fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Ostatnia spowiedź kata Mauthausen – Gusen odnaleziona

Notatnik z protokołem przesłuchania (po lewej), dokumenty i rysunek byłego więźnia obozu koncentracyjnego Aleksandra Ziółka
Fotorzepa/Robert
W przesłuchaniu byłego komendanta obozu koncentracyjnego Mauthausen – Gusen uczestniczyli polscy więźniowie, zachował się protokół z tej czynności w języku polskim. Trafił do "Rzeczpospolitej".

Notatnik z zapisanymi ręcznie ołówkiem kartkami przyniosła do naszej redakcji pani Jolanta Brudzińska, córka byłego więźnia KL Mauthausen – Gusen – Aleksandra Ziółka. Odnalazła go przy porządkowaniu osobistych rzeczy. Miała z sobą też zaświadczenie wydane jej ojcu 20 czerwca 1945 r. przez PCK w Warszawie o powrocie do kraju z obozu. Czytamy w nim, że Aleksander Ziółek został wywieziony z Warszawy 27 sierpnia 1944 r., a po wyzwoleniu obozu Gusen przebywał w tzw. obozie polskim w Linzu.

Z dokumentów przekazanych do redakcji przez jego córkę wiemy, że Aleksander Ziółek był kierownikiem transportu 242 więźniów, którzy wrócili z niemieckiego obozu do Polski. Jego nazwisko widnieje na liście z nazwiskami i datami urodzenia uwolnionych polskich więźniów (na dokumencie tym m.in. widnieją podpisy przedstawicieli tzw. komitetu polskiego, a także pieczątka czeskiego urzędu zajmującego się repatriacją w Czeskich Budziejowicach).

– Mam też rysunek wykonany ołówkiem w obozie w Gusen 30 kwietnia 1945 r. przez Wł. Iwanowa – dodaje Jolanta Brudzińska.

Aleksander Ziółek był absolwentem Seminarium Nauczycielskiego, pracował początkowo w hucie Ostrowiec, a potem warszawskim Banku Gospodarstwa Krajowego. Mieszkał na warszawskiej Pradze przy ul. Jadowskiej, w czasie okupacji współpracował z AK (zachowała się jego powstańcza opaska), zatrzymany został w sierpniu 1944 r. w łapance i wywieziony do obozu. Po powrocie do kraju pracował w banku, zmarł w 1985 r.

- Opowiadał, że uczestniczył w przesłuchaniu ostatniego komendanta obozu, protokół napisany jest jego ręką – wspomina Jolanta Brudzińska.

Polacy przy przesłuchaniu

Z zachowanych notatek wynika, że zostały sporządzony 24 maja 1945 r. w szpitalu w Gusen, dokąd trafił postrzelony przez Amerykanów w czasie ucieczki komendant obozu Mauthausen – Gusen Franz Ziereis. Po dokonaniu tych czynności SS-man zmarł. Z zachowanej księgi pacjentów 131 szpitala amerykańskiego w Gusen, wynika że jego śmierć nastąpiła 24 maja o godz. 7. 30, a z protokołu przesłuchania wynika, że przesłuchanie zostało zakończone o godz. 6 rano.

Z analizy zachowanego protokołu wynika, że w przesłuchaniu uczestniczyli dr Antoni Gościński – główny lekarz szpitala więźniów, spisał go w języku niemieckim – Roman Kosmala, a tłumaczył Józef Kopciński (? – niewyraźny napis). Samo przesłuchanie prowadził amerykański oficer Richard R. Seibel. Z zachowanych zdjęć wynika, że przesłuchanie komendanta rzeczywiście obserwowało liczne grono osób.

Ostatnia przedśmiertna relacja komendanta obozu jest znana jako spisana z pamięci relacja jednego z więźniów Hansa Marsalka, która została przekazana do Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze, a inna znalazła się w aktach austriackiego sądu ze śledztwa, prowadzonego w 1945 r. w sprawie dr Guido Schmidta. Ta która została przekazana „Rzeczpospolitej" jest zbieżna z relacjami spisanymi przez różnych więźniów, którzy mieli okazję obserwować jego przesłuchanie. Jednak jest bardziej szczegółowa, protokół obejmuje 32 karty notatnika.

Z informacji, którą otrzymaliśmy od dr Martina Krenna z archiwum miasta Linz (Austria) wynika, że tłumaczenie przesłuchania SS-Standartenführera Franza Ziereisa, byłego dowódcy obozu koncentracyjnego Mauthausen z 24 maja 1945 r. (sygnatura AMM P / 18/2) znajduje się w tym archiwum. Z kolei protokół zapisany przez Oscara Rotha, „później przetłumaczone na angielski przez Rotha i napisane przez innego członka armii amerykańskiej” znajduje się teraz w Bibliotece Uniwersyteckiej Yale.

Na łożu śmierci

Kim był przesłuchiwany w więziennym szpitalu SS-man? Franz Ziereis od 1936 r. był członkiem SS, dowodził tą formacją w Brandenburgii, a od 1938 r. szkolił członków dywizji SS – Totenkopf. 9 lutego 1939 r. został powołany na komendanta obozu w Mauthausen. W miejscu tym więzieni byli m.in. przedstawiciele polskiej inteligencji, więźniowie byli zmuszani do pracy w pobliskich kamieniołomach, a także gazowani. Liczba ofiar szacowana jest od 70 do 120 tysięcy.

Na początku maja 1945 r. Ziereis wraz z żoną i synem (któremu pozwalał strzelać do więźniów) uciekł i ukrył się w schronisku w górach Górnej Austrii. Po kilku dniach został jednak ujęty, a w trakcie zatrzymania został postrzelony przez amerykańskich żołnierzy. 24 maja już po przesłuchaniu – jak wynika z artykułu opublikowanego w październiku 1946 r. gazecie „Commentary Magazin" (tytuł: „Śmierć zabójcy") odwiedził go syn. Po śmierci jego ciało zostało rozebrane, więźniowie okaleczyli je i namalowali na nim czerwoną farbą runy SS, swastykę, a także napis „Heil Hitler". Nagie ciało zostało powieszone na obozowym ogrodzeniu w Gusen. Wisiało przez wiele dni. Odnaleziony protokół opisuje ostatnie chwile komendanta. Wynika z niego, że został on ujęty 23 maja 1945 r. około godz. 18 w schronisku Spital am Phyrn i postrzelony przez żołnierzy w czasie ucieczki w lewe ramię i plecy, „przy czym kula przeszła przez brzuch i przebiła oponę" (pisownia oryginalna – dop. red.). W szpitalu w Gusen do którego został przewieziony wyraził chęć złożenia zeznań.

Komora gazowa jak łazienka

Na początku przyznał, że zgodnie z rozkazem Himmlera oraz na polecenie Kaltenbrunnera (szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) – dop. red.) miał wszystkich więźniów zgładzić, „a mianowicie mieli być więźniowie zaprowadzenie do sztolni, wejście do nich miały być już uprzednio zamurowane, tak że pozostać miało tylko jedno miejsce, a następnie miałem sztolnie wysadzić w powietrze". „Odmówiłem wykonania tego rozkazu, chodziło tutaj o więźniów z obozów Gusen I i Gusen II" – stwierdził Ziereis i następnie podał nazwiska SS-manów, którzy mieli coś na ten temat wiedzieć.

Dalej zaś opisywał warunki panujące w obozie. „W obozie Mauthausen wydany został na zarządzenie miejscowego lekarza SS Hauptsturmfuhrera Krebsa, zakład do gazowania więźniów imitujący łazienki, w tych rzekomych łazienkach pozbawiano życia więźniów przy pomocy gazów. Ponadto kursowało z Mauthausen do Gusen specjalne auto, w którym gazowano więźniów podczas jazdy. Samochód ten dał do dyspozycji aptekarz SS Hauptsturmfuhrer Wasicky. Ja sam nigdy nie nakładałem gazu do samochodu, a prowadziłem tylko samochód. Wiedziałem jednak, o tem, że więźniowie mają być w samochodzie zagazowani". Następnie stwierdził, że zabijanie więźniów odbywało się pod nadzorem lekarza Krebsbacha, który „w tej chwili znajduje się w Kassel". „Został on z SS wydalony, gdyż przyjęcie do SS uzyskał podstępnie. Wymieniony był wolnomularzem i grał w podwójne karty".

Jego zdaniem wszystkie egzekucje były zarządzanie albo przez RSHA, albo Himmlera, Heidricha, grupenfuhrehra Mullera lub „dr Kaltenbrunnera szefa policji bezpieczeństwa". „O ostatnich mniej więcej 800 więźniach, którzy zostali zamordowani w Gusen II siekierami i pałkami, albo utopieni nic nie wiedziałem" – odpowiedział na zadane pytanie. Ziereis stwierdził też, że nic nie wiedział o 640 więźniach, którzy zostali zagazowani w obozie Gusen I na bloku 31 przez niemieckich więźniów. Stwierdził, że nie wie gdzie znajduje się Hauptscharfuhrer Jentzsch, „który w Gusen I zamordował około 700 więźniów". Następnie opisał sposób zabijania w wykonaniu tego funkcjonariusza. „Więźniów kąpano przy 12 stopniowym mrozie w lodowato zimnej wodzie około 3 godzin, a następnie musieli stanąć pod gołym niebem na mrozie przez kilka godzin aż zginęli. O tych mordach też mi nic nie wiadomo".

Komendant nie wiedział też, gdzie znajdują się inni lekarze SS (m.in. Kiesewetter, Richter), którzy dokonywali eksperymentach na więźniach np. wycinali im część mózgu, nie znał losów Fritza Miroffa, który „zastrzelił w Peggau (podobóz – dop. red.) 15 chorych więźniów". Dalej stwierdził „mimo, że wszelkie kary cielesne (bicie) musiały być zatwierdzone przez Berlin biłem często więźniów dla przyjemności".

Opisał, że otrzymał rozkaz wypędzania więźniów do lasu, aby zbierali jagody i pędy drzew, bo nie było pożywienia, zmniejszone zostały racje chleba z 750 g dziennie na 350 g tygodniowo. „W ostatnich 12 dniach nie mieliśmy w ogóle chleba i mięsa" – przyznał.

Jego zdaniem gruppenfuhrer Richard Glucks (szef Głównego Urzędu Gospodarczo – Administracyjnego SS, któremu podlegały obozy koncentracyjne – dop. red.) wydał zarządzenie uznania słabszych więźniów za umysłowo chorych i zgładzenia za pomocą gazu. „Tam wymordowano 1,5 mln ludzi. Miejsce to nazywa się Hartheim" – stwierdził SS-man (dzisiaj wiadomo, że zgładzono tam ok. 30 tys. osób – dop. red.). Dodał, że w obozie rejestrowano „tych zagazowanych jako normalnie zmarłych", zaś „zgłoszenie śmierci" żyjących jeszcze, ale znajdujących się w transporcie więźniów „wystawiano z góry w oddziale politycznym obozu koncentracyjnego w Gusen".

Ziereis poprosił o skonfrontowanie tych swoich zeznań z Himmlerem, Glucksem i Oswaldem Pohlem (szef Głównego Urzędu Gospodarczo – Administracyjnego SS - dop. red.) – ci dwaj ostatni jego zdaniem powinni się znajdować w górach (Himmler i Glucks już nie żyli, popełnili samobójstwo – dop. red.).

Gazowanie bardziej humanitarne?

„Zakład gazowania w Mauthausen wybudowany został na zarządzenie gruppenfuhrera Glucksa gdyż ten przypuszczał, że jest bardziej ludzko i kulturalniej więźniów gazować niż rozstrzeliwać". Opisał jak Pohl wysłał mu w grudniu 1943 r. bez informowania 6 tys. kobiet i dzieci, które były nieprzerwanie w transporcie 10 dni w otwartych wagonach na węgiel, bez koców i musieli potem jeszcze przejść na nogach do Bergen Belsen i „jak przypuszczam wszystkie zamarzły". „To było powodem mego załamania nerwowego" – stwierdził komendant.

Opisał też transport 2500 więźniów z Oświęcimia do Mauthausen, który został „na rozkaz Berlina w zimie wykąpany na placu apelowym", a następnie więźniowie musieli jeszcze iść do Gusen. Ziereis twierdzi, że prosił Berlin o ubrania dla nich, ale otrzymał odpowiedź, że „można ich nawet nago wysłać do Gusen". Żalił się, że miejscowy gauleiter nie dał mu pożywienia dla nowoprzybyłych więźniów, a nawet kazał wydać miejscowej ludności 50 proc. przygotowanych w obozie na zimę kartofli.

Jego zdaniem rozkaz o rozstrzelaniu więźniów pracujących przy krematorium wydał Glucks, „gdyż pracowali już w Oświęcimiu i mogli dać informację". Dodał, że tajny rozkaz zakładał rozstrzelanie takich więźniów co 3 tygodnie. Twierdził, że odmówił wykonania takiego rozkazu, ale i tak wydał go ktoś inny. Również więźniowie, którzy pracowali w „rewirze (szpitalu – dop. red.) dłuższy czas mieli być przeniesieni do innego obozu i zamordowani". Twierdził, że sprzeciwił się wykonania tego rozkazu dr Waldemar Wolter lekarz SS. Dodał, że znajduje się on w obozie pracy w Ebensee i jest chory na tyfus plamisty (Wolter został ujęty i w 1946 r. skazany w procesie załogi Mauthausen na karę śmierci – dop. red.).

Ziereis w trakcie przesłuchania podał, jakie obozy mu podlegały (stwierdził, że w sumie ok. 45) i ilu więźniów w nich przebywało. Zwrócił uwagę na nietypowy „obóz Schlier (Redl-Zipf – dop. red.) gdzie pracowało 1000 więźniów przeważnie Żydów z zawodu grafików i titografów (powinno być typografów – dop. red.). Używano ich wyłącznie do sporządzania fałszywych banknotów zagranicznych oraz dowodów osobistych i pieczęci całego świata". Opisał też okoliczności zlikwidowania obozu w St. Lambrecht. Stało się tak, gdyż więźniowie przeszkadzali funkcjonariuszom, którzy w znajdującym się w tym miejscu dworze urządzali „rozwydrzone uczty" (orgie – dop. red.) , dlatego postanowiono ich oskarżyć o kradzież rzeczy z dworu, a także planowanie ucieczki i rozesłano do innych obozów. Tam kazano ich zlikwidować. Ziereis przyznał, że część tych ludzi została „wypędzona na druty i porwana przez doga Bachmayera Lorda. Większa część tej grupy została wysłana do Gusen na roboty karne".

Opisał też okoliczności transportów ok. 60 tys. Żydów, którzy kopali okopy i zostali na rozkaz Himmlera skierowani do Mauthausen. Tylko niewielka ich część dotarła do obozu, bo po drodze zmarli „kobiety i dzieci były bez obuwia odziane w strzępy i zawszone" - stwierdził.

„Ziereis płaczliwym głosem wskazał że został oszukany przez władze przełożone" – zanotował Aleksander Ziółek. „Nie jest uczoną głową a jedynie przez trudy i pilność wybił się. By zapobiec spółkowania więźniów między sobą otworzył dla więźniów w M. i G. (skrót nazwy obozów Mauthausen i Gusen – dop. red.) tzw. Puf (dom publiczny – dop. red.). Każdy z odwiedzających płacił 2 Rm (marki – dop. red.) z czego prostytutka otrzymywała 50 pf (fenig – dop. red.) a centrala obozów w Oranienburgu tj. Pohl 1,50 Rm".

Z relacji spisanej przez więźnia wynika, że Ziereis podawał przypuszczalne miejsca gdzie mogą ukrywać się SS – mani z komendantury obozu. Poprosił też o możliwość napisania listu do żony i podyktował jego treść, prosił w nim aby przyszła do niego z dziećmi, a także opowiedziała prawdę szczególnie o „berlińskich przełożonych". Przyznał też, że w trakcie aresztowania próbował popełnić samobójstwo „Amerykanie zachowali się bez zarzutu i udaremnili moją ucieczkę bronią".

W trakcie przesłuchania opowiedział, że w 1941 wezwani zostali wszyscy komendanci do obozu w Sachsenhausen „aby zobaczyć jak można najszybciej zlikwidować politruków i rosyjskich komisarzy i przy głośno wyjącym aparacie radiowym pojedynczo prowadzono więźniów przez ciemny korytarz do celi kaźni. Na przeciwległej stronie celi była wybita łata. Z tej dziury uskuteczniano egzekucje przez strzał z tyłu". Jego zdaniem za wynalazkiem tym stał Oberscharfuhrer Lovitz, zwłoki natychmiast były palone na 8 ruchomych krematoriach. „Produkcja dzienna wahała się od 1500 do 2000 ludzi. Według mego obliczenia proceder ten był prowadzony przez co najmniej 5 tygodni".

Opisywał też zbrodnie innych osób np. w Gross Rosen lekarz mordował zastrzykami z cyjankali w okolice serca, a dr Lonauer psychiatra zagazował co najmniej 20 tys. więźniów dwutlenkiem węgla. Jego zdaniem wstrzymanie takiej formy zabijania nakazał Adolf Hitler, jako przyczynę podano jakoby niedbałość w powiadamianiu krewnych „bowiem często przesyłano im 2 lub 3 urny zamiast jednej". Dlatego zamordowanym miano znaczyć twarze specjalnym atramentem. Przyznał, że z satysfakcją przyglądał się więźniom którzy musieli stać na placu apelowym w mrozie, aż zamarzli.

Ziereis opisał wizytę w obozie 31 maja 1943 Himmlera, który zarządził, aby więźniowie nosili granitowe kamienie o wadzie 50 kg wysokimi kamiennymi schodami. „Przy tym zeskakiwali prawie wszyscy więźniowie dobrowolnie z 50 metrowej skały w przepaść i rozbijali się". Wyznał też, że w obozie w Mauthausen przebywał syn admirała Horthego (regenta Królestwa Węgier – dop. red.) pod fałszywym nazwiskiem Maus, miał on być zamordowany, ale Ziereis sprzeciwił się temu i wysłał do obozu w Dachau.

W trakcie przesłuchania podał, że w podległych mu obozach została zamordowanych około 65 tys. więźniów.

Zachowana relacja jest unikalna bo prawdopodobnie jest jedyną w języku polskim przygotowana ręką byłego więźnia obozu. Potwierdza obecność w trakcie przesłuchania polskich więźniów – niektóre źródła o nich wspominają, ale nie są podawane nazwiska.

Jest też ważne z tego powodu, że stanowią kolejny dowód wskazujący na to, że do przesłuchania SS-mana doszło. W prasie austriackiej związanej ze środowiskami skrajnymi co i rusz pojawiają się rewizjonistyczne artykuły jakoby Amerykanie komendanta jedynie zastrzelili, przywieźli do Gusen oraz powiesili, i do niczego on się nie przyznał.

Świadectwo to jest ważne też dlatego, że dzisiaj praktycznie nie zachowały się ślady po obozie w Gusen, jego teren został sprywatyzowany, a wiele śladów zatartych. Polska od kilku lat stara się o godne upamiętnienie tego miejsca.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA