fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Uratował ich Anders

Centralne Archiwum Wojskowe/domena publiczna
Wikimedia
Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie „Wielbłąd na stepie" Jerzego Krzysztonia i jego – wydana już po tragicznej śmierci autora – kontynuacja, „Krzyż południa". Historia polskiego chłopca rzuconego w środek stepów Azji Środkowej, a potem wędrującego za równik w poszukiwaniu wojennej przystani.

Materiał powstał we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej

Akcja działa się w początku lat 40.; gdzieś w Europie historia rozjeżdżała żelaznymi gąsienicami narody, a dziesięcioletni chłopiec – alter ego pisarza – łapczywie chłonął klimat Orientu. To nie były książki o polityce, dlatego trudno było z nich wyczytać tragiczny kontekst wygnania.

Dodatek Specjalny „Rzeczpospolitej”

Przyznam – jako nastolatek miałem problem ze zrozumieniem, jakimi ścieżkami bohaterowie Krzysztonia trafili do Azji i kto im zafundował tę niezwykłą przygodę. Sprawa miała się wyjaśnić kilka lat później, gdy na fali solidarnościowego karnawału mogłem dowiedzieć się więcej o sowieckich wywózkach, których ofiarą padły miliony Polaków. W jaśniejszym świetle pojawiło się również nazwisko człowieka, który przeciwstawił się bezwzględności historii i uratował więcej niż garstkę ofiar stalinizmu; między uratowanymi był i autor obu tomów wspomnień – Jerzy Krzysztoń.

Generał Władysław Anders, bo o nim mowa, w książce Krzysztonia się nie pojawia, a jednak wciąż jest obecny, bo losy chłopca, jego rodziny, kolegów, całej rzeszy rozbitków polskiego Września zależą od jego determinacji i odwagi. Dziś myślę sobie, że gdyby po Andersie zostały tylko dwie powieści Krzysztonia, byłby to dostateczny pomnik, ale generał miał to szczęście, że tytułów do stanięcia na cokole ma dużo więcej.

Kilka lat po lekturze wspomnień Jerzego Krzysztonia, w zupełnie innych realiach zacząłem swoją przygodę z kręgiem paryskiej „Kultury". Najpierw byli Czapski, Gombrowicz, Hertz, potem coraz bardziej intensywnie Jeleński i dla mnie najważniejszy Gustaw Herling-Grudziński. Nie trzeba było wielu lektur, by zrozumieć, że autor „Skrzydeł ołtarza" był nikim innym, tylko starszym kolegą Krzysztonia, a wiek znaczył w tym czasie również inny bagaż doświadczeń, z sowieckimi łagrami na czele. Czytałem Herlinga z pasją i wytrwale, do dziś uznaję go za jednego z moich najważniejszych patronów. Jego wielka, dziś – mam wrażenie – nieco zapomniana, literatura była dla mojego pokolenia ważnym punktem odniesienia. Herling wyprzedzał Sołżenicyna, kontynuował Gombrowicza, a jego „Dziennik pisany nocą" był wielką lekcją europejskiej literatury. Wyróżniam Herlinga-Grudzińskiego, ale przecież – trudno się z tym nie zgodzić – samotnik z Neapolu był tylko jednym z trybów wielkiego przedsięwzięcia kulturalnego, jakim było dzieło Jerzego Giedroycia. Redaktor z Maisons-Laffitte stworzył najważniejszą placówkę polskiej emigracji niepodległościowej. Paryska „Kultura" nie ma sobie równych także w świecie innych dwudziestowiecznych emigracji. Polska bez Giedroycia i jego zespołu byłaby niepomiernie uboższa.

Czy „Kultura" mogłaby się wydarzyć bez Andersa? Nie tylko logika podpowiada, że nie. Zgniliby jej autorzy w sowieckich łagrach. Przepadli na frontach Maghrebu, zagubiliby się w stepie, jak młody Jerzy Krzysztoń. Przeżyli, bo generałowi Andersowi nie zabrakło odwagi, by się przeciwstawić Stalinowi. Trzeba o tym pamiętać.

Artykuł pochodzi z dodatku specjalnego „Rzeczpospolitej” pt.: „Generał Anders”. Partnerem dodatku jest IPN

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA