fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Człowiek w żelaznej masce: Mroczna tajemnica Burbonów

Małżeństwo Anny Austriaczki i Ludwika XIII nie było szczęśliwe. Potężny kardynał Richelieu nie bez powodu obawiał się skutków licznych romansów królowej
AFP
To jedna z najbardziej fascynujących zagadek w historii. Bezimienny więzień, któremu ancien régime odebrał twarz, godność i na zawsze zakneblował usta, nieustannie rozpala wyobraźnię badaczy przeszłości.

Kim był? Dlaczego w epoce, w której życie ludzkie nie miało wysokiej ceny, był traktowany ze specjalnymi względami, a jednocześnie z tak wielką pogardą? Czemu go po prostu nie zabito i dlaczego zmuszono do noszenia ciężkiej i raniącej jego oblicze metalowej maski? Wbrew pozorom nie jest to jedynie ciekawostka historyczna, ale sprawa na tyle wstydliwa, że do dzisiaj wielu ludzi we Francji nie chciałoby jej ujawnienia.

Dzień, w którym urodził się Król Słońce

Niech na chwilę wyobraźnia przeniesie nas do 5 września 1638 r., kiedy w Château Neuf de Saint-Germain-en-Laye około godziny 11 królowa Anna Austriaczka powija następcę tronu. Dworzanie i petenci stają w osłupieniu na widok biegnącej korytarzami pałacowymi damy dworu, pani de Senecay, która chce poinformować oczekującego króla, że narodził się delfin Francji. Usłyszawszy, że ma syna, monarcha pada na kolana i po raz kolejny zawierza swoje królestwo Matce Chrystusa. Kurierzy natychmiast wyruszają do Paryża. Czekali na tę misję już od kilku dni. Radosne wieści nieszybko dotrą do stolicy, ponieważ powódź właśnie zerwała most w Neuilly. Jeźdźcy wymachują więc kapeluszami do strażników na drugim brzegu i wołają: „To delfin! Przekażcie dalej". Pod koniec dnia radosna nowina nareszcie dociera do miasta. W monumentalnej katedrze Notre-Dame rozdzwaniają się dzwony oznajmiające paryżanom narodziny ich suwerena. Lud stolicy ogarnia karnawałowa radość. Tej nocy nawet żebracy mogą się najeść i napić do syta. Władze miasta muszą być hojne. Poddani cieszą się bowiem z narodzin swojego władcy tak, jakby to im urodziło się upragnione dziecko.

W tym czasie do pałacu w Saint-Germain-en-Laye przybywa najważniejszy gość. Dworzanie rozstępuja się na jego widok. Notable witają go z pokorą, usłużnością i lękiem. To diuk i kardynał Armand-Jean du Plessis de Richelieu, pierwszy i jednocześnie najpotężniejszy premier w historii Francji. Bez żadnych zapowiedzi wchodzi do królewskiej komnaty, gdzie spotyka go nieco wystraszony wzrok Ludwika XIII. Kardynał podchodzi do króla i długo patrząc mu w oczy, mówi: „To dziecko jest znakiem Bożej łaski, Sire. Dając go Tobie, Bóg dał go światu dla wielkich rzeczy". Władca spogląda na niego z lekkim zakłopotaniem. Wie bowiem doskonale, jak wiele aluzji kryje się w słowach kardynała.

W drugim skrzydle zamku noworodek łapczywie ssie pierś swojej mamki, pani de La Giraudierre. Wykarmienie królewicza okazuje się jednak nie lada wyzwaniem, bo wszystkie mamki boją się go panicznie. Delfin ma niezwykle ostre ząbki, którymi rani ich piersi do krwi. Jeden z ambasadorów przy dworze francuskim pisze zaniepokojony do swojego władcy: „Niech sąsiedzi Francji strzegą się tak wcześnie objawionej drapieżności!".

Czarnoskóre dziecko

Nie bez przyczyny wspominam dzień urodzin Ludwika XIV, którego wiąże mroczny sekret z postacią człowieka w żelaznej masce. Żeby odkryć całun spowijający tę niezwykłą zagadkę, musimy się cofnąć do października 1615 r., kiedy 14-letnia córka Filipa III Habsburga, króla Hiszpanii i Portugalii, Anna Maria Maurycja, infantka hiszpańska i arcyksiężna austriacka, wzięła per procura ślub ze swoim rówieśnikiem królem Francji Ludwikiem XIII. Niezbyt urodziwa księżniczka znała męża jedynie z kieszonkowych portretów, które dostała od austriackiego ambasadora przy dworze francuskim. Nie wiedziała, że młody monarcha jest homoseksualistą, który – na co wskazują przekazy dworzan – dosłownie brzydził się kobiecego ciała.

Być może wpływ na rozwój osobowości króla miały dość traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Na dworze jego rodziców – Henryka IV i Marii Medycejskiej – sprawy prokreacyjne miały bowiem pierwszorzędne znaczenie. Dzisiaj może szokować fakt, że kilkuletni Ludwik był zmuszany do oglądania stosunków seksualnych dworzan czy przyglądania się nagości ojca, który pokazywał mu, jak powinien wyglądać ,,zdrowo zbudowany" mężczyzna. Ten nieustanny nacisk na sprawy, które dziecko mogły przerażać lub brzydzić, spowodował, że chłopiec nabawił się lęku przed obcowaniem z kobietami.

14 maja 1610 r. król Henryk IV Wielki został zamordowany przez Françoisa Ravaillaca podczas przejazdu ulicą Saint-Honoré w Paryżu. Obwołany królem 10-letni Ludwik XIII nie nadawał się jeszcze do roli, jaką podarował mu los. Jego matka Maria Medycejska, która przyjęła tytuł regentki Francji, była głupią dewotką. Jej jedynym celem politycznym była unia personalna między Francją i Hiszpanią. Z tej całkowicie nierealnej nadziei zrodziła się koncepcja ślubu Ludwika z Anną Austriaczką. Jak wspomniałem, małżeństwo zostało zawarte per procura w październiku 1615 r. Przewidziano nawet, że zostanie skonsumowane 25 listopada w Bordeaux, gdzie małżonkowie mieli się spotkać. Oboje mieli zaledwie po 14 lat i wydawali się przygnieceni oczekiwaniami, jakie na nich nakładano. Jak dowiadujemy się z „Historyjek" Tallemanta des Reaux, tej nocy król nie był skory do wypełnienia swoich małżeńskich obowiązków. Zresztą nie był także nigdy później. Możemy ufać przekazom Tallemanta. Wiele tajemnic królewskiej alkowy poznał od Katarzyny de Vivonne, markizy de Rambouillet, która jak nikt inny wiedziała o wszystkim, co się działo w Luwrze.

Pani de Vivonne wspominała, że król Ludwik XIII odwiedził sypialnię królowej Anny Austriaczki zaledwie kilka razy. Nie przeszkadzało mu to jednak utrzymywać licznych związków z dworzanami, żołnierzami czy nawet koniuszymi. Najbardziej znanym faworytem młodego władcy był Karol de Luynes, którego Ludwik XIII miał mianować w przyszłości parem i konstablem Francji. Pani de Vivonne była kiedyś świadkiem dość kłopotliwej sytuacji, gdy regentka Maria Medycejska nakazała Luynesowi siłą zaprowadzić Ludwika do sypialni żony. Królewski lekarz Jean Héroard zanotował tego dnia w dzienniku, że płaczący król „zmusił się" do małżeńskiego obowiązku.

W przeciwieństwie do swego męża Anna Austriaczka bardzo interesowała się płcią przeciwną. Nie była kobietą urodziwą i nie cieszyła się nadmierną adoracją przystojnych kawalerów. Ale to była feudalna Francja, a ona była przecież królową. Na dworze nie miała zbyt wielu sprzymierzeńców, dlatego zaprzyjaźniła się z piękną złotowłosą intrygantką Marią de Rohan, księżną de Chevreuse. Ta znana była na dworze jako wyjątkowa awanturnica, o czym Anna jeszcze nie wiedziała. Zaledwie 15-letnia dziewczynka szybko uległa wpływowi starszej o rok przyjaciółki. Maria zaś nie liczyła się z żadną etykietą. Przyniosła królowej popularną wówczas książeczkę „Cabaret Satrique", która była zbiorem pornograficznych wierszy. Zachęciła ją też do znalezienia sobie kochanka. „Skoro twój małżonek, Pani, cię nie odwiedza, nie marnuj królowo młodości" – sugerowała. Od tej pory Anna coraz częściej była widywana w towarzystwie przystojnych dworzan. Jej szczególnym zainteresowaniem cieszyli się służący z francuskich kolonii w Afryce, których obecność była nowością na dworze. Wśród dam dworu krążyły nieobyczajne plotki o sile tych mężczyzn. Po latach pani de Vivonne wspominała Tallemantowi des Reaux, że po jednym z takich romansów królowa zaszła w ciążę. Na dworze pojawiła się pogłoska, że podczas pobytu w południowej Francji Anna urodziła „dziecko o twarzy i skórze Murzyna". Noworodek miał rzekomo umrzeć już po miesiącu. Ale czy na pewno? Co by było, gdyby okazało się, że jednak przeżył i mieszkał ukryty gdzieś na prowincji, z daleka od ciekawskich oczu dworzan? Był przecież po kądzieli księciem krwi, wnukiem króla Hiszpanii i Portugalii Filipa III i Małgorzaty Habsburg.

To nie była jedyna historia o nieślubnych dzieciach młodej królowej. Były też i inne. Najlepiej udowodniony jest wypadek, jaki zdarzył się Annie 14 marca 1622 r. Tej nocy wracała z Marią de Chevreuse. Była już w bardzo zaawansowanej ciąży. Obie dziewczyny biegły po korytarzach Luwru, „podskakując jak małe dziewczynki". W pewnym momencie Anna poślizgnęła się na wypolerowanej posadzce i całym ciężarem upadła na brzuch. Po chwili poroniła. Król nie został powiadomiony o tym zdarzeniu, co jedynie potwierdza domysły, że nie było to jego dziecko.

Szalona miłość do Anglika

Plotki o rozwiązłym życiu królowej i homoseksualizmie króla dotarły do biskupa Luçon, kardynała Armanda de Richelieu, który zaczynał odgrywać coraz większą rolę w polityce państwa. Szczególny niepokój kardynała wzbudziły pogłoski, że królowa zakochała się w przebywającym we Francji diuku Buckingham, Jerzym Villiersie, przystojnym faworycie króla Anglii Karola I. Buckingham przybył do Francji z wielką pompą, bardziej okazale niż sam król Anglii. Podróżował w górę Sekwany na pięknie zdobionej barce, którą obsługiwało 20 wystrojonych wioślarzy. Wzdłuż brzegu jechały trzy złocone karety, których obsadę stanowiło aż 18 stangretów, hajduków i forysiów. Diuk miał ze sobą 20 strojów zdobionych brylantami, co nawet na owe czasy było szczytem ekstrawagancji. Przygodne dziewki hojnie obdarowywał za ich względy złotem i klejnotami, a królową Annę przyjął ze splendorem widzianym jedynie na dworze tureckiego sułtana. Dwudziestotrzyletnia Anna była nim oczarowana od pierwszego wejrzenia. Jej przyjaciółka Maria de Chevreuse zaaranżowała nocne spotkanie w Luwrze, po którym królowa zakochała się w Buckinghamie do szaleństwa. Podobno zapytała Marię przy świadkach, czy jest całkowicie pewna, że nie grozi jej zajście w ciążę, co świadczy, że mogło dojść do zbliżenia.

Młoda królowa była jednak nierozważna i naiwna. Wkrótce na dworze rozeszła się plotka, że Anna jest brzemienna, mimo że od dłuższego czasu nie widywała króla. Coraz częściej w Luwrze napotykała surowe spojrzenie kardynała Richelieu, który nie bez powodu obawiał się, że francuska królowa może urodzić syna protestanckiego księcia. Dla Richelieu Buckingham był tylko i wyłącznie wrogiem, który zaledwie kilka miesięcy po opuszczeniu Francji postanowił wesprzeć hugenotów broniących enklawy La Rochelle przed wojskami kardynała. 23 sierpnia 1628 r. diuk został zamordowany w Portsmouth przez fanatycznego purytanina Johna Feltona, który miał księciu za złe, że pominął go w awansie na stopień oficerski w Królewskiej Marynarce Wojennej. Anna Austriaczka znienawidziła kardynała, podejrzewając go o zaaranżowanie zamachu. Był jedynym człowiekiem, którego naprawdę się bała. Pogardliwie nazywała go „cul pourri" (zgniły zadek), co stanowiło aluzję do hemoroidów, na które cierpiał Richelieu.

Królewski brat bliźniak

W 1850 r. wielki francuski pisarz Aleksander Dumas wydał powieść „Wicehrabia de Bragelonne", trzecią część trylogii o przygodach muszkieterów. Jednym z jej bohaterów jest uwięziony i ukryty pod żelazną maską Filip, brat bliźniak króla Francji Ludwika XIV. Muszkieterowie, dowiedziawszy się o jego istnieniu, próbują go uwolnić i osadzić na tronie zamiast Ludwika, którego bardziej niż dobro państwa interesują dworskie intrygi i romanse. Misterny spisek kończy się jednak niepowodzeniem, a Filip już do końca życia ma pozostać zakuty w żelazną maskę. Opowieść o królewskim bliźniaku to oczywiście fikcja. Przy narodzinach Ludwika XIV było wiele osób i nie ma jakichkolwiek przesłanek, by uważać, że na świat przyszły bliźniaki.

Żelazna Maska był jednak postacią autentyczną. Na temat jego tożsamości powstało wiele mniej lub bardziej rozsądnych teorii. Bardzo ciekawą hipotezę przedstawił w książce „Człowiek w żelaznej masce" brytyjski historyk Roger Macdonald, który zasugerował, że więźniem był pochodzący z Gaskonii kapitan gwardii muszkieterów królewskich Charles d'Artagnan, syn poborcy podatkowego Bertranda de Batz i Françoise de Montesquiou d'Artagnan. Miał on posiąść tajemnice państwowe, które uczyniły go więźniem stanu. Z kolei Wolter uważał, że słynnym więźniem był starszy, przyrodni brat króla Ludwika XIV, którego ojcem był nie byle kto, ale następca kardynała Richelieu, potężny pierwszy minister Francji kardynał Jules Mazarin. Wolter twierdził, że wie o tajemniczym więźniu prawie wszystko. Potrafił nawet opisać budowę samej maski, która jakoby miała dolną część umocowaną na sprężynach, aby więzień mógł jeść i pić. Czemu jednak w ogóle był zmuszony nosić ową złowrogą żelazną maskę? I dlaczego nie była ona wykonana z innego materiału. Czy jego twarz była tak charakterystyczna, że strażnicy i współwięźniowie mogliby go rozpoznać? Nawet jeżeli był kimś tak znaczącym jak minister, arystokrata, żołnierz czy kapłan, to przecież wcale nie musiał być znany zwykłym strażnikom. To nie była epoka telewizji, prasy czy internetu, ale czasy, w których mało kto znał oblicze własnego króla, biskupa czy papieża, a co dopiero ministra lub kapitana królewskich muszkieterów.

Czy człowiek w żelaznej masce naprawdę istniał?

Legenda Żelaznej Maski nabrała kolorów dopiero po zdobyciu Bastylii w 1789 r. Wśród ludu Paryża gruchnęła pogłoska, że przed jej zburzeniem w jednej z cel znaleziono szkielet z żelazną maską na czaszce. Wszystko wskazuje jednak, że była to tylko próba oczernienia monarchii przez nową, rewolucyjną władzę.

Kwestią dyskusyjną pozostaje także sama maska. Czy na pewno była wykonana z żelaza? Czy więzień nigdy jej nie zdejmował? Kilka lat temu zespół angielskich historyków przeprowadził eksperyment z noszeniem żelaznej maski przez jednego z ochotników. Okazało się, że już po dwóch dobach mężczyźnie zdjęto maskę ze względu na silne podrażnienie skóry twarzy i bóle głowy. Dłuższe noszenie takiej maski doprowadziłoby do infekcji grzybiczej i śmierci spowodowanej nieleczonym stanem zapalnym. A przecież Żelazna Maska został aresztowany prawdopodobnie w roku 1669 lub 1670 i w więzieniu przeżył 34 lata. Podejrzewa się więc, że maska mogła mieć jedynie pewne elementy metalowe, a w większości składała się ze skóry lub materiału. Niewiele poprawiało to jednak komfort psychiczny więźnia. Może zatem Żelazna Maska był jedynie wymysłem rewolucjonistów pragnących oczernić monarchię?

Dzisiaj wiemy, że wiele dokumentów potwierdza jego istnienie. Roger Macdonald wskazuje chociażby na przechowywane w Bibliotece św. Genowefy w Paryżu zeznania pewnego świadka, który widywał w Bastylii zamaskowanego więźnia. Historyk uznaje to za koronny dowód na istnienie człowieka w żelaznej masce. W 1687 r. widział go także pewien ksiądz z miasta Grasse w Prowansji. Pod przysięgą oświadczył, że „na placu w środku miasta trzymano zamaskowanego więźnia pod płótnem i w lektyce". Strażnik podał mu wodę z fontanny. Ksiądz podkreślił, że strażnicy rozłożyli nad więźniem parawan, ponieważ był gorący dzień, a maska wyglądała, jakby była wykonana ze stali.

W paryskim zamku Vincennes znajduje się archiwum skrywające poufną korespondencję króla Ludwika XIV z jego ministrami. Są tam też dokumenty dotyczące Żelaznej Maski, w tym broszura napisana w 1873 r. przez pewnego francuskiego oficera, który miał dostęp do wojskowych archiwów. Dowiadujemy się z niej, że więzień zawsze miał przy sobie tylko jednego strażnika, który był z nim we wszystkich czterech więzieniach, gdzie go przetrzymywano. W 2015 r. odnaleziono dokumenty, które do niedawna uznawano za zniszczone w Bastylii w 1708 r. Najstarszym z dotyczących Żelaznej Maski jest list ministra wojny François Le Telliera, markiza de Louvois, do Bénigne'a Dauvergne'a de Saint-Mars, zarządcy więzienia w Pignerol, w którym informuje o przyjeździe więźnia nazywanego Eustachym Daugerem. Zgodnie z instrukcją ministra więzień miał być umieszczony w celi, do której miało prowadzić kilka par drzwi. Saint-Mars dostał rozkaz, aby osobiście przynosić mu posiłek przynajmniej raz dziennie. List wskazuje, że więzień był traktowany mało humanitarnie. Nie spał na łożu, jak to opisywał Dumas, ale na materacu, po którym zapewne biegały szczury. Dlaczego jednak tak histerycznie strzeżono jego tożsamości?

Ojciec króla czy tchórzliwy generał?

Przez ostatnie dwieście lat tworzyła się długa lista kandydatów na człowieka w żelaznej masce. Byli wśród nich ministrowie, dyplomaci, żołnierze i bankierzy. Brytyjski arystokrata Hugh Richard Heathcote Gascoyne-Cecil, podobnie jak brytyjski historyk Hugh Ross Williamson, uważał, że więźniem tak pilnie strzeżonym mógł być jedynie ojciec króla Ludwika XIV. I nie chodzi oczywiście o Ludwika XIII, ale o jednego z kochanków królowej Anny Austriaczki. Być może ze względu na szczególne podobieństwo do króla człowiek ten musiał do końca życia ukrywać twarz przed ciekawskimi współwięźniami. Mimo że ta koncepcja jest niezwykle pociągająca, powinniśmy pamiętać, że w XVII wieku niewiele osób dobrze znało oblicze swojego monarchy. Był on niezwykle popularny wśród poddanych, ale znane nam dzisiaj portrety tronowe znajdowały się w Luwrze lub w innych pałacach, z daleka od wzroku ludu. Twarz króla znana była jedynie dworzanom i gościom monarchy. Ukrywanie człowieka o podobnych rysach mijało się z celem. Prościej było go usunąć lub ukryć pod strażą gdzieś na głębokiej prowincji.

Innym kandydatem na Żelazną Maskę był generał Vivien de Bulonde, który podczas bitwy pod Cuneo w 1691 r. na widok nadchodzących wojsk austriackich nakazał francuskim żołnierzom odwrót i porzucenie ogromnych zapasów amunicji i broni. Na wieść o tym akcie tchórzostwa król Ludwik XIV złamał dworski protokół i osobiście napisał list do przełożonych generała, w którym nakazał: „doprowadzić Bulonde'a do twierdzy w Pignerol, gdzie ma być zamknięty w celi, dzień i noc pod strażą. Może chodzić na mury obronne w ciągu dnia przy 330 309". Czym są owe tajemnicze liczby w królewskim liście? W 1890 r. francuski historyk wojskowości Louis Gendron uznał, że „330" oznacza liczbę dni, w których więzień ma nosić maskę hańby, a „309" oznacza uwięzienie bez maski. Ta nieco naciągana hipoteza sypie się ze względu na datę śmierci generała Bulonde'a, który zmarł na wolności w 1709 r., a więc sześć lat po udokumentowanej śmierci człowieka w żelaznej masce.

O wiele ciekawszą hipotezę zaproponował Arthur Barnes, który wskazywał, że żelazną maskę mógł nosić jeden z nieślubnych synów króla Anglii Karola II – protestant James de la Cloche lub James Scott, książę Monmouth. Ale przecież ten ostatni został ścięty w Tower, a los pierwszego jest nieznany. I znowu jak bumerang powraca pytanie: czy nie prościej byłoby zlikwidować takiego więźnia, niż trudzić się jego utrzymaniem? Z jakichś niewyjaśnionych powodów Król Słońce nie życzył sobie śmierci więźnia. Od dziecka był uczony, że król jest pomazańcem bożym. A ten, w kim płynie krew królów, nie może być tknięty przez zwykłych śmiertelników.

Tajemnica Woltera

Ponownie musimy się cofnąć do dnia narodzin Ludwika XIV i przypomnieć sobie dziwne słowa kardynała Richelieu, który jakby chciał wymusić na władcy akceptację nowo narodzonego syna. Być może król miał poważne wątpliwości, czy urodzony 5 września 1638 r. delfin Francji jest jego dzieckiem. Gdyby tak rzeczywiście było, to dlaczego zgodził się na uznanie syna? Być może prawdziwym ojcem był ktoś, kogo potomstwo można było zaakceptować. Poza tym nie można już było zwlekać z ogłoszeniem światu narodzin przyszłego króla Francji i Nawarry. Królestwo potrzebowało następcy tronu, a zdrowy syn królowej mógł być dla Ludwika XIII jedynie powodem do dumy i spokoju przez resztę życia. Dodatkowo od teraz nie musiał już przymusowo odwiedzać sypialni królowej. Przykry obowiązek odchodził w zapomnienie.

Oczywiście taki punkt widzenia jest czystą spekulacją. Nie jest do końca jednak pozbawiony logicznych podstaw. Król Ludwik XIII nie był tak głupi, jak przedstawił go w swoich powieściach Aleksander Dumas. Doskonale zdawał sobie sprawę, że królowa miała licznych kochanków, a może nawet kilkoro dzieci będących owocem tych związków.

Dla mnie najbardziej intrygująca jest jednak historia syna królowej o murzyńskich rysach twarzy. Nikt do tej pory nie wysunął tej hipotezy. Czarnoskóry chłopiec miał umrzeć już miesiąc po urodzeniu, prawdopodobnie gdzieś na południu Francji. Nikt jednak nie wie, gdzie konkretnie, w jakich okolicznościach, kto się nim opiekował i gdzie został pochowany.

W 1763 r. Wolter opisał w swym „Eseju o historii ogólnej" („Essai sur l'histoire generale") pobyt więźnia w żelaznej masce w zamku Palteau, gdzie trzymano go podczas podróży z Wyspy św. Małgorzaty do Bastylii w Paryżu. Uczony opierał się na wiarygodnej relacji, jaką uzyskał od wnuka siostry zarządcy więziennego Saint-Marsa. W swoim opisie zwracał uwagę, że żelazna maska była tak wykonana, żeby nie było widać ani kawałka twarzy i szyi tajemniczego więźnia. W 1769 r. Wolter odnalazł napisane w Bastylii dzienniki porucznika Du Junki, które rzucały więcej światła na tę mroczną historię. Oficer zanotował, że więzień nosił żelazną maskę jedynie okazjonalnie. Zazwyczaj jednak zakładano mu maskę i kaptur z czarnego aksamitu z wycięciami na oczy. Ta materiałowa maska była tak wykonana, aby nie było widać włosów ani szyi więźnia.

W 1770 r. wydano monumentalną pracę francuskiego oświecenia „Questions sur l'Encyclopedie" (Pytania na temat encyklopedii), w której Wolter po raz pierwszy wspomniał o więźniu w masce: „Jeśli nawet podczas rozmowy z lekarzem musiał nosić maskę, to dlatego, że obawiano się, iż ktoś mógłby go rozpoznać, gdyż jego rysy były uderzająco podobne (...). Osoba pisząca ten artykuł wie (...) i nie powie nic więcej". Cztery lata później podczas pracy nad nowym wydaniem encyklopedii Wolter postanowił ujawnić znaną mu tajemnicę. Nie wystąpił jednak pod swoim nazwiskiem, ale podszywając się pod wydawcę encyklopedii, tak napisał o człowieku w żelaznej masce: „Ze sposobu, w jaki pan Wolter zrelacjonował sprawę, wynika, że ów sławny historyk jest równie jak on przekonany o słuszności podejrzenia, które zamierza ujawnić. (...) Człowiek w żelaznej masce był bez wątpienia bratem, i to starszym bratem Ludwika XIV. (...) Królowa pewnie sobie wyobrażała, że to z jej winy Ludwik XIII nie ma dziedzica. Narodziny tego, który stał się Żelazną Maską, dowiodły jej, że się myli. (...) Ale królowa i kardynał Richelieu w równym stopniu byli przekonani o konieczności ukrycia istnienia Żelaznej Maski przed Ludwikiem XIII, więc oddali dziecko na wychowanie w tajemnicy. Aż do śmierci kardynała Mazzariniego Ludwik XIV o tym nie wiedział. Ale ten monarcha, słysząc, że ma brata, i to starszego, którego matka nie mogła się wyprzeć i który być może miał rysy zdradzające jego pochodzenie, doszedł do wniosku, że dziecko urodzone podczas trwania małżeństwa nie może bez wywołania strasznego skandalu zostać uznane za nieślubne po śmierci Ludwika XIII. Ludwik XIV uznał zatem, że nie ma rozsądniejszego wyjścia jak pogrzebać za życia dowód nieprawej miłości".

Mój kandydat

Osobiście uważam – a jest to całkowicie nowa koncepcja, której jeszcze nikt nie wysunął – że człowiekiem w żelaznej masce mógł być czarnoskóry syn Anny Austriaczki, którego ojcem był jeden ze służących królowej w Luwrze. Tylko jego wygląd mógł wywoływać tak wielkie poruszenie u ludzi, którzy go widzieli i rozpoznawali. Był takim XVII-wiecznym Barackiem Obamą, człowiekiem zrodzonym z miłości dwóch całkowicie obcych sobie światów. To właśnie jego narodziny zgodnie ze słowami Woltera przekonały Annę Austriaczkę, że wcale nie jest bezpłodna. Niestety, ten chłopiec przez swoje afrykańskie kręcone włosy, czarne oczy, duże usta i kawową karnację nie mógł ukryć swojej tożsamości. Niezależnie od tego, gdzie był ukrywany, zawsze budził zainteresowanie otoczenia. Każdy Francuz musiał być zdumiony widokiem chłopca traktowanego jak książę, który miał rysy murzyńskiego niewolnika. Wieści o jego wczesnej śmierci mogły być stworzone tylko dla kręgu wtajemniczonych osób, które wiedziały o nieprawej miłości królowej.

Być może dorastał ukryty gdzieś na południu Francji. Niestety, któregoś dnia dostrzegło go czyjeś nieżyczliwe oko. Tajemnica się wydała. Zszokowany Król Słońce z trudem przyjął wiadomość, że jego starszym bratem jest Mulat, którego ojcem był afrykański służący. Taka wiadomość musiała wywołać straszny wstrząs u bezgranicznego megalomana, który naprawdę wierzył, że jest istotą niemal półboską, a w jego żyłach płynie błękitna krew.

Nie ośmielił się zabić brata z obawy przed karą boską. Był to przecież królewski syn, po kądzieli potomek największych dynastii Europy. Pozwolił mu żyć, ale na własnych warunkach. Nakazał na zawsze ukryć przed światem oblicze czarnoskórego brata. Specjalnie skonstruowana stalowa maska i zastępujący ją okazjonalnie aksamitny czarny kaptur skrzętnie zakryły twarz, kręcone włosy i szyję mężczyzny. Czarnoskóry Habsburg, wnuk króla Hiszpanii i Portugalii, utracił na zawsze swoją tożsamość, stając się bezimiennym, tajemniczym i najsłynniejszym w historii więźniem, który po 34 latach niewoli zmarł 19 listopada 1703 r. w Bastylii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA