoczonych w Kongresie Zgromadzonych (ang. President of the United States in Congress Assembled). Pierwszym był całkowicie niemal zapomniany prezydent Peyton Randolph, plantator z Wirginii, syn brytyjskiego szlachcica i zagorzałego monarchisty sir Johna Randolpha, prokuratora generalnego prowincji Wirginii i spikera tamtejszego Zgromadzenia Parlamentarnego (Virginia House of Burgesses). Oprócz niego zaszczytny tytuł prezydenta Stanów Zjednoczonych w Kongresie Zgromadzonych nosiło jeszcze 12 innych mężczyzn, o których nikt dzisiaj nie uczy dzieci w amerykańskich szkołach. Teoretycznie Donald Trump powinien być zatem 58. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Przyjęło się jednak, że prezydentów liczymy od wyboru na ten urząd Jerzego Waszyngtona. Ale także w tym wypadku Trump tak naprawdę jest co najwyżej 44. Amerykaninem sprawującym ten urząd. A to dlatego, że Grover Cleveland był prezydentem w latach 1885–1889 i po czteroletniej przerwie objął ponownie urząd w latach 1893–1897. Dlatego uważa się go jednocześnie za 22. i 24. prezydenta Stanów Zjednoczonych.

23 grudnia 1783 r. generał Jerzy Waszyngton zrezygnował z dowodzenia Armią Kontynentalną USA (obraz Johna Trumbulla)
us national archives/roger viollet/east news

Hamiltonowska wizja prezydentury

Być może urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nigdy by nie powstał w takiej formie, w jakiej go znamy, gdyby nie upór wielkiego wizjonera Alexandra Hamiltona. Ten nieco zapomniany polityk, twórca Partii Federalistycznej, zwolennik ścisłej unii państwowej i twórca banku centralnego, a tym samym dolara, uparł się, by stworzyć rząd federalny, na którego czele stałby człowiek mający kontrolę nad całością administracji państwa, polityką fiskalną, zagraniczną i wojskową. Hamilton pochodził z gminu, ale mimo to albo właśnie z tego powodu wcale nie miał zaufania do zwykłych prostych ludzi. Nie wierzył w szlachetne hasła równości i braterstwa. Odrzucał pogląd, że prosty lud może się sam demokratycznie rządzić. Był przekonany, że jedynie silny centralny rząd, prowadzony zresztą twardą ręką silnego w uprawnienia prezydenta, daje nadzieje na utrzymanie kruchej jedności młodej amerykańskiej unii. Historycy, politolodzy, politycy i konstytucjonaliści nieustannie się spierają, czy miał rację. Amerykańska prezydentura to hamiltonowska wizja zwięzłej federacji, w której prezydent jest strażnikiem konstytucji.

Hamilton widział, że powstałe 4 lipca 1776 r. nowe państwo amerykańskie nie miało przez pierwsze pięć lat swojego istnienia żadnego spójnego prawa ani rządu. Władzę nad tym tworem organizacyjnym sprawował nieustannie rozdarty na frakcje Kongres Kontynentalny, który 15 listopada 1777 r. uchwalił tzw. artykuły konfederacji i wieczystej unii (ang. Articles of Confederation and Perpetual Union). Stanowiły one rodzaj pierwszej ustawy zasadniczej, która została zastąpiona 12 lat później prawdziwą konstytucją. Artykuły konfederacji, bo tak skrótowo nazywano ten dokument, miały liczne wady. Największą z nich była struktura i uprawnienia rządu federalnego, który w myśl tych artykułów był niezwykle słabą instytucją.

Można powiedzieć, że do czasu uchwalenia Konstytucji Stanów Zjednoczonych amerykańska unia była w zasadzie tworem papierowym, a każdy ze stanów rządził się według własnych zasad i tradycji. Tacy ludzie, jak Alexander Hamilton czy James Madison, upatrywali siły swojego narodu w jego jedności i solidarności. Zdawali sobie przy tym sprawę, że należy jak najszybciej uchwalić prawo nadrzędne, które chroniłoby przed wszelkimi tendencjami separatystycznymi. Hamilton i Madison przyczynili się do zwołania 25 maja 1787 r. Zgromadzenia Konstytucyjnego w Filadelfii. Nikt nie wniósł w dyskusję nad kształtem przyszłej ustawy zasadniczej tak wiele ożywczego spojrzenia jak oni dwaj. Notatki, jakie Madison sporządził podczas prac Zgromadzenia Konstytucyjnego, stanowią dzisiaj jeden z najcenniejszych amerykańskich dokumentów historycznych. Dowodzą niezwykłej błyskotliwości tego człowieka, jego dalekowzroczności i szlachetnego charakteru. Amerykanie mieli wielkie szczęście, że fundamenty ich państwa zbudowali tacy ludzie, jak James Madison, Alexander Hamilton, Thomas Jefferson, John Adams czy Benjamin Franklin.

Wśród nich dwaj pierwsi byli bez wątpienia największymi wizjonerami. Podczas prac nad kształtem konstytucji umiejętnie dążyli do zachowania równowagi między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Opracowany przez nich ustrój polityczny sprawdza się niemal wzorcowo od 232 lat i nadal może stanowić wzór dla reszty świata. Najważniejszym elementem tego mechanizmu jest kontrola obywatelska nad ludźmi władzy. Jednocześnie wizja Madisona łączyła partykularne interesy poszczególnych stanów w kompromisowe rozwiązania korzystne dla całej unii.

17 września 1787 r. uczestnicy zgromadzenia przegłosowali i podpisali ostateczny projekt Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Dokument ten zachwyca swoją prostotą, logiką i zwięzłością. W swojej pierwotnej formie bez poprawek konstytucja składała się zaledwie z siedmiu artykułów. Rozpoczynała ją preambuła napisana przez znanego amerykańskiego dyplomatę i delegata ze stanu Pensylwania Gouverneura Morrisa, zaczynająca się od słów: „My, Naród Stanów Zjednoczonych, w celu tworzenia doskonalszej unii, ugruntowania sprawiedliwości, zapewnienia spokoju wewnętrznego, umożliwienia wspólnej obrony, popierania ogólnego dobra i zagwarantowania wolności dla nas samych i dla naszych potomków, uchwalamy i ustanawiamy niniejszą Konstytucję Stanów Zjednoczonych Ameryki". Artykuł drugi Konstytucji Stanów Zjednoczonych ustanawiał organ wykonawczy rządu federalnego, który wykonuje i egzekwuje prawa federalne, określał procedury wyboru i odwoływania prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz jego uprawnienia i obowiązki. Po raz pierwszy w historii jedynym ograniczeniem stał się wiek i miejsce urodzenia kandydata. Od tej pory głową państwa i szefem rządu federalnego mógł zostać każdy, kto urodził się na terytorium USA, miał minimum 35 lat i był rezydentem od 14 lat. Konstytucja nie wprowadzała żadnych ograniczeń ze względu na płeć, religię czy pochodzenie etniczne.

Ojciec narodu

Nikt nie miał wątpliwości, że pierwszym prezydentem według zapisów nowej konstytucji zostanie Jerzy Waszyngton. Dla młodego narodu amerykańskiego stał się uosobieniem wszelkich cnót: patriotyzmu, uczciwości, szlachetności i przyzwoitości. Trudno spotkać amerykańskie opracowania historyczne, które nie byłyby napisane w formie panegiryku dla Waszyngtona. Amerykanie są przekonani, że ojca ich państwa nie powinno się krytykować. Jest bowiem Waszyngton idylliczną personifikacją idei wolności, suwerenności i potęgi Stanów Zjednoczonych. Na kartach amerykańskich podręczników pojawia się niczym olimpijskie bóstwo, które w swoim geniuszu prowadzi prosty lud 13 brytyjskich kolonii do walki z największą potęgą swojej epoki – armią brytyjskiego króla Jerzego III. W historiografii amerykańskiej pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych jawi się jako geniusz strategii wojskowej, wizjoner i polityk, który wyznaczył republikański charakter amerykańskiej prezydentury.

To obraz mocno wyidealizowany, choć zapewne część tych opinii jest słuszna. Jeżeli jednak zdejmiemy z pomnika Jerzego Waszyngtona ową patynę narodowej świętości, to ujrzymy człowieka z krwi i kości, bezwzględnego zwolennika niewolnictwa, byłego lojalistę, który przez większą część życia święcie wierzył w potęgę i chwałę korony brytyjskiej i zapewne w głębi duszy zawsze czuł się Brytyjczykiem. Choć i to było dyskusyjne, skoro po matce odziedziczył mieszankę krwi holenderskiej, angielskiej i niemieckiej.

Stephen Grover Cleveland (1837–1908), 22. i 24. prezydent Stanów Zjednoczonych
us national archives/roger viollet/east news

Jedyny prezydent wybrany jednogłośnie

19 kwietnia 1783 r. generał Jerzy Waszyngton uznał wojnę o niepodległość za zakończoną, a 23 grudnia 1783 r. ogłosił w Annapolis przed legislaturą stanu Maryland swoją rezygnację z funkcji głównodowodzącego Armii Kontynentalnej.

Mając 51 lat, postanowił wrócić do swojej posiadłości rodzinnej w Mount Vernon. Nie dane mu było jednak zaznać upragnionego, spokojnego życia na wsi. Podobno najbardziej lubił siedzieć na tarasie, sączyć wino lub whisky i patrzeć na drzewa. Jednak otoczony nimbem wielkiego zwycięzcy był potrzebny w Filadelfii, ówczesnej stolicy Stanów Zjednoczonych, gdzie właśnie zwoływano konwencję konstytucyjną.

Pierwsza na świecie konstytucja została uchwalona 17 września 1787 r. Podpisy pod nią złożyło 39 z 42 obecnych na sali obrad delegatów konwencji konstytucyjnej. Wcześniej 13 delegatów opuściło posiedzenie, demonstrując swoje niezadowolenie z kształtu uchwalonej ustawy zasadniczej.

I znowu życie Jerzego Waszyngtona wróciło na dawne tory. Generał udał się do Mount Vernon z przekonaniem, że nareszcie zakończył służbę publiczną. Z początkiem 1789 r. zaczęła obowiązywać konstytucja. 4 lutego tego roku kolegium elektorskie jednomyślnie wybrało Jerzego Waszyngtona na prezydenta Stanów Zjednoczonych. On sam nie wygłosił nawet jednego przemówienia wyborczego i chyba w ogóle nie wiedział, że jest kandydatem do najwyższego urzędu. 16 kwietnia 1789 r. znowu musiał się pożegnać ze swoją ukochaną plantacją Mount Vernon i udać się do Nowego Jorku, który jako nowa siedziba Kongresu pełnił od 11 stycznia 1785 do 12 sierpnia 1790 r. rolę tymczasowej stolicy Stanów Zjednoczonych.

Jego przybycie miało iście królewską oprawę. Prezydent elekt przepłynął rzekę Hudson na ogromnej ozdobionej girlandami kwiatów barce, wzorowanej na łodziach angielskich królów. Załogę stanowiło 13 wioślarzy ubranych w wykwintne białe fraki, w perukach na głowach. Z brzegu flotyllę łodzi nowego prezydenta pozdrawiały niezliczone tłumy skandujące imię „Jerzy". Złośliwcy zwracali uwagę, że tak oto Amerykanie zamienili jednego króla Jerzego na drugiego króla Jerzego. W Nowym Jorku, na schodach frontowych Federal Hall, ówczesnej siedziby Kongresu USA, 57-letni generał George Washington położył dłoń na Biblii i złożył przysięgę prezydencką, którą zakończył słowami „So help me God" (Tak mi dopomóż Bóg). Dotychczas wszyscy jego następcy powtarzali ten gest i te słowa.

Ojcowskie ostrzeżenie

Po upływie drugiej kadencji Jerzy Waszyngton zdecydował, ku zaskoczeniu wszystkich, więcej nie ubiegać się o prezydenturę. W ten sposób stworzył precedens, którego nikt nie złamał. Tylko Franklin Delano Roosevelt sprawował niepełne trzy kadencje prezydenckie. Swój start w wyborach prezydenckich w 1940 r. tłumaczył koniecznością przeprowadzenia narodu przez trudy II wojny światowej.

Żegnając się z Kongresem, Jerzy Waszyngton wygłosił przemówienie, które historycy nazwali jego testamentem politycznym. Zawierało ono liczne wskazówki dla ówczesnej klasy politycznej i potomnych. Krytycy uważali, że było słabe stylistycznie i pełne górnolotnych frazesów. Być może nie wsłuchano się dokładnie w słowa o proroczym charakterze. Pierwszy prezydent zalecał bowiem zachowanie jak najwyższej ostrożności przed zagranicznymi wpływami w młodym demokratycznym państwie i ostrzegał, że przyszłym przywódcom Ameryki zawsze trzeba będzie patrzeć na ręce. Waszyngton wskazywał też na szczególnie odpowiedzialną rolę prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych. Zdawał się sugerować, że wybór wojskowych na najwyższy urząd w państwie musi się odbywać pod szczególnym nadzorem Kongresu. Tak jakby wyczuwał, że amerykańską tradycją stanie się w przyszłości, że po najważniejszych dla narodu wojnach na prezydenta będzie się wybierało generałów, którzy w czasie konfliktu zbrojnego dowodzili armią.

Dotychczas urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych objęło 12 byłych generałów. Pierwszym był właśnie sam Jerzy Waszyngton, wódz naczelny Armii Kontynentalnej. Kolejnym generałem w Białym Domu był pogromca Brytyjczyków pod Nowym Orleanem i wojskowy gubernator Florydy Andrew Jackson. Nie mniejsze zasługi w wojnach o utrzymanie niepodległości mieli: 9. prezydent USA gen. William Henry Harrison, 12. prezydent USA gen. Zachary Taylor, 14. prezydent USA Franklin Pierce oraz dwukrotnie pełniący urząd prezydenta USA gen. Andrew Johnson. Wojna secesyjna wyniosła do najwyższego urzędu aż czterech generałów: głównodowodzącego wojsk Unii generała Ulissesa Granta, generałów brygady: Rutherforda Hayesa, Jamesa Garfielda i Benjamina Harrisona oraz kwatermistrza stanu Nowy Jork Chestera Alana Arthura. Wybór ostatniego takiego prezydenta, pięciogwiazdkowego generała armii Dwighta D. Eisenhowera w 1952 r., dopełnił tradycji nagradzania bohaterów wojennych najwyższym urzędem w państwie.

Rozbawiony prezydent Harry Truman pokazuje pierwszą stronę „Chicago Daily Tribune” z 3 listopada 1948 r. z błędnym nagłówkiem: „Dewey pokonuje Trumana”
Getty Images

Wielcy rywale

Pierwsza prezydentura w historii Stanów Zjednoczonych wiąże się z dwoma najczystszymi kampaniami wyborczymi w historii tego kraju. Kiedy jednak odszedł Waszyngton, skończyła się epoka dżentelmenów w polityce. Pierwsza prawdziwa kampania wyborcza okazała się katastrofą i zapowiedzią tego, co nastąpi w przyszłości. Jeżeli ktoś uważa, że obecna kampania wyborcza Donalda Trumpa i Josepha Bidena jest pełna brudów, to nie ma pojęcia, czym była walka Johna Adamsa z Thomasem Jeffersonem. Gdyby oni mieli te środki przekazu, jakimi dysponują sztaby współczesnych kandydatów, to z naszych telewizorów, monitorów, tabletów oraz smartfonów informacyjne „szambo" wylewałoby się potokami.

I pomyśleć, że ta bezpardonowa wojna wyborcza, bo nie sposób nazwać ją jedynie kampanią, toczyła się między dwoma wielkimi ojcami założycielami Stanów Zjednoczonych. Rola Johna Adamsa i Thomasa Jeffersona w kształtowaniu nowego oblicza Ameryki Północnej jest bowiem niebagatelna. Pierwszy zgłosił w czerwcu 1775 r. Jerzego Waszyngtona na stanowisko naczelnego dowódcy Armii Kontynentalnej, kiedy jeszcze ten emerytowany oficer był mało komu znanym plantatorem z Wirginii. To Adamsowi udało się przekonać delegatów Kongresu Kontynentalnego do proklamowania niepodległości. Można zatem śmiało powiedzieć, że John Adams jest ojcem niepodległości USA. I choć bezpardonowa walka wyborcza między Adamsem i Jeffersonem rozpoczęła epokę brudnej polityki, to prawdą jest też, że nic tak nie przyczyniło się do rozwoju amerykańskiej myśli politycznej, jak spór między drugim i trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych. Warto o tym pamiętać, kiedy przyglądamy się współczesnym konfliktom politycznym. One nas kształtują. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegamy, jak bardzo są nam potrzebne, aby nieustannie doskonalić własną tożsamość narodową. Adamsa i Jeffersona pogodziła dopiero śmierć, która – co zdumiewające – dla obu nadeszła tego samego dnia: w 50. rocznicę utworzenia państwa, którego byli współzałożycielami.

Pijacka kampania

W 1800 r. populacja Stanów Zjednoczonych wynosiła zaledwie 5,3 mln ludzi. Mniej niż obecna liczba mieszkańców Nowego Jorku. Cały kraj przypominał jedną wielką, prymitywną, drewnianą wieś, gdzie nie było porządnych dróg, jakiejkolwiek przyzwoitej infrastruktury, mostów, szkół czy szpitali. Nowy Jork, Boston czy Filadelfia były tylko zabitymi deskami dziurami, w których jedyną rozrywką było pijaństwo przybierające iście sowieckie rozmiary. Stąd też kampania wyborcza Adamsa i Jeffersona polegała głównie na organizacji pijackich festynów, w czasie których przedstawiciele danego kandydata wygłaszali do pijanego elektoratu przemówienia oczerniające kandydata opozycji. Ludzie Adamsa z perwersyjnym upodobaniem głosili, że Jefferson był zwykłym tchórzem, który w czasie wojny o niepodległość ukrył się przed służbą w Europie, a teraz w swoim dworku w Monticello cudzołoży z niewolnicami. Z kolei „komitet" Jeffersona rozgłaszał, że John Adams jest „odpychającym pedantem, któremu cuchnie z gęby, a zepsute zęby same wypadają". Rzeczywiście stan uzębienia wiceprezydenta Adamsa pozostawiał, najdelikatniej mówiąc, wiele do życzenia. Podobno rozmówcy nie byli w stanie wytrzymać przy nim pół minuty, gdyż fetor z ust nie miał sobie równych. Spin doktorzy Jeffersona, jakbyśmy ich dzisiaj nazwali, określali Adamsa „obrzydliwym hipokrytą" i „piekielnym hermafrodytą, który nie ma w sobie ani męskiej siły, ani kobiecej delikatności". Dzisiaj takie inwektywy byłyby przyjęte jedynie ze śmiechem lub obrzydzeniem, ale ówcześni słuchacze święcie w nie wierzyli i bynajmniej nie traktowali obojętnie przy podejmowaniu decyzji o tym, na kogo zagłosują.

W historii amerykańskich kampanii prezydenckich zdarzały jednak rzeczy niezwykłe. Bywało, że mimo marnie prowadzonej kampanii wyborczej i uzyskania mniejszej liczby głosów niektórzy kandydaci zostawali prezydentami Stanów Zjednoczonych. Jak to się działo? Przykładem może być wybór Johna Quincy'ego Adamsa, syna tegoż wspomnianego wyżej Johna Adamsa o nieświeżym oddechu. 2 listopada 1824 r. znalazł się on na liście kandydatów na urząd prezydenta USA obok senatora Henry'ego Claya, sekretarza skarbu Williama H. Crawforda i generała Andrew Jacksona. W ówczesnym Kongresie jedyną dominującą formacją polityczną była partia demokratycznych republikanów – coś w rodzaju mieszanki tych partii, które na przemian rządzą obecnie Stanami Zjednoczonymi. Nie można więc powiedzieć, że kampania polegała na starciu programów wyborczych osobnych partii, lecz na walce poszczególnych frakcji jednej partii. Wybory wygrał Andrew Jackson, który zdobył 153 544 głosy. Sekretarz stanu John Q. Adams zdobył o 44 804 głosy mniej. Jednak ze względu na brak wymaganej liczby głosów elektorskich o wyborze prezydenta musiał zadecydować Kongres. Wśród deputowanych przeważali zwolennicy Adamsa. Przewagą zaledwie pięciu głosów członków Izby reprezentantów John Q. Adams został wybrany na szóstego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

„Podpisanie deklaracji niepodległości USA”, obraz Johna Trumbulla z 1819 r.
us national archives/roger viollet/east news

Przypadkowi prezydenci

Amerykański system elektorski bywa naprawdę skomplikowany i nieprzewidywalny. Jak widać bowiem na przykładzie Johna Q. Adamsa, nie zawsze wygrywa zwycięzca. A oto kolejny przykład. W 1836 r. z ramienia partii wigów swoich sił wyborczych spróbował z powodzeniem były wojskowy i senator ze stanu Ohio William H. Harrison, który nieco wcześniej został ambasadorem USA w Kolumbii. Były prezydent John Q. Adams tak oto złośliwie podsumował zdolności polityczne tego kandydata: „Harrison pragnie tego stanowiska w Kolumbii bardziej niż Kolumbia pragnie jego i bardziej, aniżeli chce tego interes publiczny". Wigowie zorganizowali jednak Harrisonowi kampanię wyborczą, która przeszła do historii jako „kampania śpiewająca". Jego zwolennicy śpiewali na wiecach pieśni i deklamowali wiersze sławiące zasługi wojenne Harrisona oraz układali kuplety atakujące jego przeciwnika Martina Van Burena. Tak oto narodziła się reklama wyborcza. W przyszłości zaowocuje różnymi przebojami wyborczymi: w 1920 r. Al Jolson zaśpiewa dla Warrena G. Hardinga piosenkę wyborczą „Harding, You're the Man for Us", a w 1959 r. prawdziwym hitem list przebojów stanie się piosenka „High Hopes" zaśpiewana przez Franka Sinatrę na rzecz kampanii Johna F. Kennedy'ego.

Kandydaci na prezydentów zawsze pozowali też na ludzi z ludu. W 1836 r. wigowie kłamliwie portretowali swojego kandydata Williama H. Harrisona jako syna ubogich osadników, który rzekomo młodość spędził w ubogiej leśnej chacie. „Śpiewająca kampania" ze słynną piosenką „Tippecanoe and Tyler Too", o skromnej chatce, w której urodził się Harrison, odniosła jednak wielki sukces i stała się pierwszą tego typu akcją wyborczą w historii. Kłamstwo o ubogim dzieciństwie Harrisona i bezwzględne ataki na Martina Van Burena opłaciły się wigom. Po raz pierwszy zrozumiano, że kłamstwo ma swoją wymierną wartość. 3 listopada 1840 r. William H. Harrison pokonał dotychczasowego prezydenta Martina Van Burena stosunkiem 1 275 016 do 1 129 102 głosów. Mimo że w liczbach bezwzględnych przegrał z urzędującym prezydentem, to w przeliczeniu na głosy elektorskie, jak się okazało, wygrał stosunkiem 79,6 proc. do 20,4 proc. 4 marca 1841 r. ten 68-letni bohater znad Tippecanoe został zaprzysiężony na dziewiątego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ale to nie był koniec niespodzianek związanych z tym prezydentem.

Wigowie mieli nadzieję, że Harrison zmieni oblicze Ameryki i oczyści jej elity polityczne z wpływów masonerii i wielkiej finansjery. Przeciwnicy Harrisona obawiali się natomiast, że wprowadzi porządki wojskowe i będzie miał skłonność do dyktatury. Nie wiemy, która strona miała rację, ponieważ zaledwie 23 dni po uroczystościach inauguracyjnych prezydent William H. Harrison zachorował na zapalenie płuc. 3 kwietnia 1841 r. tuż przed północą zwrócił się do osób stojących przy jego łożu: „Chcę, abyście rozumieli prawdziwe zasady, na których opiera się nasz rząd. Chcę, aby ich przestrzegano. Nie proszę o nic więcej". Chwilę później zmarł. Z tego powodu wiceprezydent John Tyler został pierwszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, który objął najwyższy urząd w państwie z przyczyn losowych. Jego prezydentura stała się od razu obiektem sporu konstytucjonalnego o uprawnienia wiceprezydenta przejmującego władzę w państwie po śmierci prezydenta.

Należy podkreślić, że wiceprezydenci są najważniejsi w czasie kampanii wyborczych. Mają za zadanie zasypać podziały w partii po prawyborach. Nic więcej. Konstytucja nie daje im żadnego realnego wpływu na decyzje podejmowane w Białym Domu. Mogą jednak kształtować pewne decyzje w Senacie.

Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych jest bowiem z urzędu przewodniczącym Senatu USA. Co prawda może wziąć udział w głosowaniu jedynie w wypadku równego podziału głosów, ale wówczas to właśnie jego głos jest decydujący. Na co dzień zastępuje go przewodniczący Senatu pro tempore. W Waszyngtonie mówi się, że posada wiceprezydenta jest najwygodniejszą i najbardziej frustrującą posadą w rządzie federalnym. Niewiele odpowiedzialności w zamian za bezsilność, ale także szereg przywilejów protokolarnych oraz stała pensja. Wiceprezydenta dzieli od najpotężniejszej władzy na świecie tylko zdrowie jego szefa. Przekonał się o tym pewien krawiec z nowojorskiego hrabstwa Cayuga.

9 lipca 1850 r. niespodziewanie zmarł popularny prezydent Zachary Taylor. Tego samego dnia jego prawie nikomu nieznany zastępca Millard Fillmore został zaprzysiężony przez sędziego Williama Cruncha na 13. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nowy amerykański przywódca nie miał przed sobą łatwego zadania. Niemal wszyscy członkowie gabinetu jego poprzednika traktowali go do tej pory jako outsidera i politycznego dyletanta. Było w tym dużo racji. W wyścigu do Białego Domu u boku bohatera wojennego stanął człowiek, którego nikt wcześniej nie brał poważnie pod uwagę jako potencjalnego kandydata na wiceprezydenta USA. Nie ukończył żadnej szkoły, w młodym wieku został krawcem i gręplarzem wełny, a następnie jako samouk wdrapał się na urząd lokalnego sędziego. Partia uznała, że to wspaniały „running mate" dla Taylora. I faktycznie wybór ten okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Fillmore genialnie wykorzystał swoje pochodzenie w kampanii wyborczej, przedstawiał się jako człowiek doświadczony głodem, biedą i wieczną walką z siłami natury. Większość wyborców widziała w nim takiego jak oni „znającego trudy życia" farmera.

W ten oto sposób, w wyniku najzwyklejszego kompromisu partyjnego, Millard Fillmore, syn ubogich farmerów z hrabstwa Cayuga, stał się drugim człowiekiem w państwie, który w najśmielszych snach nie mógł przypuszczać, że niecałe dwa lata po wyborach przyjdzie mu tym państwem rządzić.

Podobny los spotkał jeszcze sześciu innych wiceprezydentów: Andrew Johnsona, Chestera Arthura, Theodore'a Roosevelta, Calvina Coolidge'a, Harry'ego S. Trumana i Lyndona B. Johnsona. Wszyscy oni zastąpili zmarłego lub zabitego w zamachu urzędującego prezydenta. Jedynym, który dotychczas objął prezydenturę w czasie trwania kadencji swojego żyjącego szefa, był Gerald Ford. Skompromitowany podejrzeniami związanymi z aferą Watergate prezydent Richard Nixon zrzekł się urzędu, przekazując go swojemu wiceprezydentowi w zamian za akt łaski.

Obyczajowe bagno?

Brudne kampanie prezydenckie o podtekście obyczajowym wcale nie są wymysłem XX-wiecznych spin doktorów. W 1884 r. sztabowcy kampanii wyborczej kandydata Partii Demokratycznej Grovera Clevelanda uznali, że trzeba uwikłać jego republikańskiego przeciwnika Jamesa G. Blaina w jakieś podejrzane, niewyjaśnione układy biznesowe. Tymczasem, naruszając etykę polityczną, jedynie rozjuszyli swoich przeciwników. Grover Cleveland przedstawiany jako polityk o wyjątkowo sztywnym kręgosłupie moralnym znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, kiedy 21 lipca 1884 r. „Buffalo Evening Telegraph", gazeta z rodzinnego miasta kandydata, opublikowała artykuł opatrzony nagłówkiem: „Przerażająca opowieść: Mroczny rozdział w życiorysie osoby publicznej, smutna historia Marii Halpin i syna gubernatora Clevelanda". Gazeta ujawniała, że w 1874 r., kiedy Grover Cleveland był jeszcze kawalerem, wdał się w „nieprawy" romans z 36-letnią wdową Marią Halpin. Niecały rok później kobieta urodziła chłopca. Cleveland nigdy nie uznał swojego ojcostwa, ale honorowo wspierał finansowo panią Halpin i jej syna.

Republikanie niemal oszaleli na punkcie tego „nieprawego" romansu. Rozpoczęła się najbrudniejsza kampania w dotychczasowej historii amerykańskiej demokracji. Republikańskie gazety nazywały Clevelanda „opasłym knurem wykorzystującym nieszczęśliwe kobiety". „Mamy do czynienia nie z pojedynkiem między dwiema wielkimi partiami, ale pomiędzy burdelem i rodziną... pomiędzy pożądliwością a prawem" – grzmiał z ambony pewien pastor z Buffalo. Republikańska prasa nazywała Clevelanda „zbereźną bestią", „moralnym trędowatym" i „durnym grubasem". Mszcząc się za przyśpiewkę demokratów „Spal ten list!" (chodziło o rzekomą korupcję kandydata GOP), republikanie stworzyli swoją własną: „Mamuś, mamuś, gdzie jest tatuś?". W artykułach ukazywały się karykatury płaczącej pani Halpin z maleństwem wyciągającym rączki do wściekłego Clevelanda. Nikt w zasadzie nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, że chłopiec ma już dziesięć lat i dzięki hojności Clevelanda żyje sobie szczęśliwie ze swoją mamą w ładnym domu w Buffalo. Pani Halpin nie zgodziła się na zabranie głosu w tej sprawie. Uważała Grovera Clevelanda za swojego serdecznego przyjaciela i dobroczyńcę.

Poziom debaty wyborczej zszedł jednak do tak niskiego poziomu, że korespondenci zagraniczni odmawiali swoim redakcjom relacjonowania tej wyjątkowo wulgarnej kampanii. Pewien zagraniczny dziennikarz określił ją nawet jako pojedynek między „zwyczajami kopulacyjnymi jednego kandydata i skłonnościami do krętackich zagrywek drugiego".

Na pomoc Clevelandowi przyszedł sam Mark Twain, który wcześniej opuścił szeregi Partii Republikańskiej. Wielki pisarz zbeształ krytyków kandydata demokratów w dosadnych słowach: „Że też znaleźli się dorośli mężczyźni, najwyraźniej o zdrowych zmysłach, którzy na serio kwestionują prawo kawalera do kandydowania na prezydenta tylko dlatego, że miewał prywatne stosunki płciowe z wdową, do tego za jej przyzwoleniem. Ci dorośli faceci doskonale zdają sobie sprawę, jaką alternatywę ów kawaler miał, i w skrytości sami pewnie przedkładaliby ją nad wdowę. Czyż ludzka natura nie jawi się nam jako najbardziej wyszukana fikcja i kłamstwo, jakie kiedykolwiek wymyślono?".

Mimo wszystko Glover Cleveland zachował zdumiewający spokój. Namawiany przez przyjaciół, żeby się bronił, oświadczył krótko: „Przede wszystkim mówcie prawdę!". Słowa te wywarły ogromne wrażenie na opinii publicznej. Cleveland potwierdził, że syn pani Halpin ma jego wsparcie finansowe, po czym nigdy więcej na ten temat już się nie wypowiedział. Okazało się, że była to najskuteczniejsza metoda uciszenia skandalu. Cleveland nie był żonaty, kiedy poznał wdowę, nikt nie mógł więc nazwać jego relacji z panią Halpin zdradą małżeńską. Po pewnym czasie zaczęły się odzywać głosy wsparcia z różnych środowisk społecznych. Kandydat okazał się człowiekiem wiarygodnym, dla którego najważniejsza była prawda. Amerykanie szybciej bowiem wybaczają cudzołóstwo niż hipokryzję. Kiedy Grover Cleveland wygrał wybory prezydenckie, złośliwi demokraci przerobili przyśpiewkę republikańską, zmieniając słowa na: „Mamuś, mamuś, gdzie jest tatuś? W Białym Domu, cha, cha, cha!".

Takiego szczęścia jak Cleveland nie miał jednak inny kandydat Partii Demokratycznej – senator ze stanu Kolorado, Gary Warren Hart, który mimo że był uważany za faworyta w prawyborach 1987 r., musiał wycofać swoją kandydaturę ze względu na romans z modelką Donną Rice. Amerykańskie kampanie prezydenckie rządzą się bowiem swoimi, czasami dziwnymi prawami. I choć wylano hektolitry atramentu, żeby je opisać, nadal niektóre ich meandry są trudne do wyjaśnienia. Taka przykładowa sytuacja miała miejsce w 1948 r., kiedy popularność prezydenta Harry'ego Trumana zaczęła topnieć z dnia na dzień, a jego przeciwnik – kandydat Partii Republikańskiej Thomas Dewey – wzywał do zmiany administracji wojennej, tak jak zrobili to Brytyjczycy.

Przegrani zwycięzcy

Amerykanie zdawali się zgadzać z Deweyem. Wszystkie sondaże przedwyborcze wskazywały na spadek poparcia dla kandydatury Harry'ego Trumana. W badaniach Gallupa Truman miał poparcie zaledwie 36 proc. badanych. W przyszłości porównywalnie niskie notowania będzie miał po wybuchu afery Watergate Richard Nixon oraz Donald Trump (37 proc.) w czasie rozwoju epidemii koronawirusa SARS-CoV-2 (IPSO-Reuters Presidential Poll, 6 stycznia – 6 lutego 2020 r.).

Latem 1948 r. czołowe tytuły prasy amerykańskiej publikowały wywiady z Thomasem Deweyem w takim tonie, jakby już był prezydentem Stanów Zjednoczonych. Z początkiem jesieni ruszyła nawet giełda republikańskich kandydatów na najważniejsze stanowiska w rządzie. Pewny swojej wygranej Dewey szykował już swoje zwycięskie przemówienia i mowę inauguracyjną. Nawet gazety sympatyzujące z Partią Demokratyczną zamieszczały nagłówki z pytaniem: „Czy musimy być skazani jedynie na Trumana?". Zdumiewał fakt, że najbardziej obojętnym na tę prześmiewczą kampanię był sam prezydent. Truman nie zamierzał komentować tej fali krytyki, ale z charakterystycznym dla siebie spokojem kontynuował podróż wyborczą po miejscach, które nierzadko wzbudzały rozbawienie opinii publicznej. Bywało bowiem, że prezydencki pociąg zatrzymywał się w jakimś sennym górniczym miasteczku, gdzie nikt nie czekał na prezydenta z wiecem. Mimo to Truman wysiadał z pociągu, prężnym krokiem w asyście niewielkiej obstawy i z uśmiechem na ustach szedł główną ulicą do najbliższego baru, gdzie z miejscowymi bywalcami zjadał śniadanie, wypijał kawę i wypytywał się o ich życie, jakby mieszkał tu od lat. Na stację odprowadzał go już wiwatujący tłum. Reakcja głównego nurtu opinii publicznej na tę podróż wyborczą była pełna drwiny. Znani komentatorzy prasowi kpili sobie z jego nieobecności w Waszyngtonie, pisząc: „Ciekawe, co zrobiłby Truman, gdyby żył?". Była to oczywiście aluzja do jego nieobecności w wielkich miastach. Magazyn „Life" opublikował w tym czasie cały numer poświęcony Deweyowi. Wydawało się, że łamiąc zasadę niezależności politycznej, redakcja niemal koronowała republikanina, przesadnie wychwalając jego cechy przywódcze.

Polityczny los Trumana wydawał się przesądzony. Konwencja wyborcza Partii Demokratycznej zgodziła się co prawda na jego kandydaturę, ale wśród delegatów panowało przekonanie, że w tym wyścigu z góry stawiają na przegranego konia. To „gęś przeznaczona do uboju" – stwierdziła po ostatecznym głosowaniu prawyborczym demokratyczna kongresmenka Clare Boothe Luce.

A jednak historia znowu zrobiła figla nadętym ekspertom i różnej maści mądralom prasowym, którzy, mając usta pełne mądrości, wieszczyli Trumanowi klęskę (warto o tym pamiętać przy okazji obecnych wyborów prezydenckich w USA). Wieczorem 2 listopada 1948 r., kiedy kończył się dzień wyborczy, nikt już nie miał wątpliwości: 34. prezydentem USA zostanie na pewno stylizujący się na Clarka Gable'a gubernator Nowego Jorku, 46-letni Thomas Edmund Dewey. Tego dnia „The Wall Street Journal" zamieścił komentarz: „Będziemy tęsknić za naszym starym, małym Harrym". Podobno prezydent kładł się spać z przeświadczeniem, że przegrał te wybory. Bał się jedynie skali porażki. Nawet w prasie brytyjskiej ukazał się artykuł Alistaira Cooka o Trumanie pod znamiennym tytułem: „Studium porażki".

Kiedy redakcje wysyłały gotowe szpalty do drukarni, wszystko wskazywało na przegraną urzędującego prezydenta. Późno w nocy redaktor naczelny „Chicago Tribune" uznał, że może już drukować pierwszą stronę gazety z ogromnym tytułem: „DEWEY POKONUJE TRUMANA". Była to jedna z największych wpadek prasowych w historii. Rano 3 listopada 1948 r. rozpromieniony z radości prezydent Truman pozował do zdjęć na tylnej platformie swojego pociągu, pokazując tę gazetę. Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi wygrał wybory przewagą prawie 3 milionów głosów. To kampania wyborcza na sennej prowincji, nie zaś w wielkich miastach, dała mu zwycięstwo.

Dzisiaj wielu wieszczy Donaldowi Trumpowi klęskę. Być może okaże się, że mają rację. Ja jednak nie zapominałbym historii zwycięstwa Harry'ego Trumana. Bo historia lubi się powtarzać.

Metoda głosowania

Prezydenta nie wybierają wyborcy, ale wybrani przez nich elektorzy. Konstytucja Stanów Zjednoczonych stanowi, że każdy stan może mieć tyle głosów elektorskich, ile ma miejsc w Senacie i Izbie Reprezentantów, co oznacza co najmniej trzy głosy. Kandydat na prezydenta może zatem wygrać wybory powszechne, ale nie zawsze przekłada się to na jego wybór przez Kolegium Elektorskie.

Tak zdarzyło się cztery razy w historii:
1. W 1824 r. Andrew Jackson wygrał głosowanie powszechne, ale otrzymał mniej niż 50 proc. głosów elektorskich. W ten sposób jego rywal John Quincy Adams wygrał prezydenturę.
2. W 1876 r. Samuel Tilden wygrał wybory powszechne, ale to Rutherford B. Hayes otrzymał 185 głosów elektorskich w stosunku do 184 oddanych na Tildena.
3. W 1888 r. Grover Cleveland wygrał wybory powszechne, ale otrzymał 168 głosów wyborczych w stosunku do 233 oddanych na Benjamina Harrisa.
4. W 2000 r. Al Gore wygrał wybory powszechne, ale przegrał głosowanie elektorskie z George'em W. Bushem.

Ośmiu prezydentów USA zmarło w czasie trwania ich kadencji.

Byli to:
1. William Henry Harrison – umarł na zapalenie płuc
2. Zachary Taylor – zmarł na zapalenie żołądka i jelit
3. Abraham Lincoln – zginął w zamachu
4. James Garfield – zginął w zamachu
5. William McKinley – zginął w zamachu
6. Warren Harding – zmarł na atak serca
7. Franklin D. Roosevelt – zmarł z powodu krwotoku mózgowego
8. John F. Kennedy – zginął w zamachu

Kobiety w walce o prezydenturę

Victoria Woodhull była pierwszą kobietą, która w 1872 r. bez poparcia jakiejkolwiek partii kandydowała na urząd prezydenta USA.
W 1964 r. Margaret Chase Smith jako pierwsza kobieta w historii zgłosiła swoją kandydaturę w prawyborach republikańskich.
W 2016 r. Hillary Clinton została wybrana na pierwszą kandydatkę na prezydenta jednej z dwóch najważniejszych partii politycznych w USA.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA