fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Herbatka bostońska szmuglerów

Rysunek przedstawiający wydarzenia z 16 grudnia 1773 r. w Bostonie: przebrani za Indian koloniści zrzucają skrzynie z herbatą do morza
BIBLIOTEKA KONGRESU USA
Rewolucja amerykańska to chyba jedyna wojna wyzwoleńcza wywołana przez obniżone podatki.

W szystkie źródła są zgodne, że początkiem antybrytyjskiej rebelii w koloniach były zamieszki znane jako „herbatka bostońska" (The Boston Tea Party). Zastanawia jednak, czemu uczestnicy tak doniosłych wydarzeń nie znaleźli się w panteonie bohaterów nowego narodu. Dziwi również, dlaczego niewinna używka wzbudziła tak wielkie emocje – i to dopiero w chwili, gdy jej cena gwałtownie spadła.

Wygnanie z raju (podatkowego)

Jakkolwiek życie mieszkańców Nowego Świata nie należało do łatwych, angielskie kolonie były do połowy XVIII w. rajem podatkowym – nawet na tle ówczesnych stosunków. Osadników nie interesowało choćby utrzymanie armii, której w Ameryce Północnej praktycznie nie było. Obowiązywały tylko lokalne podatki przeznaczone na utrzymanie znikomej biurokracji samorządowej.

Uciążliwsze były ograniczenia nałożone na rozwój lokalnego przemysłu. Należały do nich ustawy o żegludze, zmuszające 13 kolonii do wymiany handlowej wyłącznie z Wielką Brytanią, oraz zakaz produkcji gotowych wyrobów stalowych. Amerykańskie huty musiały wysyłać do Anglii surowy półprodukt, a kolonie płaciły za wytworzone w zamorskich fabrykach narzędzia.

Jednak elastyczność brytyjskiego systemu sprawiała, że nawet podatek od produkcji kapeluszy nie wzbudził gwałtownych sprzeciwów. Istniały „bezpieczniki" pozwalające unikać kosztownych konfliktów, a wśród nich – niepisana reguła „zbawiennego zaniechania". Dzięki niej urzędnicze oko bywało mocno przymknięte, ponieważ sam handel z koloniami był dla Anglii wystarczającym źródłem dochodów. Względną sielankę przerwały skutki wojny siedmioletniej, dla której winno się zmienić numerację, ponieważ była pierwszą wojną naprawdę światową. Długotrwała kampania w Ameryce, Europie i Azji wpędziła Anglię w koszty, które musiała odzyskać. W takich wypadkach pierwszą myślą polityków jest uchwalenie nowych podatków – zwłaszcza tam, gdzie ich dotąd nie było.

Pierwsza ustawa z 1765 r. – zwana stemplową – nawet nie weszła w życie. Obowiązek używania znakowanego, sprowadzanego wyłącznie z Anglii papieru – co dotyczyło wszystkich rodzajów druków, książek, broszur i gazet, aż po gry karciane – istotnie rozsierdził kolonie. Oprócz wydatków niepokój budziło przeznaczenie podatku: miał pokryć koszt zakwaterowania i utrzymania żołnierzy, których powojenną nadwyżkę zostawiono w koloniach. Znaczna część Amerykanów już wtedy sądziła – co im zostało do dzisiaj – że wszystko zawdzięcza sobie, więc owocami pracy nie musi dzielić się z rządem, a zwłaszcza z zamorskim imperium.

Akcja spotyka reakcję

Rozsadnikiem sprzeciwu okazał się Boston, gdzie burdy wyrwały się spod wszelkiej kontroli. Pod wodzą miejscowego szewca Ebenezera MacIntosha tłum poszedł pod dom Andrew Oliviera, dystrybutora znaczków akcyzowych, po czym okradł i zdemolował posiadłość, a ponieważ ofiary nie było na miejscu, jego portret zawisł na najokazalszym wiązie. Gdy tłuszczy zabrakło wrażeń, spaliła dom i powóz poborcy. Gubernator Hutchinson i szeryf Greenleaf, którzy próbowali powstrzymać zamieszki, ledwo uciekli przed linczem, a schwytany Oliver, po upokorzeniu i dotkliwym pobiciu, ustąpił ze stanowiska. Zniszczono również dom Hutchinsona oraz własność innego urzędnika, Benjamina Hallowella. Wiąz, pod którym odbywały się samosądy, wkrótce nazwano Drzewem Wolności.

Gdy tumult rozlał się na wszystkie kolonie, rząd zawiesił ustawę, zanim zarobił na niej choć pensa. Wkrótce wyszło na jaw, że w cieniu motłochu stały persony z klas znacznie wyższych. Wśród nich był James Otis, prawnik i wydawca „Boston Gazette", a przede wszystkim Samuel Adams, przywódca na pół jawnego klubu politycznego kupców. Zabawne, że Adams, zbankrutowany wytwórca słodu, niedawno sam był poborcą podatków, lecz musiał opuścić urząd oskarżony o defraudację. Gdy zostawił kasę z niedoborem 8 tys. funtów, wybrał karierę politycznego pamflecisty. To on był autorem strategii, by w interesie finansjery użyć pospólstwa i zwykłych łobuzów – mimo ryzyka utraty kontroli nad tłumem.

Chcąc zmyć upokorzenie, rząd musiał mocniej dokręcić śrubę. W 1767 r. wprowadzono więc ustawy ministra skarbu Townshenda, który domknął erę „zbawiennych zaniechań". Przepisy handlowe miały być respektowane, a ich łamanie konsekwentnie karane. Przede wszystkim zaś Londyn chciał dowieść, że może opodatkować kolonie. Co więcej, pozyskane pieniądze miały opłacić pensje administracji, co zmieniało ją w biurokrację rządową. Cła objęły sprowadzane z Anglii ołów, szkło, papier, barwniki oraz kluczową dla tej historii herbatę.

Forsowany przez Waszyngtona bojkot brytyjskich towarów, odniósł umiarkowany sukces, ponieważ import spadł o jedną trzecią, ale nie ustał. Odzwierciedlało to podziały polityczne w koloniach. Istotnie: tylko 30 proc. mieszkańców popierało ambicje amerykańskich patriotów, lecz tyle samo było gorliwymi lojalistami, pozostali zaś chcieli tylko świętego spokoju.

Kto przemyca, ten żyje

Był jednak inny jeszcze skutek ustaw Townshenda, widoczny zwłaszcza na rynku herbaty. Jej cena wzrosła szczególnie, ponieważ była opodatkowana podwójnie. Kompania Wschodnioindyjska musiała towar wyładować w Anglii, gdzie był po raz pierwszy oclony, po czym sprzedać herbatę na aukcji. Dopiero wtedy produkt płynął do Ameryki, gdzie cło trzeba było płacić ponownie, co oznaczało horrendalny wówczas podatek w wysokości 25 proc.

Ponieważ okazja czyni złodzieja, powstał czarny rynek holenderskiej herbaty, o wiele tańszej, bo nieopodatkowanej w kraju pochodzenia. Przemyt był źródłem zysku, którym nie gardzili członkowie najwyższych sfer Ameryki. Jednym z potentatów w Bostonie był czcigodny John Hancock, bodaj najbogatszy bankier i kupiec w koloniach. Krocie na szmuglu zarobił również Samuel Adams, sprawca upadku ustawy stemplowej i członek politycznego lobby Hancocka. Dla nich oraz wielu podobnych wysokie podatki były żyłą złota. Gdy jedni zarabiali, inni demonstrowali niezadowolenie, co sprowadziło na Boston okupację i śmierć kilku protestujących, którzy atakowali żołnierzy.

Jednak ani zamieszki, ani starania londyńskich kupców tracących na malejącym popycie w koloniach, nie spowodowały uchylenia ustaw Townshenda. Sprawił to problem na drugiej półkuli. Powodem był bliski krach perły w koronie, czyli Kompanii Wschodnioindyjskiej. Złe decyzje polityczne i wojna, plagi cholery i głodu w Indiach, katastrofalne inwestycje giełdowe, a przy tym gigantyczne apanaże zarządu sprawiły, że wartość akcji spadła o ponad połowę. Jednym z problemów Kompanii była sprzedaż opium do Chin, ponieważ zysk był czysto teoretyczny. Państwo Środka mogło płacić tylko herbatą, której jednak nie było gdzie sprzedać. Rynek europejski był nasycony, a przy tym zdominowany przez tanią herbatę z Holandii. Rząd odmówił zniesienia podatków na Wyspach, a niesprzedane nadwyżki rosły.

Wszakże państwo w państwie, dysponujące większą liczbą żołnierzy niż armia królewska, było korporacją zbyt wielką, by upaść. Lobbing wymusił otwarcie amerykańskiego rynku, gdzie z powodu bojkotu, ceł i przemytu, firma traciła 400 tys. funtów rocznie. Choć była to ciemna liczba, szacowano, że w koloniach spożywa się pół miliona kilogramów herbaty, na czym zarabiali tylko szmuglerzy. Kompanii przyznano monopol na sprzedaż bezpośrednio w koloniach, uwalniając firmę od giełdowych pośredników i angielskich ceł. Statki płynęły z Chin prosto do Ameryki, gdzie w portowych miastach pojawiły się koncesje na handel z Kompanią.

Pryncypia i zysk

Jednak z powodów czysto ambicjonalnych premier North nie zrezygnował z resztki ustaw Townshenda, pozostawiając znikomy podatek herbaciany, rzędu dziesiątych części procentu. Cło nie miało handlowego i finansowanego znaczenia, co pozwalało zachować twarz i resztki autorytetu Korony. Wszakże z podatkiem czy bez, angielska herbata była tańsza niż konkurencyjny towar z Holandii. O podatkowym wyzysku nie mogło być mowy, ponieważ amerykański nabywca płacił dwa razy mniej niż mieszkańcy Anglii, a legalny import stał się bardziej opłacalny niż towar z przemytu. Niemniej Kompania zamierzała ukryć nawet tak znikomą daninę, płacąc ją pokątnie z własnej kieszeni.

W 1773 r. herbaciana flota ruszyła ku Ameryce, zwiastując koniec szmuglerskiego biznesu. Jedyną brzytwą, jakiej mogli się chwycić przemytnicy, były owe trzy pensy podatku od funta herbaty. Adams, którego bankowo-kupieckie zaplecze przechrzciło się na Synów Wolności, umyślił blokować legalny import pod politycznymi hasłami, ogłaszając cło nielegalną uzurpacją Londynu. Ponieważ w parlamencie nie zasiadali przedstawiciele kolonii, prawo do uchwalania podatków bez reprezentacji było kontestowane od dawna. Nośny temat uwiódł zwolenników emancypacji, a pieniądze Hancocka uskrzydlały energię Adamsa. Oprócz branży przemytników kampanię wsparli kupcy, którym koncesje na handel przeszły koło nosa.

Jednak demokratyczne idee nie starczały do porwania motłochu, choć jego przydatność Adams poznał podczas poprzednich zamieszek. Prawo wyborcze dotyczyło osób płacących podatki, a 90 proc. społeczeństwa i tak nie miało żadnej własności. Za to nośna była niechęć do osób pijących herbatę, której smaku lud jeszcze nie poznał. Czas potrzebny na herbaciany rytuał i akcesoria dostępne były klasie średniej i arystokracji. Purytańscy kaznodzieje uważali napar za niebezpieczną i grzeszną używkę, jak narkotyk niszczącą duszę i ciało. Nadto herbata niszczyła zachodnią cywilizację i roznosiła po świecie chińskie pchły, więc uczciwym ludziom zalecano napar z rumianku.

Znów płonęły domy kupców i urzędników, a podejrzanych o lojalizm czy choćby o picie herbaty, tarzano w smole i pierzu pod Drzewem Wolności. Terror okazał się skuteczny. W Charleston kupcy zrezygnowali z zamówionego towaru, w Filadelfii tłum uniemożliwił rozładunek, a statek płynący do Nowego Jorku zawrócił jeszcze na pełnym morzu.

Bostońska twierdza legalistów

Inaczej rzecz się miała w Bostonie, który był największym odbiorcą legalnej herbaty w koloniach. Nie zamierzał odpuszczać miejscowy potentat Richard Clarke, a zwłaszcza gubernator Massachusetts Hutchinson, który reprezentował władzę, a jeszcze bardziej interesy własnych synów, również posiadających koncesje. Na przełomie listopada i grudnia do miasta zawinęły aż trzy statki z herbatą, a czwarty osiadł na płyciźnie przy wejściu do portu. Co ważne, jednostki nie należały do Kompanii Wschodnioindyjskiej ani nie pochodziły z Wielkiej Brytanii, lecz były własnością Johna Rowe'a, miejscowego kupca i armatora.

Powstał pat, w którym bojówki Adamsa nie pozwalały na rozładunek, natomiast Hutchinson na odpłynięcie statków bez uiszczenia podatku. Gdy mijał 20-dniowy termin opłacenia cła, było jasne, że scenariusze z innych portów nie zadziałają. W przeddzień, czyli 16 grudnia wieczorem, w porcie zebrało się kilka tysięcy gapiów oczekujących na rozwój wypadków.

Przebrania mężczyzn, którzy wyłonili się z tłumu, tylko symbolicznie nawiązywały do wyglądu Indian Mohawk. W istocie poczernione sadzą twarze i ubrania z koców miały tylko maskować tożsamość. Około 140 osób wdarło się na pokłady i rozpoczęło plądrowanie ładowni. Ponieważ skrzynie były za ciężkie, by je zrzucać z pokładu w całości, deski rozłupywano toporem i zawartość spychano do morza. Zniszczonej herbaty było około 40 ton, o dzisiejszej wartości blisko 1,7 mln dolarów. Podczas ataku nie doszło do walki. Ucierpiał tylko jeden napastnik przygnieciony spadającą skrzynią. Ponieważ sądzono, że umarł, nieprzytomnego ukryto w pobliskim tartaku (gdy domniemany nieboszczyk się ocknął, wstał i poszedł do domu).

Jednak zamachowcy nie uwzględnili protestanckiej moralności kolonii, ponieważ nie uzyskali aprobaty współczesnych. Nie pomogły nawet starania, by uniknąć zniszczeń na statkach, w czym napastnicy zadbali o wymianę jednej złamanej kłódki. Także uczestnik zajść, który potajemnie próbował ukraść odrobinę herbaty, został surowo skarcony. Jerzy Waszyngton uznał napad za niedopuszczalny akt wandalizmu i zamach na świętą własność prywatną. Stwierdził, że atak psuje wizerunek patriotów i nigdy nie powinien się zdarzyć. Beniamin Franklin, który akurat przebywał w Londynie, nazwał to hańbą dla wszystkich kolonii i chciał wypłacić odszkodowania z własnej kieszeni, choć wolałby, żeby z braku rzeczywistych przestępców odpowiedzialność wzięła na siebie cała społeczność. Wiedząc, że bostoński incydent szkodzi interesom, niektórzy kupcy oferowali podwójną rekompensatę za szkody.

Nic dziwnego, że nawet po zwycięstwie rewolucji uczestnicy „herbatki bostońskiej" ukrywali tożsamość aż do śmierci, by uniknąć odpowiedzialności i wstydu. Z osób zamieszanych w sprawę tylko John Hancock, z racji majątku i wpływów, złożył podpis na Deklaracji Niepodległości. W istocie, to nie „herbatka bostońska" porwała Amerykanów do rewolucji, lecz wprowadzenie przez Londyn wojskowej okupacji, a zwłaszcza likwidacja samorządu stanowego i zamknięcie portu, co wpędziło miasto w finansową ruinę.

Żartobliwy zwrot „herbatka bostońska" pojawił się dopiero pół wieku później, zastępując wcześniejsze określenia w rodzaju „wydarzenia w Bostonie" albo „zniszczenie herbaty". Jest także żartem historii, że wolna Ameryka obdarzyła obywateli dziesięciokrotnym wzrostem centralnych podatków już u zarania niepodległości, prowokując bunt w czterech stanach tym razem przeciw własnemu rządowi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA