fbTrack
REKLAMA

Historia

Największe samobójstwo w historii świata

18 listopada 1978 r. prawie tysiąc wyznawców Świątyni Ludu popełniło samobójstwo na rozkaz Jima Jonesa
The Washington Post/Getty Images
Jim Jones stworzył komunę wyznawców. Uzależnił ich od siebie i narkotyków. Zagarnął majątek, po czym nakazał popełnić samobójstwo, uśmiercając w pierwszej kolejności wszystkie dzieci.

W związku z rocznicą tragedii w Jonestown przypominamy tekst, jaki ukazał się w "Rzeczpospolitej" w sierpniu 2016 roku.

Prawie wszystkie ciała były widoczne z helikoptera. 909 ofiar, z czego ponad jedną trzecią stanowiły dzieci, leżało na trawie wokół głównego budynku osady Jonestown w północnej Gujanie. Było to największe zbiorowe samobójstwo w historii świata, choć w przypadku dzieci trudno mówić o wolnej woli i świadomej decyzji. Śmierć blisko tysiąca amerykańskich cywilów 18 listopada 1978 r. była najtragiczniejszą znaną katastrofą (do ataku na WTC). Zbiorową samozagładę przygotowywano w sekcie od wielu lat. Jednak o dacie nie zdecydowały apokaliptyczne proroctwa, lecz 24 godziny poprzedzające tragedię. W tym krótkim czasie splot wydarzeń doprowadził guru sekty Jima Jonesa do decyzji o popełnieniu „rewolucyjnego samobójstwa".

Na lotnisku w Port Kaituma, oddalonym o kilka kilometrów od Jonestown, wylądował samolot z kongresmenem Leo Ryanem, dziennikarzami i rodzinami członków sekty. Ich celem było sprawdzenie niepokojących pogłosek krążących o odizolowanej od świata osadzie Świątyni Ludu. Polityk z kalifornijskiego San Mateo był znanym przeciwnikiem sekciarstwa, a pozostałe osoby należały do grupy o nazwie Zatroskani Krewni. Składała się ona z rodzin oraz byłych członków sekty. W osadzie goście zostali przyjęci niezwykle entuzjastycznie. Wielebny Jones zorganizował przyjęcie. Tak witał wszystkich odwiedzających. Członkowie sekty mieli udowadniać, jak wspaniale żyje im się w Jonestown. Śpiewy, tańce, przedstawienia i radosna zabawa. W pewnym momencie ktoś wsunął w dłoń reportera Dona Harrisa kartkę z dramatyczną prośbą: „Pomóż mi wydostać się z Jonestown".

Następnego dnia kongresmen zapytał, kto jeszcze chce opuścić to miejsce. Ku rozpaczy Zatroskanych Krewnych zgłosiło się jedynie 15 osób, a Leo Ryan został zaatakowany i niegroźnie zraniony przez jednego z członków sekty. Guru przyglądał się tej scenie ze spokojem. Ryan postanowił więc natychmiast udać się na lotnisko. Czekały tam na wszystkich dwa samoloty. Piętnaście minut przed odlotem na lotnisku pojawili się mężczyźni uzbrojeni w pistolety maszynowe. Wśród uciekinierów z sekty ujawnił się też sabotażysta. Dzięki zamieszaniu niektórym członkom ekipy udało się zbiec, jednak Leo Ryan i troje dziennikarzy zostali zastrzeleni. Czwartą ofiarą zajścia na lotnisku była dziewczynka, która niefortunnie znalazła się na linii strzału.

W tym czasie w osadzie Jim Jones zwołał spotkanie wspólnoty. W trakcie przemówienia zakomunikował zgromadzeniu, że nadszedł czas końca Świątyni Ludu. 45 minut kazania i początek samobójczego aktu zostały nagrane na taśmie magnetofonowej, stąd możemy teraz prześledzić ostatnie chwile życia członków wspólnoty. Na dramatycznym nagraniu uwieczniony został płacz dzieci i nieśmiałe protesty niektórych uczestników spotkania, gaszone natychmiast przez współwyznawców. Członkowie sekty potulnie ustawiali się w kolejkach po napój owocowy z cyjankiem potasu. Osadę otaczał kordon uzbrojonych wiernych. Najpierw otrute zostały wszystkie dzieci. To złamało wolę życia ich rodziców. Następnie truciznę przyjęli prawie wszyscy dorośli. Niewielka część ofiar została zastrzelona w niewiadomych okolicznościach. Garstce osób udało się zbiec. Guru został znaleziony martwy z dziurą od kuli w głowie. Nie ustalono jednak, czy zastrzelił się sam, czy ktoś mu pomógł zejść z tego świata. Sejf sekty był wyczyszczony. Nikt nie wie, jakie były ostatnie chwile człowieka, który doprowadził do śmierci prawie tysiąca osób.

Tragedię w Jonestown przeżyło 87 osób: ci, którzy uniknęli śmierci na lotnisku, paru uciekinierów oraz kilkadziesiąt osób przebywających właśnie w Georgetown. Około 50 z nich żyje do dzisiaj.

Wielebny paranoik

James Warren „Jim" Jones nie zgłębiał psychologii wywierania wpływu. Zaczytywał się w pracach Marksa, Lenina, Hitlera, Mao i Gandhiego. Fascynowały go przemówienia osób, które potrafiły wpłynąć na miliony. Jonesa fascynował też „Rok 1984" Orwella. Nie była to jednak niewinna obsesja. Guru zrealizował orwellowską wizję społeczeństwa w swoim kościele. Niedługo przed makabrycznym finałem w Jonestown ułożył nawet tekst piosenki zwiastującej nadejście apokaliptycznego „roku 1984". Każdy mieszkaniec osady musiał ją znać na pamięć.

Skąd w Jimie wzięły się takie potrzeby? Dziś wiadomo, że takie skłonności są zwykle wrodzonym zaburzeniem osobowości. Urodził się w 1931 r. koło Indianapolis. Był synem weterana wojennego, skłonnego do przemocy pijaka, rasisty i członka Ku Klux Klanu. Jego życie ocierało się o nędzę. Jednak nie to czyni z człowieka przywódcę sekty. James od dziecka był dziwakiem. Choć uczył się dobrze, to nie zdobył wykształcenia. Był samotnikiem ogarniętym obsesyjnymi myślami o Bogu, śmierci i apokalipsie.

Pod koniec 1955 r., mając zaledwie 24 lata, założył własny kościół – Świątynię Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Wyznawcami byli zarówno biali, jak i Afroamerykanie. W 1964 r. uciekł ze swoim zgromadzeniem do Kalifornii. Dziesięć lat później sekta przeniosła się do Gujany, gdzie na tanio zakupionych terenach w dżungli powstała niedostępna dla świata osada Jonestown.

Jones był związany z metodystami, ale jego silna wrażliwość na wszechobecny rasizm spowodowała, że jeszcze chętniej szukał własnej ścieżki. Już w latach 50. kazania Jima miały mocne zabarwienie polityczne. Nienawidził kapitalizmu i mediów. Te poglądy nie tylko przysparzały mu kłopotów, ale również stworzyły wizję idealnego miejsca, gdzie wszyscy będą jedną wielką komuną. W Kalifornii kościół Jonesa przeżył rozkwit. W szczytowym momencie miał ok. 30 tys. wyznawców i dwa oddziały: w Los Angeles i San Francisco. Świątynia Ludu miała status kościoła, dlatego zarówno fiskus, jak i władze miały bardzo ograniczone możliwości kontroli rozrastającej się sekty. Jones w tych tłustych latach rozwijał się oratorsko i ulepszał swój show. Pokazy „Cudowne uzdrowienia" i „Czytanie w myślach" stały się nieodłącznym punktem niemal każdego kazania, zwłaszcza w nowych miejscach. Spotkania przyciągały tysiące ludzi wszystkich ras, bezdomnych, mieszkańców ubogich dzielnic i biznesmenów poszukujących odmiany życia. Setki porzucało dotychczasowe zajęcia i przenosiło się do gospodarstwa w Ukiah w Kalifornii. Tam ciężko pracowali na rzecz wspólnoty, pozbywając się wcześniej swoich majątków.

Początkowo Jones wydawał się aniołem. Z funduszy przekazanych przez nawróconych budował domy starości, sierocińce i socjalne stołówki. Organizował darmowe badania lekarskie. Założył fundusz wspierający rodziny poległych na służbie policjantów. Nienawidząc mediów, jednocześnie je korumpował. Mając tak wielu wyznawców, mógł wpływać na wyniki wyborów. Liczono się z nim w każdym środowisku. W 1975 r. wspierany przez Jonesa George Moscone został burmistrzem San Francisco. Główny prawnik Świątyni, Tim Stoen, został jednym z najważniejszych prokuratorów w okręgu, a sam Jones otrzymał stanowisko szefa Urzędu Gospodarki Mieszkaniowej.

Połowa lat 70. przyniosła zmiany. Zbrodnie Charlesa Mansona zwróciły uwagę na problem sekt. Jednocześnie zaczęły pojawiać się pogłoski, że w kościele Jonesa nie jest wcale tak kolorowo. Do prasy przeciekały niepokojące opowieści byłych członków wspólnoty. Opętany wizją końca świata wielebny miał siłą pozbawiać wiernych majątku, stosować przemoc fizyczną i psychiczną. Pojawiały się doniesienia o wykorzystywaniu seksualnym i niewolniczej pracy. Dopóki pisały o tym niszowe gazety, nie zagrażało to specjalnie kultowi Jonesa, ale gdy te rewelacje podał „New West" Ruperta Murdocha, zgromadzeniu zaczęli się przyglądać urzędnicy podatkowi i władze. W 1977 r. obłęd Jonesa zaczął narastać: wielebny przyjmował ogromne ilości środków uspokajających, a także narkotyki. Obsesje na punkcie śledzących go wrogich sił (FBI, CIA i innych) powodowały, że stał się jeszcze bardziej chorobliwie podejrzliwy. Z kazań całkowicie zniknął Bóg – zastąpiły go wizje stworzenia wspaniałego, orwellowskiego społeczeństwa.

Gdy „New West" zaatakował po raz pierwszy, Jones z tysiącem wyznawców był już w Ameryce Południowej, w ubogiej socjalistycznej Gujanie. Trzy lata wcześniej kupił od rządu w Georgetown 1200 ha ziemi tuż przy granicy z Wenezuelą i zaczął budować tam swoją idealną wizję świata – Jonestown. Napięte stosunki Gujany z sąsiadami spowodowały, że obecność tysiąca obywateli amerykańskich blisko granicy z Wenezuelą w pewien sposób gwarantowała krajowi bezpieczeństwo. Do tego Jones, wykorzystując swoje kochanki, korumpował lokalne władze. Dzięki temu mógł sprowadzać do Jonestown broń i inne nielegalne towary. Mógłby stworzyć swój własny makabryczny raj, gdyby nie to, że rodziny członków sekty oraz byli wyznawcy postanowili coraz głośniej bić na alarm. Nieświadomie popchnęli szaleńca do ostatecznego rozwiązania. Ten uznał, że jedynym sposobem na ucieczkę przed atakiem z zewnątrz jest akt „rewolucyjnego samobójstwa".

Ludzie ciągnęli do magnetycznego szaleńca, wierząc, że da im wyzwolenie od konsumpcjonizmu, podziałów społecznych i współczesnego świata, w którym czuli się zagubieni. Jak to się stało, że godzili się na terror psychiczny, straż z karabinami, powszechne kary cielesne i psychiczne, morderczą pracę, niedożywienie oraz izolację od rodzin? Sekta działa jak czarna dziura, która najpierw niezauważalnie, a później z niepokonaną siłą wysysa racjonalizm, człowieczeństwo i wolną wolę. Jones był samoukiem, niezwykle utalentowanym manipulatorem, który wciągał w swój szalony świat krok po kroku. Docierał do granic emocjonalnych ofiary i je pokonywał. Przyzwyczajał wyznawców do wszystkiego, co zamierzał robić. Latami przeprowadzał próby generalne masowego samobójstwa i wmawiał, że na zewnątrz ich społeczności istnieje wielkie zagrożenie. Zadziałało.

Psychologiczny mechanizm konsekwencji, wykorzystywany też przez uzdolnionych sprzedawców, wyzwalał w ludziach coraz większe ustępstwa. Człowiek ma potrzebę racjonalnego wytłumaczenia własnych nieracjonalnych zachowań, dlatego niezwykle trudno jest przerwać toksyczny wpływ psychopaty. Jak bowiem uzasadnić przekazanie połowy majątku na rzecz sekty i nie ocenić siebie jako głupca? Trzeba znaleźć uzasadnienie i brnąć dalej. W myśl starego powiedzenia: „Jeśli wrzucisz żabę do wrzątku – wyskoczy. Jeśli będziesz ją powoli podgrzewać – ugotujesz ją", ludzie uwierzyli, że żyją w jedyny właściwy sposób i nie ma dla nich innego świata. Tej największej wartości należało bronić aż po śmierć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA