fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Czwarty jeniec: polski Bruegel

Hitlerowcy na Wawelu. Gubernator Hans Frank (pierwszy z lewej) podejmuje Ottona von Wächtera (drugi z lewej), gubernatora dystryktu Galicja. W tle wawelskie arrasy, zrabowane przez Niemców, ale odzyskane przez Polskę
NAC
Ślady zrabowanego podczas wojny obrazu „Walka karnawału z postem" Pietera Brueghla prowadzą do Wiednia.
W centrum Wiednia, w jednej z największych galerii światowego malarstwa, aż roi się od Velasquezów, Vermeerów i Santich. Zwiedzający przemykają z nabożeństwem między imponującymi salami, z których każda mogłaby stanowić osobną wystawę. Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu codziennie przyjmuje rzesze turystów z całego świata. Oszołamia ich bogactwem i przepychem kolekcji, jak na cesarskie, dumne miasto przystało.

Dla Polaków jest jednak wśród muzealnych pomieszczeń sala szczególna. W niej, wśród najcenniejszych obrazów niderlandzkiego mistrza Pietera Bruegla, na eksponowanym miejscu wisi obraz „Walka karnawału z postem". Według powszechnego zdania historyków sztuki jest to jeden z najcenniejszych obrazów artysty. Po pięciu stuleciach obraz nadal porusza i wciąż trudno przedostać się przez wianuszek oglądających owe dzieło, emanujące siłą przekazu i zmuszające do refleksji nad ludzką naturą. Piękne kolory i charakterystyczne brueghlowskie twarze pokazują sprzeczności, jakie istnieją w samym człowieku i nim targają; jego wysublimowane, ale i przyziemne dążenia.

Jednak tym razem głębokie westchnienie wywołuje nie tylko siła talentu mistrza, lecz fakt, iż obraz, który dumnie prezentuje Kunsthistorisches Museum, jest niemal identyczny z obrazem, który w 1939 r. został brutalnie zrabowany Polsce przez austriackich nazistów.

Odzyskać zrabowane

W ostatnich latach sprawy odzyskiwania zrabowanych podczas II wojny światowej dzieł sztuki szczególnie mocno przyciągają uwagę świata. W 2012 r. opinią publiczną wstrząsnęło odnalezienie w Monachium kolekcji Corneliusa Gurlitta, syna Hildebrandta, który rabował dla Hitlera najcenniejsze okazy na terenach podbitych przez Rzeszę. Choć do Niemiec popłynęła natychmiast fala zgłoszeń restytucyjnych wobec dzieł schowanych przez Gurlitta, to nadal bardzo niewiele wiemy o tym, jakie dzieła sztuki w tej kolekcji przetrwały wojnę.
W 2009 r., po trwających wiele lat negocjacjach, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie zwróciło potomkom niemieckich Żydów obraz ekspresjonisty Emila Noldego „Blumengarten". Niedawno, za sprawą filmu „Złota dama", wróciła historia rodziny Marii Altmann, której austriaccy naziści ukradli kilka obrazów Gustava Klimta. Rząd austriacki robił, co mógł, by nie oddać przywłaszczonego mienia prawowitej właścicielce. Po 68 latach zrabowane dzieła Klimta ostatecznie wróciły jednak do prawowitych właścicieli. Obraz „Adele Bloch-Bauer I" (taki był pierwotny tytuł obrazu; naziści ograbili dzieło także z jego tożsamości) został sprzedany w Nowym Jorku za 135 mln dol.
Naziści rabowali dzieła sztuki na ogromną skalę. Ta grabież nie miała wcześniej precedensu. Trybunał w Norymberdze wykazał, że nie chodziło tu o spontaniczne plądrowanie przez żołnierzy, ale o metodycznie zorganizowany rabunek, przygotowany przez władze państwowe i przeprowadzony przy czynnym współudziale dowództwa niemieckiej armii.

Grabież na rozkaz Himmlera

1 grudnia 1939 r. na rozkaz Heinricha Himmlera władze Generalnego Gubernatorstwa rozpoczynają konfiskatę znajdujących się w prywatnych rękach Polaków i Żydów „wszelkich wartościowych przedmiotów, jak obrazy, rzeźby, dywany, kryształy, książki etc.". W ten sposób wiele cennych okazów z polskich zbiorów przepada bezpowrotnie.
Wśród najsłynniejszych, utraconych wówczas w Krakowie dzieł sztuki, powszechnie wymienia się trzy. Wprawdzie w katalogu dzieł utraconych Ministerstwa Kultury udało się zgromadzić informacje o całym mnóstwie skradzionych obiektów, jednakże to „Dama z łasiczką" da Vinci, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem" Rembrandta oraz „Portret młodzieńca" Rafaela wzbudzają najwięcej emocji.
To dzięki przeprowadzonej przed wojną kwerendzie nazistowskich speców od sztuki Hansa Possego i dr. Kaja Mühlmanna generalny gubernator Hans Frank rekwiruje w 1939 r. z Muzeum Czartoryskich w Krakowie te trzy wielkie obrazy. Najpierw zdobią jego siedzibę na Wawelu, a następnie zostają wywiezione do willi gubernatora w Niemczech.

„Dama z łasiczką" i „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem" cudem przetrwają wojenną pożogę i dzięki Karolowi Estreicherowi wracają do Polski. „Portret młodzieńca" przepada bez wieści, stając się jednym z najsłynniejszych, najmocniej działających na wyobraźnię i najbardziej poszukiwanych do dziś obrazów na świecie.

Tyle że z Krakowa w 1939 r. ginie jeszcze jeden niezwykle cenny obraz, tym razem z Muzeum Narodowego. To „Walka karnawału z postem" Pietera Brueghla, dzieło przekazane w latach 30. do krakowskiego muzeum przez wybitnego polskiego kolekcjonera sztuki, właściciela m.in. znakomitej kolekcji malarstwa flamandzkiego i holenderskiego, Stanisława hr. Ursyn-Rusieckiego.

Zaginione zdjęcie prof. Sochora

Z polskim Brueghlem sprawa jest niebywale zagmatwana. W wielu opracowaniach traktujących o rabunkowej działalności nazistów widnieje informacja, iż w krakowskim muzeum wisiało dzieło Pietera Bruegla Starszego. Co ciekawe, nawet w muzealnych dokumentach z 1946 r. użyto zapisu „Bruegel", pisowni właściwej dla seniora malarskiego rodu. Pieter Brueghel Młodszy, nie mniej znany syn mistrza, dodał do swojego nazwiska literę h i tak dzisiaj rozróżnia się obu artystów, ale w przedwojennych pracach używano tej pisowni zamiennie. Bywały przypadki, iż starszego z Brueglów także zapisywano przez h.

I właśnie litera h może mieć w tej historii znaczenie kluczowe. Dziś nasze Ministerstwo Kultury nie ma wątpliwości, że w Wiedniu wisi inny obraz niż zrabowany w Krakowie w 1939 r. Tak ma wynikać z analizy dokonanej na podstawie fotografii przechowywanej w zbiorach Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Według ministerstwa sprawę przesądza fakt, że obraz jest podpisany przez Bruegla (bez h). Tymczasem obraz wiszący w Krakowie przed wojną był podpisany przez Brueghla (z h).

Okazuje się jednak, że fotografia z wiedeńskiego muzeum – ta, na której swoją analizę opiera Ministerstwo Kultury – jest zdjęciem ze zdjęcia oryginalnej fotografii wykonanej w Krakowie w 1938 r. Kunsthistorisches Museum twierdzi, że właściwa fotografia zaginęła.

Dostaliśmy z wiedeńskiego muzeum ich fotografię. Widnieje przy niej dopisek, że zdjęcie zostało wykonane w 1938 r. przez „prof. Sochora". Austriackie muzeum potwierdza, że chodzi o Franza Sochora. To wiedeński konserwator obrazów, który przed wojną interesował się krakowskim Brueghlem, a podczas wojny na rozkaz III Rzeszy organizował w Linzu muzeum skradzionych dzieł sztuki.

Oryginalne dzieło Bruegla, jak twierdzi wiedeńskie muzeum, jest tam od XVII w.

Nie wiemy, jak i kiedy przeprowadzono analizę obu obrazów. Wiedeńskie muzeum nie wie, w jakich okolicznościach powstała fotografia Sochora.

Z trudno dostępnej dzisiaj broszurki dr. Stanisława Mazurkiewicza z 1938 r. wynika, że już przed wojną Austria interesowała się krakowskim obrazem i wykorzystywała go przy pracach konserwatorskich nad swoim obrazem. Mazurkiewicz był przekonany, że to polskie dzieło Niderlandczyka jest pierwowzorem, a wiedeńskie repliką.

Na polecenie Frau Lory

Ostatni pewny trop w trudnych dziejach polskiego Brueghla urywa się 5 grudnia 1939 r. Tego dnia „Walkę karnawału z postem" rekwiruje w Muzeum Narodowym generał SS, baron Otto von Wächter.

Od września 1939 r. do stycznia 1942 r. Wächter jest gubernatorem dystryktu krakowskiego. Potem III Rzesza wyśle go do Lwowa, gdzie będzie organizował ukraińskie oddziały SS. Wächter bezpośrednio odpowiada za stworzenie getta w Krakowie. Nadzoruje też kradzieże i wywóz polskich dóbr kultury. Polski Brueghel, wraz z innymi zbiorami zagarniętymi na terenie Krakowa, trafia na tzw. listę Wächtera.

Gubernator Wächter wydaje rozkazy kradzieży, ale to nie on jest mózgiem całej operacji. Wskazywaniem dzieł do ozdoby siedziby dystryktu zajmuje się jego żona Charlotte. Jest świetnie zorientowana w sztuce, niegdyś studiowała u znanego wiedeńskiego architekta i designera Josefa Hoffmanna. 35-letnia szczupła szatynka, córka potentata metalurgicznego z rodu Bleckmannów zna wartość drogocennych dzieł.

Charlotte Wächter, przez przyjaciół nazywana Lorą, stosuje metodę innych dygnitarzy III Rzeszy. Polega ona na zabieraniu dzieł sztuki z zaskoczenia i bez uprzedzenia po to, by dyrekcja muzeum nie zdążyła się odwołać do wyższej władzy lub ukryć co cenniejsze dzieła.

Dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie pisał do polskiej misji wojskowej w Austrii w grudniu 1946 r., że to Austriaczka dokonywała grabieży we wszystkich oddziałach muzeum. Znikają „najprzedniejsze arcydzieła malarstwa (...), Brueghla »Walka karnawału z postem«, Fałata »Zaloty myśliwca« i »Widok Krakowa« oraz inne..." – czytamy w innym dokumencie muzeum z marca 1946 r. Kierownictwo muzeum domaga się wręcz, by Charlotte została wpisana na listę poszukiwanych zbrodniarzy wojennych.

Bywa, że Lorze towarzyszy w rabunku Herbert Pohl, architekt dystryktu i budowniczy Berlina. To w jego towarzystwie wkracza ona niespodziewanie w grudniu 1939 r. do Muzeum Narodowego. Pewnym ruchem wskazuje meble, wybiera skrzynie gotyckie i renesansowe, wszystko, co może ozdobić siedzibę w Pałacu pod Baranami. Na jej rozkaz żołnierze zabierają też cenny obraz niderlandzkiego malarza. Malowidło ozdobi rezydencję gubernatora, ale ostatecznie Lora wywiezie je do Wiednia. I tu urywa się ślad po krakowskim Brueghlu.

Mama ukradła

Wiemy za to, co się dzieje dalej z rodziną Wächterów. Po kapitulacji III Rzeszy Otto krąży po Austrii i Niemczech, a następnie przedostaje się do Rzymu, gdzie się ukrywa dzięki pomocy austriackiego biskupa Aloisa Hudala. W 1946 r. Wächter osobiście funduje budowę istniejącego do dzisiaj kościoła na granicy austriacko-niemieckiej. To zapewne część porozumienia z tymi dostojnikami Kościoła, którzy po wojnie pomagali ukrywającym się nazistom.

Charlotte z dziećmi wraca do rodzinnego Salzburga. Tu zbiera pieniądze na wyjazd rodziny do Brazylii. Kilka razy odwiedza męża, potajemnie przekazując mu pieniądze, które niemal na pewno pochodzą z wyprzedawania kolejnych dzieł sztuki.

Do ucieczki do Ameryki Płd. jednak nie dojdzie. Wächter umrze w Rzymie w 1949 r. Oficjalnie na zakażenie, ale istnieją poszlaki, iż został zamordowany przez nazistów. Nie chciał się podzielić dziełami sztuki z innymi uciekinierami z III Rzeszy.

Charlotte umiera w latach 80. Za pozostawione przez matkę pieniądze Horst, jeden z synów Charlotte i Ottona, kupuje Hagenberg, barokowy zamek pod Wiedniem. Kilka lat temu Horst spotykał się tam z Philippem Sandsem, profesorem prawa z University College w Londynie, który pracuje nad filmem dokumentalnym o dzieciach nazistowskich zbrodniarzy. Sands opisze to niezwykłe spotkanie na łamach „Financial Times".

Horst z dumą pokazuje więc Sandsowi album rodzinny, w którym są zdjęcia jego ojca obok Hitlera i Himmlera. Uwagę gościa przykuwa zdjęcie wykonane przez Charlotte w warszawskim getcie – przerażeni ludzie tłoczą się na ulicy, młoda Żydówka patrzy wprost w obiektyw pustym, pozbawionym nadziei wzrokiem.

Sands zauważa w pewnym momencie na ścianie XVII-wieczną mapę Krakowa. Horst wzrusza ramionami: – Mama mogła ją ukraść w Polsce.

Bez nacisków na śledztwo

O mapie wiemy mniej więcej tyle, ile o zaginionym Brueghlu, czyli niewiele. Burzliwe dzieje obrazu przykrywa powoli patyna czasu. Zastygłe na malowidle postaci i piękne, wciąż żywe kolory zdają się zadawać kłam tragicznym losom dzieła. Uparci znajdą je w katalogu strat wojennych Ministerstwa Kultury, gdzie widnieje jako dzieło utracone. W rubryce „odzyskane" wpisano słowo: „nie".

To, co bulwersuje nie mniej niż brutalna kradzież, to fakt, że tak cenne malowidło znika z kart historii po 1945 r. i przepada w mrokach dziejów. Przez 70 lat nikt go nie szuka, nikt o nim nie wspomina. Jakby nie istniało. Poza wyblakłym zdjęciem w katalogu dzieł utraconych próżno szukać o nim wzmianek. Dlaczego dzisiaj tak mało wiemy o losach jednego z najcenniejszych polskich obrazów?

O samej liście dzieł zagrabionych przez Wächterów też wiadomo dziś bardzo mało, brakuje opracowań. Dlaczego tak się dzieje, skoro lista gubernatora Franka jest tak dobrze opisana? Być może dlatego, że w niektórych przypadkach polskie władze tuż po wojnie nie naciskały na szczegółowe śledztwo. Działo się tak, gdy Warszawa podejrzewała, że złodziejami nie są Niemcy, lecz ścigająca ich Armia Czerwona.

Tajemnica zamku Hagenberg

Dzisiaj nie mamy jasnych tropów prowadzących do zaginionego Brueghla, ale mapa z gabinetu syna Wächtera i zdjęcia z jego rodzinnego albumu powinny wrócić do Polski. Fotografie stanowią dowody zbrodni hitlerowskich w Polsce, a mapa byłaby cennym eksponatem dla krakowskich muzealników. Wiemy, że w zamku Hagenberg znajdują się inne dzieła sztuki, których pochodzenie powinno zostać zbadane.

Sam syn szefa krakowskiego dystryktu nie widzi nic godnego potępienia w działaniu rodziców. Gdy we Lwowie odwiedza w 2013 r. miejskie archiwum, w księdze gości podpisuje się: „Horst von Wächter, syn gubernatora".

Od samego Horsta Wächtera wiemy jednak, że próbuje przez pośredników nawiązać kontakt w Polsce w celu zwrotu jednego obrazu ukradzionego z Pałacu Potockich. Potwierdziliśmy te kontakty, ale na razie negocjacje nie posuwają się do przodu.

Ministerstwo Kultury informuje, że „nigdy nie podejmowało szczególnych czy też systemowych działań względem obiektów zarekwirowanych na rozkaz komendanta dystryktu krakowskiego Ottona von Wächtera. Po rekwizycji los poszczególnych obiektów bywał różny, różne były też kierunki przemieszczeń".

Historycy uważają, że ok. 100 tys. dzieł sztuki zagrabionych przez nazistów nie wróciło do dawnych właścicieli. To są wciąż przetrzymywani ostatni jeńcy wojenni.

Raz po raz na świecie owi jeńcy jednak się odnajdują. Obrazy, uznane za zaginione, są odkrywane w muzeach i w słynnych domach aukcyjnych. Instytucje tłumaczą się wówczas brakiem wiedzy na temat przeszłości tych dzieł.

Nie sposób nie przytaknąć ograbionej ongiś przez austriackich nazistów Marii Altmann: – „Restytucja" to takie dziwne słowo.

Za pomoc przy pisaniu artykułu dziękuję historykowi sztuki Jerzemu Żmudzińskiemu oraz prof. Philippe'owi Sandsowi. Generalnemu konserwatorowi zabytków Piotrowi Żuchowskiemu dziękuję za konsultację merytoryczną.

Powinniśmy porównać obrazy

Piotr Żuchowski, generalny konserwator zabytków

Rz: Czy jest możliwe, że obraz Bruegla w muzeum w Wiedniu jest obrazem skradzionym w 1939 r. z Krakowa?

Piotr Żuchowski: Zarówno przedwojenne, jak i powojenne źródła wskazują na istnienie przynajmniej dwóch wersji obrazu „Walka karnawału z postem", m.in. w Muzeum Narodowym w Krakowie i Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Z informacji potwierdzonych w ostatnich dniach przez eksperta MNK wynika, iż obrazy te nie mogą być tożsame choćby ze względu na dwóch różnych autorów.

Pieter Brueghel młodszy wykonywał masowo kopie obrazów ojca, co w swoich pracach przywołuje Klaus Ertz, autorytet w zakresie twórczości Brueglów. Z sytuacją taką mamy do czynienia w przypadku obrazu Pietera Bruegla młodszego z muzeum w Krakowie stanowiącego kopię obrazu Pietera Bruegla starszego z Kunsthistorisches Museum. Świadczy o tym sygnatura na krakowskim obrazie „P. Brueghel" odnotowana w źródłach archiwalnych.

Jednakże niezwykle interesujące byłoby wnikliwe, eksperckie porównanie obrazu wiedeńskiego z zachowaną fotografią zaginionego obrazu z Krakowa.

Czy w Polsce powinna powstać instytucja, która koordynowałaby działania państwa i osób prywatnych szukających zagubionych dzieł sztuki?

Dziś taką instytucją jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które prowadzi jedyną ogólnopolską bazę strat wojennych, obejmującą zabytki utracone ze zbiorów publicznych, prywatnych i kościelnych. Ponadto MKiDN prowadzi poszukiwania oraz podejmuje działania restytucyjne. Ale nie wykluczam, że powstanie agenda rządowa ekspercko-dyplomatyczno-śledcza, która skondensuje to, co niezbędne, by działać jak najbardziej skutecznie.

Wiemy, że zaginęła lub została zniszczona większość dokumentacji z czasów PRL dotyczących strat wojennych. Jak duże są nasze luki w wiedzy na temat zrabowanych dzieł sztuki?

Luki te wynikają nie tylko z częściowego zniszczenia dokumentacji Biura Rewindykacji i Odszkodowań (działającego w latach 1945–1951 w ramach MKiS), lecz przede wszystkim z utraty znacznej części inwentarzy oraz dokumentacji muzealnej dokonanej jeszcze podczas wojny. Obecnie jesteśmy w stanie dobrze udokumentować jedynie niewielką część utraconego dziedzictwa. Wpływa to niejednokrotnie negatywnie na możliwość identyfikacji obiektu, a bez tego odzyskanie dzieła jest w zasadzie niemożliwe.

—rozmawiała Magdalena Ogórek

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA