fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Krystyna Feldman. Minimalistka lubiąca ludzi

Krystyna Feldman (1916–2007)
EAST NEWS
Była aktorką charakterystyczną, specjalistką od zapadających w pamięć epizodów. Dopiero w wieku 88 lat zagrała rolę życia – w „Moim Nikiforze" wcieliła się w jednego z najsłynniejszych prymitywistów w dziejach światowego malarstwa.

Krystyna Feldman przez większość życia mieszkała sama, ale to nie znaczy, że unikała ludzi; chętnie też udzielała wywiadów. Nie „gwiazdorzyła" i naprawdę niewiele potrzebowała, by cieszyć się każdym dniem. W tym sensie przypominała Nikifora Krynickiego – on był szczęśliwy, gdy mógł malować, ona – gdy mogła grać, nawet jeśli były to epizody. Jak bowiem uczyła ją matka: „nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy" (za: „Rzeczpospolita", 25.09.2004). Przez niemal trzy ostatnie dekady swojego życia skromnie mieszkała w bloku z wielkiej płyty na Ratajach w Poznaniu. Nie miała tam pralki, lodówki i garnków – nie dlatego, że nie było jej stać, po prostu nie traciła czasu na prace domowe. Na ścianach wisiały portrety rodziców, ale też dwóch cenionych przez nią wybitnych Polaków: Jana Pawła II i Józefa Piłsudskiego. Była osobą wierzącą i praktykującą, a zawdzięczała to matce, która „wpoiła [jej], iż w niedziele i święta trzeba chodzić do kościoła", co aktorka przyznała w grudniu 2006 r. w wywiadzie dla „Głosu Wielkopolskiego" (Stefan Drajewski, „To mi zostało", www.e-teatr.pl). Natomiast w listopadzie roku 2005 w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim („W grobie się wiercę", w: „Aktorki. Spotkania", Świat Książki 2012) zapytana o Piłsudskiego z mocą podkreśliła: „To był wspaniały, mądry pan. Kontrowersyjny, jak wszystkie wielkie postacie. Miał własną wizję polityki i był patriotą". Patriotką, której dzieciństwo i wczesna młodość upłynęły w II Rzeczypospolitej, była także Krystyna Feldman – świadectwo poświęcenia dla ojczyzny złożyła w czasie wojny, gdy jako łączniczka Armii Krajowej przenosiła nie tylko meldunki, lecz także broń.

Była drobna i niepozorna, nie rzucała się w oczy, a mimo to postanowiła pójść w ślady swojego ojca, Ferdynanda Feldmana, wybitnego aktora dramatycznego początku XX stulecia.

W rodzinnym domu

Nie miała w pełni beztroskiego dzieciństwa, a jednak zawsze podkreślała, że właśnie wtedy czuła się szczęśliwa. Urodziła się 1 marca 1916 r. we Lwowie, choć sama przekonywała, że był to rok 1920, wybrany zresztą nieprzypadkowo. Nie tylko odmładzał ją o cztery lata, pozwalał też myśleć o sobie jako urodzonej w odrodzonej Polsce. Wszelkie wątpliwości rozwiewa data zapisana w akcie urodzenia, potwierdzona zresztą na nagrobku aktorki na poznańskim cmentarzu.

Rodziców miała wyjątkowych. Jej matką była Katarzyna Feldman, z domu Sawicka, aktorka teatralna i operowa mezzosopranistka, ojcem zaś – wspomniany już Ferdynand Feldman, niezwykle ceniony we Lwowie aktor dramatyczny. O jego popularności zaświadcza krążące na początku XX w. po Lwowie powiedzenie: „Spotkałem Feldmana. Będę miał dobry dzień". Był z pochodzenia Żydem, ale w 1890 r. ochrzcił się, by ożenić się z Polką katoliczką. Został aktorem lwowskiego Teatru Wielkiego, gdzie przez ćwierć wieku zachwycał swoimi rolami. Zmarł 3 czerwca 1919 r. we Lwowie, ale przez ostatnie trzy teatralne sezony występował na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Tam też zamieszkała jego rodzina (Krystyna Feldman miała starszego brata), w kamienicy przy ul. Kremerowskiej, nieopodal Plant. Zajmowali pięciopokojowe mieszkanie, mieli służbę do pomocy – przecież pani domu także była aktorką. W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim Krystyna Feldman przyznała: „w Krakowie mieszkałam z mamą i z braciszkiem Jurkiem, który później został scenografem, przez wiele lat związanym z Teatrem im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Natomiast ojciec był dla mnie jedynie dziwnym panem z wielkich fotografii, które wisiały na ścianach w naszym domu" („Aktorki. Spotkania", op. cit.).

Po śmierci ojca Krystyna i jej brat nie zaznali biedy, ponieważ ich matka powtórnie wyszła za mąż – za emerytowanego żołnierza Kazimierza Mayera. Początkowo ojczym nie miał zrozumienia dla artystycznych ciągot Krystyny. Przyszła aktorka ukończyła gimnazjum im. Królowej Jadwigi we Lwowie, a wtedy ojczym zapisał ją do tamtejszej Szkoły Handlowej. Nie ukończyła jej – maturę zrobiła eksternistycznie, a aktorstwa uczyła się w studium profesora Janusza Strachockiego (już z przyzwoleniem ojczyma), następnie przez trzy lata w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie, a po zdanym egzaminie końcowym w 1937 r. dostała angaż we Lwowie. „Myślę, że również tutaj tatuś mi pomógł, że zadziałała magia jego nazwiska. Janusz Warnecki, dyrektor teatru we Lwowie, uwielbiał i bardzo szanował mojego ojca" (za: Łukasz Maciejewski, op. cit.).

Skok w dorosłość

Była chuda i niska, o nieoczywistej urodzie, nie grywała amantek, za to często... chłopców, debiutowała nawet taką rolą: w „Kwiecie paproci" w Teatrze Miejskim we Lwowie. Premiera odbyła się 1 września 1937 r. Dokładnie dwa lata później wybuchła II wojna światowa, a wkrótce Lwów zajęła Armia Czerwona. Krystyna z hukiem – trzaskając drzwiami! – opuściła mury teatru na znak protestu po wysłuchaniu wiernopoddańczego listu tamtejszych aktorów do... towarzysza Stalina. „Powiedziałam mamie, że nie będę pracowała w teatrze, w którym podlizują się temu bandycie" (Łukasz Maciejewski, op. cit.). Wróciła do oddalonej o ok. 15 km od Lwowa Zimnej Wody, gdzie w ramach oszczędności przeniosła się jej rodzina. By zachować godność i szacunek do samej siebie, wolała pracować jako pomoc domowa – sprzątała, pieliła grządki, a nawet rąbała drewno na opał. Bolszewicy wydali jednak nakaz powrotu do wyuczonych zawodów, Krystyna Feldman założyła więc w Zimnej Wodzie zespół teatralny – w tamtejszej salce parafialnej zagrała m.in. w „Zemście" Aleksandra Fredry i „Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej.

Jak już wyżej wspomniano, w czasie wojny wstąpiła w szeregi Armii Krajowej. Z narażeniem życia przewoziła meldunki, tajne dokumenty, broń. Nie obyło się bez sytuacji, które mogły skończyć się tragicznie. Pewnego dnia z jej torby – prosto na chodnik – wypadł pistolet, czego Krystyna w pierwszym momencie nie zauważyła. Na szczęście jakiś młody chłopak zawołał, że „coś" zgubiła... Gdy schowała pistolet do torby, minął ją niemiecki patrol. Po tym zdarzeniu ponoć w pobliskiej restauracji, by opanować nerwy, wypiła kieliszek wódki, choć ani wtedy, ani przez resztę życia za alkoholem nie przepadała.

W 1944 r., po ponownym zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną, wróciła na scenę Teatru Miejskiego, by zagrać... Staszka w „Weselu" Stanisława Wyspiańskiego wyreżyserowanym przez Aleksandra Bardiniego. To Bardini miał jej powiedzieć: „Zapamiętaj sobie, Kryśka, że kiepski aktor siedzący w jakimś teatrze koniecznie chce zmienić dyrektora, a dobry aktor zmienia teatry" (za: Łukasz Maciejewski, op. cit.). Feldmanówna słowa Bardiniego wzięła sobie do serca i przez kolejne 30 lat przenosiła się z miasta do miasta, by wreszcie w 1976 r. trafić do Poznania, gdzie pozostała przez następne trzy dekady, do końca swoich dni.

Na teatralnej ścieżce

Po zakończeniu II wojny światowej, gdy Polska utraciła Lwów, Krystyna Feldman – podobnie jak wielu innych repatriantów – trafiła do Katowic. Tam, 6 października 1945 r. na deskach Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego, znowu wcieliła się w postać Staszka z „Wesela" – tym razem reżyserował Bronisław Dąbrowski (notabene Aleksander Bardini pojawiał się w spektaklu jako Widmo). Aktorka nie zagrzała jednak miejsca w Katowicach zbyt długo. Przez następne dwa sezony występowała w Teatrze Miejskim w Opolu (m.in. jako Tekla Bełska w „Domu kobiet" Zofii Nałkowskiej), skąd trafiła do Jeleniej Góry. To tam w 1947 r. poznała reżysera Stanisława Brylińskiego, starszego od niej o 26 lat.

W jednym z wywiadów wyznała: „Miałam duże powodzenie wśród chłopaków. Nie wiem dlaczego, ale panowie zawsze chodzili za mną sznurem. Jednak mnie interesowali tylko starsi mężczyźni". Bryliński odwzajemnił to zainteresowanie – mimo różnicy wieku i posiadania żony (ponoć jednak jego małżeństwo z aktorką Heleną Górską było już wówczas fikcją). I choć 31-letnia Feldmanówna początkowo nie przepadała za „starszym panem", to w końcu przekonał ją do siebie. Ani przedtem, ani później nikogo tak nie pokochała. Zamieszkali razem i przez kilka lat żyli w nieformalnym związku, chociaż wśród bliższych i dalszych znajomych uchodzili za małżeństwo (do dziś w różnych publikacjach można znaleźć informację o ich rzekomym małżeństwie). Tylko matka Krystyny – kobieta bardzo religijna – znała prawdę. Ale zakochani nie zdążyli się sobą w pełni nacieszyć – Stanisław Bryliński zmarł w październiku 1953 r. Od trzech lat mieszkali w Łodzi, do której przyjechali ze Szczecina (tam w Teatrze Polskim Feldman nie tylko grała, ale też pełniła rolę asystentki reżysera).

W łódzkich teatrach: Nowym i Powszechnym, wreszcie zagrzała miejsce – na tamtejszych scenach grała przez 18 sezonów, czasem też asystowała reżyserom, zwłaszcza Kazimierzowi Dejmkowi. W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim wspominała: „Dejmek mnie sobie upodobał. A ja byłam bardzo do niego przywiązana. Kiedy zostawił nas i pojechał do Warszawy, byliśmy bardzo rozżaleni. I słusznie, bo bez Dejmka to był już zupełnie inny teatr. Wytrwałam jeszcze jeden sezon" (op. cit.). Ale nie udała się za Dejmkiem do stolicy, tylko w 1968 r. wróciła do znanego z dzieciństwa Krakowa.

Pierwsze lata w nowohuckim Teatrze Ludowym były dla Feldman bardzo udane, a to za sprawą ówczesnej dyrektor oraz reżyser tej sceny – Ireny Babel. To ona pierwsza wpadła na pozornie szalony pomysł obsadzenia filigranowej Krystyny w roli królowej (w „Królu Janie według Szekspira" Friedricha Dürrenmatta). W późniejszych latach Feldman wielokrotnie wcielała się w różne królowe, księżne czy cesarzowe.

W 1971 r. dyrektorem Teatru Ludowego został Waldemar Krygier. Feldman krótko wytrzymała pod dyrekcją „tego Ruska", jak go określała – wystąpiła tylko w roli księżnej Biełokońskiej w adaptacji „Idioty" Fiodora Dostojewskiego i... wyniosła się do Szczecina.

Tam w Teatrze Współczesnym zatrzymała się przez parę lat na swej artystycznej drodze. Zagrała w kilku ciekawych spektaklach, m.in. w „Kramie z piosenkami" Leona Schillera, czyli widowisku śpiewno-tanecznym w trzech aktach (premiera 8 września 1973 r.), w „Tangu" Sławomira Mrożka (jako Eugenia; premiera 3 maja 1974 r.) i „Operze za trzy grosze" Bertolta Brechta (jako Celia; premiera 8 maja 1975 r.).

Jeszcze tylko na pół sezonu wpadła do opolskiego teatru im. Jana Kochanowskiego, ale już 11 czerwca 1976 r. po raz pierwszy wystąpiła na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu. I znowu zagrała mężczyznę – Pedra Luisa Albornosa w sztuce „Derby w pałacu" Jarosława Abramowa-Newerly'ego. Zresztą kolejne role w tym teatrze to także męskie postacie: Lokaj Władysław w „Operetce" Witolda Gombrowicza i Krawiec w „Poskromieniu złośnicy" Szekspira.

Nie inaczej bywało w poznańskim Teatrze Nowym, gdzie Krystyna Feldman zaczęła występować od 1983 r. Nie gardziła żadną rolą – grała, co jej przydzielono, nawet trzecioplanowe postacie. W cytowanej już książce Łukasza Maciejewskiego przeczytamy: „Nie miałam poczucia krzywdy, nie tęskniłam za głównymi rolami. Zawsze ten mój epizodzik to była najważniejsza rzecz na świecie".

Krystyna Feldman cierpliwie czekała na szansę od losu. Ta przyszła w 2004 r. wraz z propozycją Krzysztofa Krauzego, by zagrała tytułową rolę w jego filmie „Mój Nikifor". Miała wówczas 88 lat i kilkadziesiąt występów przed kamerą zarówno w kinie, serialach, jak i teatrze telewizji.

Epizod to skondensowana postać

W filmie po raz pierwszy wystąpiła w 1953 r. w „Celulozie" Jerzego Kawalerowicza (premiera odbyła się wiosną następnego roku). Zagrała epizod, „dewotkę na wykładzie księdza Woydy", a ponieważ wypadła niezwykle wiarygodnie, to gdy reżyserzy mieli w scenariuszu jakąś wścibską sąsiadkę, wściekłą dewotkę czy mściwą nauczycielkę, zatrudniali do tej roli Feldman. Tak było choćby w przypadku „Kaloszy szczęścia" (1958 r., reż. Antoni Bohdziewicz), „Awantury o Basię" (1959 r., reż. Maria Kaniewska) czy „Dwóch żeber Adama" (1964 r., reż. Janusz Morgenstern). Często były to tak niewielkie role, że nazwisko aktorki nie pojawiało się w napisach, tzw. czołówce. Ale Feldman się tym nie przejmowała – z zaangażowaniem i szacunkiem podchodziła do każdej granej przez siebie postaci.

W jednym z wywiadów tak to podsumowała: „Ja nie dzielę ról na pierwszoplanowe i drugoplanowe. Nie ma też żadnej różnicy w graniu. Każdą rolę trzeba zagrać dobrze, wczuć się w nią, stworzyć żywą postać, dokładnie wiedzieć, czemu i komu ona służy w spektaklu czy w filmie. Nie można jej bagatelizować". Dla magazynu „Kino" (07/08, 1998) powiedziała: „Epizod to projekcja postaci bardzo skondensowanej, zwięzłej, ale zawsze pełnej. Pełny, żywy człowiek, chociaż rola epizodyczna. W niedużym fragmencie trzeba strzelić w dziesiątkę. (...) Aktor musi wejść w postać, zasmakować, cieszyć się nią. Stwarzam sobie jej życie wewnętrzne, wchłaniam je w siebie. Przeżywam ją jako ja, bo ma coś z mojego temperamentu, z mojej osobowości. (...) Epizod ani nie ogranicza aktora, ani w niczym mu nie ujmuje". A w przywoływanej już rozmowie z Łukaszem Maciejewskim rozwinęła tę myśl: „Wszystko jest ważne. Drugi plan pracuje na pierwszy. Nawet mając do powiedzenia trzy linijki tekstu, trzeba zrobić to dobrze. Czyli: prawdziwie. Niczego nie udawać, nie odbębniać, nie czekać, aż rola spadnie z nieba. Ja zawsze ciężko pracowałam. Każdego bohatera szukałam w sobie".

W latach 80. młode pokolenie reżyserów dostrzegło w Feldman aktorkę zasługującą na większe role. W „Yesterday" (1984 r.) Radosława Piwowarskiego niezwykle sugestywnie zagrała zdziwaczałą ciotkę „Ringa", a w „Pociągu do Hollywood" (1987 r.) – także Piwowarskiego – stworzyła rozmarzoną panią Krysię, strażniczkę w fabryce snów. A ponieważ przekroczyła wówczas 70 lat, w kolejnych filmach zatrudniano ją w charakterze zrzędliwych babć, czego ukoronowaniem była rola w sitcomie „Świat według Kiepskich" (babkę Rozalię grała od 1999 do 2005 r.).

Kwintesencją aktorskich możliwości Krystyny Feldman okazała się jej kreacja w „Moim Nikiforze" (2004).

Życie po „Moim Nikiforze"

Jak już wyżej wspomniano, rola wyjątkowego malarza prymitywisty, który swoje najsłynniejsze prace stworzył w latach 60. XX stulecia w Krynicy-Zdroju (stąd jego pseudonim Nikifor Krynicki, choć naprawdę nazywał się Epifaniusz Drowniak, a z pochodzenia był Łemkiem), przyniosła Krystynie Feldman w pełni zasłużone uznanie zarówno widzów, jak i znawców sztuki filmowej. Po raz pierwszy w swojej karierze zagrała w kinie główną postać – zrobiła to tak przekonująco i przejmująco, że została obsypana nagrodami na festiwalach filmowych w kraju i za granicą (długą listę łatwo można odnaleźć w internecie).

W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim aktorka przyznała: „Te wspaniałe wyróżnienia to wielkie szczęście, ale szczęście wspólne – całego zespołu niezwykłych ludzi, którzy pracowali nad »Moim Nikiforem«. Był cudowny reżyser, ale miałam też wymarzonego partnera, Romana Gancarczyka. Bez jego Włosińskiego nie byłoby filmu, nie byłoby sukcesu mojej roli". Z kolei w jednym z ostatnich wywiadów, jakich udzieliła, o roli Nikifora powiedziała Stefanowi Drajewskiemu: „Dała mi wielkie zadowolenie, satysfakcję i poczucie, że nie na darmo była ta droga epizodów. Miałam pokorę i mam ją do dziś. (...) Od samego początku zgodziliśmy się z Krzysztofem Krauzem [reżyser filmu], że Nikifora nie wolno grać. Nikiforem trzeba być. Gdybym nie znalazła w sobie Nikifora, człowieka nawiedzonego, pełnego, spełnionego, który nie zwracał uwagi na brud, chociaż ja jestem czyścioszka, nie byłoby takiej postaci". Ta rozmowa (dla „Głosu Wielkopolski") odbyła się przy okazji premiery monodramu Krystyny Feldman „I to mi zostało" na Scenie Trzeciej Teatru Nowego w Poznaniu, w którym aktorka opowiadała o swoim życiu i który sama nazywała „spowiedzią dziecięcia wieku".

Odeszła tak, jak żyła – po cichu, 24 stycznia 2007 r. W niedzielę nie pojawiła się w kościele oo. Dominikanów, gdzie na mszy o 13 czytała Słowo Boże, w poniedziałek zaniepokojeni koledzy z teatru odnaleźli jej ciało w mieszkaniu. Została pochowana na Cmentarzu Komunalnym nr 1 w Poznaniu. Po jej śmierci mieszkańcy osiedla na Ratajach nie zapomnieli o wybitnej aktorce sąsiadce. W październiku 2018 roku na jednej ze ścian bloku, w którym mieszkała Krystyna Feldman, odsłonięto przedstawiający aktorkę mural.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA