fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Psychopaci w kitlach - jak nazistowscy lekarze eksperymentowali na ludziach

Dzieci w Auschwitz, zwłaszcza bliźniacze rodzeństwa, były obiektem pseudomedycznych eksperymentów Josefa Mengelego
Wikimedia Commons
Ciekawość ludzka wydaje się tak samo bezwzględna teraz, jak i przed wiekami. Wszelkie momenty, gdy rozluźnione zostają normy moralne, stają się okazją do eksperymentowania z ludzkim ciałem i obserwacji cierpienia. W imię nauki i zdrowia.

„Esesmani zabrali ze sobą dwójkę moich podopiecznych, Tita i Nina – wspomina była więźniarka obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau Vera Aleksander. – Jeden z nich był garbaty. Po dwóch lub trzech dniach esesman przyprowadził je z powrotem w strasznym stanie. Były ponacinane. Garbaty był zszyty plecami ze swoim bratem; ich nadgarstki również były ze sobą zszyte. Otaczał ich potworny fetor gangreny. Rany były zabrudzone, a dzieci płakały całymi nocami". To jedna z tysięcy dramatycznych obozowych historii. Nadal nie wiemy, jak wielu.

Eksperymenty pseudomedyczne w hitlerowskich obozach zagłady mogły dotyczyć każdego dorosłego więźnia niezależnie od płci. Wśród dzieci najgorzej miały rodzeństwa, a szczególnie bliźniacze. Eksperymenty na nich miały zawsze ten sam scenariusz. Pierwszy etap polegał na dokładnym zmierzeniu, zważeniu i opisaniu rodzeństwa. Później następowała ingerencja chirurgiczna powodowana ciekawością lekarza i jego koncepcjami medycznymi. Po zakończeniu doświadczeń i eutanazji dokonanej przez podanie dosercowego zastrzyku z fenolu lub evipanu następowała trzecia, najistotniejsza dla lekarza część badań – studium porównawcze organów wewnętrznych. Przeprowadzano szczegółową sekcję zwłok. Interesujące z naukowego punktu widzenia materiały konserwowano i wysyłano do berlińskiego instytutu, opatrzone napisem: „Pilne, przesyłki ważne dla celów wojennych". Szacuje się, że dr Josef Mengele, anioł śmierci z Auschwitz-Birkenau, przeprowadził swoje zbrodnicze i pozbawione medycznego sensu eksperymenty na ok. 1500 bliźniętach, z których przeżyło mniej niż 100.

Psychopaci w kitlach

Wykorzystywanie więźniów do eksperymentów medycznych było namacalnym przejawem hitlerowskiej koncepcji wykorzystania wrogów państwa, których obowiązkiem jest przysłużyć się Rzeszy pracą albo śmiercią podczas badań naukowych. Ten pogląd przyczynił się do powstania całego aparatu umożliwiającego wykorzystanie „zbędnego elementu ludzkiego" do różnorodnych doświadczeń. Nazistowskie eksperymenty na więźniach były przeprowadzane przez doświadczonych lekarzy, studentów, praktykantów, a także żołnierzy SS niezwiązanych z medycyną, a wiedzionych ciekawością ludzkiego wnętrza. Badania pseudonaukowe, bo tak trzeba je nazwać, miały służyć zdobyciu praktyki i poszerzeniu wiedzy lekarzy, ze szczególnym naciskiem na medycynę wojskową i epidemiologię. Ponadto przyświecały im inne, nierealne z punktu widzenia biologicznego cele. Naziści marzyli o stworzeniu czystej rasy oraz żołnierzy doskonałych. Udział w tym procederze brało ok. 350 lekarzy spośród 90 tys. praktykujących w ówczesnych Niemczech. Może wydawać się, że było ich niewielu, jednak działalność tej garstki pochłonęła tysiące istnień. Bardzo trudno określić liczbę ofiar, ponieważ takie statystyki nie były prowadzone dokładnie, a większość dokumentacji medycznej została zniszczona w 1945 r. na wieść o zbliżającym się wyzwoleniu obozów koncentracyjnych.

Jak to się stało, że niecałe 0,4 proc. lekarzy niemieckich trafiło do makabrycznego „medycznego raju" w obozach koncentracyjnych? W hermetycznej strukturze SS lekarze zajmowali wyjątkową pozycję. Dobierani byli na podstawie przesłanek rasowych, politycznych i charakterologicznych. Byli ludźmi pozbawionymi sentymentów i skrupułów, czyli w świetle obecnej wiedzy psychologicznej przejawiającymi typowe cechy psychopatii. To określony zestaw cech wrodzonych: bezwzględność, brak lęku, odporność na stres, skupienie na celu, urok osobisty, niedobór lub brak empatii. Nie oznacza to, że żaden psychopata nie ma uczuć. Większość z nich potrafi je skutecznie wyłączyć, kiedy zachodzi taka potrzeba. Umysł psychopaty jest pozbawiony dostępu do empatii oraz procesów myślowych składających się na sumienie i poczucie winy, umiejscowionych w konkretnym miejscu kory przedczołowej mózgu. Psychopaci mają z tym obszarem bardzo mało połączeń nerwowych, podobnie jak z ciałkiem migdałowatym, które zarządza m.in. uczuciem strachu. W większości społeczeństw to zaburzenie dotyka ok. 1 proc. populacji. Większość specjalizacji lekarskich obniża tę statystykę. Wyjątek stanowią chirurdzy – to piąty zawód w rankingu najchętniej wybieranych przez psychopatów.

Nie dziwi więc fakt, że w okolicznościach wojny i indoktrynacji nazistowskiej grupa lekarzy o tych cechach miała tak wiele okazji, aby łamać przysięgę Hipokratesa, gdy ta traciła wartość w obliczu deklaracji wierności Hitlerowi. Lekarz SS stawał się żołnierzem oddającym swe zawodowe umiejętności III Rzeszy. Jeśli nie miał sumienia, tym bardziej mógł czuć się rozgrzeszony. Czy oznacza to, że wrodzony brak empatii usprawiedliwia dokonanie zbrodni choćby na jednym człowieku? Oczywiście nie. Psychopaci nie są szaleńcami. Nie są też chorzy psychicznie. Są w pełni świadomi norm społecznych i znaczenia zakazów. „Można być psychopatą, ale niekoniecznie trzeba uciekać się do przemocy i popełniać przestępstwa" – twierdzi Kevin Dutton, znany psycholog społeczny z uniwersytetu oksfordzkiego.

Cechą charakteryzującą wielu psychopatów jest pewien magnetyczny urok osobisty, niemający nic wspólnego z sympatią do drugiego człowieka. W wielu relacjach ofiar, które przeżyły eksperymenty medyczne w obozach koncentracyjnych, powtarza się obraz opanowanego, uprzejmego lekarza, pytającego o rodzinę i samopoczucie, nawet ciepło żartującego na chwilę przed podaniem zastrzyku śmierci. To, co nas szokuje i wydaje się przejawem skrajnej arogancji, dla psychologa jest diagnostycznym objawem zaburzenia osobowości. O typowych cechach psychopatycznych niektórych hitlerowskich zbrodniarzy świadczy też fakt, że mimo zadania tak wielkiego cierpienia tysiącom ludzi prawie żaden lekarz na procesie zbrodniarzy wojennych w Norymberdze nie poczuwał się do winy. Joachim Mrugowsky, który ponosił główną odpowiedzialność za organizowanie tych pseudoeksperymentów, stwierdził: „Moje życie, moje postępowanie i moje zamiary były czyste. Z tych powodów czuję się pod koniec tego procesu wolny od jakiejkolwiek osobistej winy". Rose Gerhard, który testował na więźniach szczepionki, wyznał przed sądem: „We wszystkich moich postępowaniach kierowałem się tylko najwyższym poczuciem obowiązku". Wielu lekarzy broniło się, twierdząc, że działali pod presją rozkazu i lęku przed surowymi karami. Ich postawy świadczyły o tym, że nie wszyscy eksperymentatorzy byli psychopatyczni. Jak więc byli w stanie poradzić sobie z własnym sumieniem i czy nie jest to okoliczność jeszcze bardziej obciążająca?

Nie wszyscy niemieccy lekarze byli psychopatami lub osobami o niskiej moralności. Ich sprzeciw nie miał jednak żadnego znaczenia. Tylko 350 wymaszerowało służyć nazistowskiej „nauce" w obozach koncentracyjnych, licząc, że przysłużą się III Rzeszy, pomagając w stworzeniu czystej rasy, oczyszczeniu społeczeństwa ze „śmieci", wyhodowaniu idealnego żołnierza i skutecznym leczeniu ran odniesionych na polu walki. Pozostali lekarze w większości byli ludźmi.

Preludium

Przed objęciem władzy przez Adolfa Hitlera na karę śmierci skazywano nie więcej niż 20 więźniów rocznie. Gdy w Niemczech zmieniło się prawo, kara śmierci groziła każdemu, kogo oskarżono o zdradę stanu. Pod dowolnym pretekstem. Liczba wykonanych wyroków wzrosła drastycznie. W latach 1933–1945 stracono ok. 16 tys. obywateli. Gdzie są ciała?

W 1996 r. światem naukowym wstrząsnęła wiadomość, że „Topographische Anatomie des Menschen", atlas anatomii autorstwa Eduarda Pernkopfa, uznawany dotąd za arcydzieło artystyczne i kopalnię wiedzy, powstał dzięki współpracy Uniwersytetu Wiedeńskiego z miejscowym więzieniem. Dwa lata później uczelnia ta opublikowała raport, w którym opisała proceder pozyskiwania „materiałów" do badań w III Rzeszy. Okazuje się, że było go tak wiele, iż uruchomiono specjalny tramwaj do przewozu zwłok pomiędzy budynkiem sądu a uniwersytecką kostnicą. Były to głównie zwłoki skazanych na śmierć więźniów politycznych. Ludność prześladowanych mniejszości etnicznych była wywożona do obozów koncentracyjnych. W związku z tym zdarzało się, że studenci na zajęciach przystępowali do sekcji zwłok swoich znajomych.

Każdy niemiecki instytut przypisany był do konkretnego więzienia. Skazani po wykonaniu wyroku byli tego samego dnia dostarczani do uczelnianych kostnic. Placówki edukacyjne godziły się ponadto na „utylizację niepotrzebnego materiału biologicznego", co w sposób legalny rozwiązywało problem nadwyżek zwłok w więzieniach. Być może profanacja ludzkich szczątków w obliczu rozpoczynającej się wojny nie była tak wstrząsająca jak eksperymenty medyczne w obozach koncentracyjnych i sam Holokaust, jednak nie wszyscy lekarze w instytutach badawczych poprzestali na doświadczeniach z martwymi skazańcami. Hermann Stieve, dyrektor Instytutu Anatomii na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Berlinie w latach 1935–1952, przeprowadził wiele badań, które dotyczyły wpływu silnego stresu na cykl menstruacyjny u kobiet. Już w latach 20. Stieve prowadził doświadczenia nad wpływem stresu na kurczaki, strasząc je lisem. Polityka Hitlera stworzyła mu zupełnie nową okazję do badań. Lekarz otrzymywał szczegółową historię medyczną więźniarek, która zawierała informacje o cyklu miesiączkowym kobiet przed wyznaczeniem i po wyznaczeniu daty śmierci. Po wykonaniu wyroku dokonywał autopsji. Otrzymał blisko 3 tys. zwłok. Nie był w stanie ich wszystkich wykorzystać. Pozostałe zostały „zutylizowane". Przypadek Stievego nie był odosobniony. Wyniki badań medycznych lekarzy III Rzeszy były okupione torturami psychicznymi więźniów własnej narodowości i profanacją zwłok, jeszcze zanim rozpętała się wojna.

Świat nauki jest nadal podzielony, a dyskusja trwa do dzisiaj. Jedni żądają całkowitego wycofania nadal cytowanych wyników nieetycznie prowadzonych badań, inni zaś twierdzą, że mogą one służyć poznaniu ludzkiego funkcjonowania i wzmacnianiu zawieszonych w tamtych czasach granic etyki. Zawsze istnieje obawa, że wymazanie tych faktów unicestwi też tożsamość ludzi, którzy ponieśli największą ofiarę.

Kto skorzystał na cierpieniu

Hubertus Strughold zmarł w USA w 1986 r. jako zasłużony lekarz, ojciec medycyny kosmicznej. Jeszcze w trakcie swojej pracy dla NASA był trzykrotnie podejrzewany o zbrodnie wojenne i trzykrotnie udało mu się obronić reputację. W procesie norymberskim wyparł się wszystkiego, ale jego podwładnym udowodniono przeprowadzanie w Dachau badań nad ludzką wytrzymałością na zamrożenie i próżnię. Doświadczenia miały sprawdzać reakcje organizmu na to obciążenie aż do śmierci więźnia włącznie. Sam Strughold twierdził, że w maju 1942 r. odmówił Himmlerowi przeprowadzenia tych badań i wskazał, że wystarczą mu do tego celu zwierzęta. W 1944 r. w Rząsinach na Śląsku przeprowadził cykl doświadczeń w komorze podciśnień, a królikami doświadczalnymi mieli być on sam, jego koledzy po fachu i owczarki niemieckie. Dopiero po śmierci lekarza wywiad odtajnił dokumenty potwierdzające jego udział w eksperymentach na więźniach Dachau. Cofnięto mu wszystkie odznaczenia, jakie otrzymał od armii amerykańskiej. W 2006 r. jego nazwisko zostało usunięte z Międzynarodowej Komnaty Chwały Zdobywców Kosmosu w Muzeum Historii Kosmosu w Alamogordo.

Strughold znalazł się w NASA dzięki operacji „Paperclip" (Spinacz). Amerykańskie służby specjalne pod koniec II wojny światowej i zaraz po jej zakończeniu przerzuciły za ocean około stu najważniejszych niemieckich uczonych. Zostali przewiezieni wraz z rodzinami do USA bez wiedzy i zgody amerykańskiego Departamentu Stanu. Większość z nich była członkami NSDAP lub SS. Pospieszny import niemieckiej myśli naukowej miał na celu uprzedzenie ujawnienia faktów o udziale naukowców w zbrodniach hitlerowskich, a tym samym zablokowania możliwości wjazdu do USA, bo wówczas żaden z nich nie otrzymałby pozwolenia na wjazd do tego kraju.

Podwładni Strugholda przeprowadzali w Dachau trzy rodzaje badań zleconych przez Luftwaffe. Były to wytrzymałość organizmu ludzkiego na dużych wysokościach, w niskich temperaturach oraz skutki picia wody morskiej. Skąd ten pomysł? Messerschmitt Me-63 został wyposażony w silnik rakietowy. Wywiad donosił, że Amerykanie wykonali podobny zabieg w boeingu B-17. Należało zacząć zabezpieczać pilotów w razie zestrzelenia na wysokości ok. 20 km nad ziemią. Początkowo badania takie przeprowadzano na zwierzętach w Instytucie Medycyny Lotniczej w Monachium oraz w Zakładzie Badawczym Lotnictwa w Berlinie. Ochotników brakowało. Znaleziono ich zatem w Dachau. Przeprowadzane przez dr. Siegmunta Raschera eksperymenty zostały wykonane na 320 wyniszczonych warunkami obozowymi Polakach, Rosjanach, Żydach i Niemcach. Zmarło ok. 30 osób. Sprawdzano granice wytrzymałości organizmu na wysokości powyżej 8 km – czy pojawiające się w tych warunkach zatory w mózgu zawsze powodują śmierć. Niejednokrotnie też topiono nieprzytomne ofiary, by przeprowadzić sekcję zwłok. Komora podciśnień wróciła do Berlina za sprawą dr. Hansa Romberga, zaniepokojonego przypadkami śmierci podczas badań. Uważał, że są one wynikiem niedbałości oraz bezwzględności eksperymentatorów.

Z naukowego punktu widzenia doświadczenia miały ujawnić sposób zapobiegania tworzeniu się zatorów azotowych w krwi, powodujących obrzęki i porażenie mózgu podczas spadania z dużej wysokości. Po doświadczeniach w Dachau sformułowano zalecenia dla pilotów oraz konstruktorów samolotów, które przedstawiono we wrześniu 1942 r. podczas specjalnego pokazu dla wyższych oficerów Luftwaffe w Ministerstwie Lotnictwa w Berlinie. Na tym na szczęście projekt się zakończył.

Rascher prowadził też badania nad wyziębieniem. Od sierpnia 1942 r. do kwietnia 1943 r. wskutek tych doświadczeń zmarły 74 osoby spośród 360 biorących udział w eksperymentach. Ponownie chodziło o zabezpieczenie niemieckich pilotów, którzy zestrzeleni nad morzem umierali w wodzie, czekając na pomoc. Należało sprawdzić, w jakiej temperaturze i jak długo organizm jest w stanie wytrzymać i powrócić później do równowagi. Poszukiwano sposobów na zapobieganie zamarzaniu i metod bezpiecznego ogrzewania wychłodzonego człowieka. Więźniów ubranych w kombinezony lotnicze oraz kamizelki ratownicze przetrzymywano w basenach z wodą o temperaturze 2,5–12 st. C, aż temperatura ciała spadała do ok. 26 st. C. Pobierano próbki krwi, moczu i płynu mózgowo-rdzeniowego, obserwowano pracę serca.

Przywracanie normalnej temperatury ciała było kluczowym zagadnieniem. Próbowano różnych metod: farmakologii, nacierania ciała, ogrzewania promieniami słońca, lampą lub gorącą wodą oraz rozgrzewania ciała „ciepłem zwierzęcym". Więźnia kładziono obok jednej lub dwóch nagich prostytutek z Ravensbrück. W tym przypadku tylko nieliczni, którym stan fizyczny pozwalał na odbycie stosunku płciowego, powracali do normalnej temperatury ciała.

Wnioski z badań przedstawiono na konferencji w Norymberdze w październiku 1942 r. Program badawczy zamknięto, ale Rascher postanowił na wychładzaniu więźniów zrobić habilitację. Dlatego zimą tego samego roku kontynuował ten koszmar. Miał on rozstrzygnąć naukowy spór dotyczący kwestii szybkości ogrzewania zamarzniętych żołnierzy. Nagich więźniów pozostawiano na noc na mrozie. W pierwszym etapie przykrywano ich prześcieradłem, lecz wkrótce zrezygnowano z tego pomysłu. Badania nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, więc Rascher ubiegał się o przeniesienie do Auschwitz, gdzie warunki atmosferyczne bardziej sprzyjały jego eksperymentom. Z uwagi na rozległość terenu krzyki więźniów budziłyby tam mniejsze poruszenie niż w Dachau. Himmler niechętnie wyraził na to zgodę z powodu zbliżającej się wiosny.

Wyciągnięto parę dość oczywistych wniosków i poczyniono kilka nowych obserwacji. I tyle. To właśnie był cały wkład niemieckich naukowców w aeronautykę. Tę wiedzę Strughold poniósł za ocean. Wnioski z tych doświadczeń zostały wykorzystane w misji kosmicznej Apollo.

Kto jeszcze skorzystał z eksperymentów medycznych? Koncerny farmakologiczne. A dokładnie IG-Farbenindustrie, wchodząca w skład firmy Bayer, za wiedzą i aprobatą najwyższych władz III Rzeszy. Doświadczenia prowadzone były w Auschwitz-Birkenau i innych obozach, zwłaszcza w Buchenwaldzie. Główną postacią był w tym procederze dr Vettera, przedstawiciel koncernu IG-Farben, powiązany też z interesami innych firm farmaceutycznych oraz fabrykami zatrudniającymi więźniów obozów koncentracyjnych.

Celem eksperymentów było wypróbowanie na więźniach działania różnych substancji opatrzonych kryptonimami, np. B-1012, B-1034, rutenol, eleudron, prontosil. Były to głównie preparaty sulfonamidowe stosowane w leczeniu gruźlicy, duru wysypkowego, brzusznego i płonicy. Zaplanowano też wypróbowanie nieznanych szczepionek przeciw tyfusowi. Preparaty podawano więźniom w postaci tabletek, granulek, płynów, iniekcji oraz wlewek doodbytniczych. W razie pozytywnego przebiegu prób miały one wejść w skład cenionych i powszechnie stosowanych leków.

Chorych lub sztucznie zarażonych więźniów poddawano testom laboratoryjnym, prześwietleniom rentgenowskim, a lekarze-więźniowie mieli notować obserwacje. Z tych zapisków i z bezpośrednich relacji ofiar wynika, że „leczenie" nie przynosiło efektu. Chorzy skarżyli się na nudności, sinicę, duszności, krwawe biegunki, a nawet zapaści. W wypadku zgonu przeprowadzano sekcje zwłok. Łączna liczba ofiar jest trudna do ustalenia. Wiadomo, że w doświadczeniach ze środkami farmakologicznymi dr. Vettera wykorzystano ok. 250 osób, dr. Entressa – ok. 20, z czego zmarło ok. 16, w doświadczeniach tyfusowych Vettera – 15 osób, a Entressa – 11, zmarły 4 osoby. W doświadczeniach narkotykowych związanych z wymuszeniem zeznań, które przeprowadzali doktorzy Capesius, Weber i Rhode, wykorzystano 4–12 osób, zmarły co najmniej dwie.

Na ile ludzkość może być wdzięczna ofiarom eksperymentów farmakologicznych, trudno powiedzieć. Wyniki tych badań podlegają takim samym dylematom etycznym jak inne eksperymenty przeprowadzone na ludziach bez ich zgody. Są zwolennicy i przeciwnicy ujawniania tych obserwacji. Wiadomo na pewno, że ówczesne koncerny farmakologiczne wykorzystywały więźniów bez ograniczeń.

Dramaty bez epilogu

Nazistowskie eksperymenty medyczne przeprowadzane były od początku II wojny światowej aż do jej zakończenia w ośmiu obozach: Buchenwald, Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück, Dachau, Mathausen-Gusen, Natzweiler-Struthof, Neuengamme i Sachsenhausen. Były zaplanowane i zorganizowane przez administrację służby zdrowia SS. Można je podzielić na pięć grup: doświadczenia z dziedziny chorób zakaźnych, eksperymenty z zakresu problematyki rasowej, doświadczenia z zakresu medycyny wojennej, terapeutyczne i inne. Oprócz planowanych doświadczeń niektórzy lekarze z własnej inicjatywy realizowali swoje makabryczne zainteresowania. Rodzaje tych eksperymentów, ich zakres i liczba ofiar są trudne do ustalenia, a niekiedy wręcz niemożliwe. Takie improwizacje przeprowadzano także w innych obozach: Mittelbau-Dora, Gross-Rosen, Stutthof, Majdanek i Flosenburg.

Prowadzono też eksperymenty z eutanazją, malarią, gazem musztardowym i bombami zapalającymi, żółtaczką zakaźną, sterylizacją, z truciznami, ropowicą, polygalem i fenolem, krzepliwością i transfuzją krwi, z regeneracją kości, mięśni i nerwów oraz transplantacją kości. Najczęściej wykonywano amputacje, wycinano wyrostki robaczkowe i woreczki żółciowe. Przy tej okazji próbowano przeszczepów mięśni, nerwów i innych tkanek. Każdy z nich zakończył się porażką!

W 1945 r. w związku z bliskością frontu eksperymentatorzy rozpoczęli niszczenie dowodów. Palono dokumenty i likwidowano „króliki doświadczalne". Pozostał jednak bogaty materiał dowodowy oraz zeznania świadków. Pomogły one w postawieniu zarzutów tym, którzy nie zdążyli zbiec. Główny proces nazistowskich zbrodniarzy toczył się w Norymberdze od 25 października 1946 r. do 20 lipca 1947 r. Na ławie oskarżonych zasiadło tylko 20 lekarzy i 3 asystentów: Karl Brandt, Paul Rostock, Oskar Schroeder, Wolfram Sievers, Gerhard Rose, Siegfried Ruff, Victor Brack, Karl Genzken, Karl Gebhardt, Kurt Blome, Rudolf Brandt, Joachim Mrugowsky, Helmut Poppendick, Herman Becker Freyseng, Konrad Schaefer, Waldemar Hoven, Wilhelm Beiglbock, Fritz Fischer, Herta Oberhauser, Adolf Pokorny. Niektórych skazano na dożywocie, innych na 20, 15 lub 10 lat więzienia, a część uniewinniono z powodu braku wystarczających dowodów. Wielu z nich nie poniosło kary za swoje czyny, w tym prawdopodobnie najgorszy z nich – dr Josef Mengele.

Większość nazistowskich eksperymentów nie wniosła nic ważnego do medycyny. Nie miały też wartości naukowej z uwagi na warunki badania. Nie pomogły skrupulatne zapiski lekarzy SS. Problemy badawcze można było z powodzeniem rozwiązać w inny, humanitarny sposób. Nie można jednak pominąć faktu istnienia wniosków z tych eksperymentów, ponieważ wówczas okrywa się niepamięcią cierpienie tysięcy ofiar.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA