fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Romuald Lazarowicz: Tylko my zapowiadaliśmy rozpad ZSRS

SW nie wdawała się w kunktatorskie gry – mówi Romuald Lazarowicz (na zdjęciu z czasów działalności opozycyjnej i współcześnie).
archiwum prywatne
Solidarność Walcząca miała głęboko zakonspirowany oddział wojskowy i zmagazynowaną broń - mówi Romuald Lazarowicz, szef podziemnego radia, wydawca drugoobiegowej prasy.

Rzeczpospolita: Pana dziadek ppłk Adam Lazarowicz „Klamra" to wyjątkowa postać. Żołnierz Armii Krajowej uczestniczący w rozpracowaniu latających pocisków V1 i V2, zastępca inspektora AK Rzeszów, którego Sowieci chcieli odznaczyć Orderem Czerwonej Gwiazdy za pomoc w ofensywie 1944 r. Potem ścigany przez NKWD i UB. Jeden z liderów zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Wreszcie aresztowany i zamordowany przez komunistów na Mokotowie i pochowany w bezimiennym grobie na warszawskiej Łączce. Pana rodzina przez lata miała nadzieję – napisał pan we wspomnieniach – że może jednak gdzieś żyje w łagrze, nie został zamordowany.

Romuald Lazarowicz: To raczej my, najmłodsi, słuchając wspomnień ludzi opowiadających w naszym domu o piekle, które przeżyli w łagrach, wpadliśmy na pomysł, że może właśnie tak się stało i z dziadkiem. Że komuniści powiedzieli o wykonaniu wyroku śmierci, a faktycznie przekazali dziadka Sowietom. Odegrała tu rolę świadomość – u dzieci przecież! – że komuniści kłamią i że służą Sowietom. I właśnie to ufundowało nam mrzonkę, marzenie o wciąż jeszcze żyjącym dziadku. W tym jednak wypadku komuniści, niestety, nie kłamali.

Późniejsze pana wybory były zdeterminowane jego oraz taty Zbigniewa – też przecież żołnierza AK – postawami życiowymi?

Tak, to dziadek i ojciec w dużym stopniu przesądzili o mojej drodze życiowej. Armia Krajowa była w naszym domu stale obecna – w rozmowach rodzinnych i towarzyskich, w zapoznawaniu nas, młodych z miejscami, w których obaj walczyli. Znaczenie miała również troska o groby kolegów ojca, zamordowanych przez komunistów i pochowanych na wrocławskich Osobowicach. Ciszej mówiło się w domu o WiN – bo to wciąż był groźny temat. Gdy walkę w Armii Krajowej czerwoni z czasem łaskawie potrafili wybaczyć, to WiN pozostawał dla nich uosobieniem zła.

Dojrzewając, szukałem kontaktów z formującą się w latach 70. opozycją. Weszliśmy z żoną Heleną w skład redakcji „Biuletynu Dolnośląskiego", którą kierował Kornel Morawiecki. To było najważniejsze nielegalne pismo na Dolnym Śląsku. Mocno angażowaliśmy się we wspomaganie strajków sierpniowych i później Solidarności. Gdy zaczął się stan wojenny, okazało się, że znajdujemy się na linii frontu. Mimo wszystko nieoczekiwanie dla siebie zostałem redaktorem naczelnym pierwszego w Polsce podziemnego pisma w stanie wojennym – „Z Dnia na Dzień". A potem była Solidarność Walcząca...

Dlaczego pana wybór padł akurat na nią?

W tę stronę sterowaliśmy od początku stanu wojennego. Gdy jeszcze działaliśmy w ramach Regionalnego Komitetu Strajkowego, coraz bardziej złościła nas kunktatorska polityka podziemnych władz Solidarności. Nas – tu mówię o środowisku, już nie tylko o sobie – rozsadzała energia, tymczasem byliśmy niejako hamowani, ograniczani. 1 maja 1982 r. we Wrocławiu mogła być olbrzymia demonstracja – nie było żadnej, bo podziemne władze zdecydowały, że trzeba wykonać gest dobrej woli wobec Jaruzelskiego. Kompletna żenada! Tych czynników wyprowadzających nas na niezależność było rzecz jasna więcej, m.in. przekonanie podziemnych władz o konieczności niedrażnienia czerwonych, unikanie mówienia o niepodległości, o Sowietach, ustroju...

Solidarność Walcząca, którą tworzyliśmy, nie wdawała się w kunktatorskie gry, w dzielenie włosa na czworo. Opowiadała się za niepodległością Polski, za odrzuceniem komunistycznej władzy i sowieckiej dominacji. Ba, myśmy jako jedyni zapowiadali rozpad Związku Sowieckiego, powstanie niepodległych państw w Europie Wschodniej i zjednoczenie Niemiec. Myśmy dosłownie rozmontowywali sowiecki blok. Za to do tej pory wielu jest gotowych określać nas mianem oszołomów. Jakoś tak się przyzwyczaili.

Tradycja akowska wyniesiona z domu i wartości kultywowane przez Solidarność Walczącą były sobie bliskie?

Ba, one idealnie do siebie pasowały. Tę bliskość widzieli również współpracujący z nami akowcy, jak mój ojciec, który nawet w naszym podziemiu używał tego samego pseudonimu, co w Armii Krajowej, jak Zdzisław Ojrzyński, płk Zofia Krzysztoń, płk Jan Sokołowski, cichociemny Tadeusz Cieszewski (też z tym samym pseudonimem) i wielu innych. Z Zachodu wspierał nas np. inny cichociemny Marian Gołębiewski. Gdy potrzebne były mieszkania – albo dla ukrywających się, albo do działalności – najłatwiej było je znaleźć w środowisku akowców. Sam kilkakrotnie korzystałem z takiej gościny.

Dlaczego Solidarność Walcząca nawiązywała do tradycji Armii Krajowej, a także Zrzeszenia WiN?

Przede wszystkim te same były cele: wolna, niepodległa Polska. Solidarność – tak, oczywiście, była nam bliska jako ważna idea, ale nie chodziło nam jedynie o swobody związkowe, a ostatnimi, którzy jawnie odwoływali się do wolnej Polski jako ideału i walczyli o nią byli właśnie akowcy i winowcy. Nie żadne kluby poszukiwania sprzeczności, nie rewizjoniści, nawet nie ROPCiO czy KOR. Sięgnąć mogliśmy jedynie do AK i WiN. Tym bardziej że wtedy to nie była bardzo odległa przeszłość. To właściwie był ten sam dystans, co od dzisiejszych czasów do strajków 1980 r.!

Jakie znaczenie miała symbolika organizacji? Mam przed sobą znak Solidarności Walczącej, który układa się w kotwicę, symbol wierności tradycji Polski Walczącej. Dlaczego on został wybrany przez organizację?

Symbolika była ważna. Pamiętam rozmowy z Kornelem Morawieckim (notabene też synem akowca), kiedy decydowaliśmy właśnie o tych sprawach. Kotwica z jednej strony miała sygnalizować nadzieję, z drugiej była rzeczywiście jednoznacznym i czytelnym znakiem oporu i nawiązania do tradycji Polski Walczącej. W pewien sposób znak ten jednocześnie ustawiał przeciwnika – po tej samej stronie co okupantów. Nie chcieliśmy przy tym, uznając to za nadużycie, firmować się wprost tym samym znakiem PW. Zbyt wielki mieliśmy szacunek dla walki i cierpień tamtych pokoleń. No i pewne poczucie realizmu – cele były te same, ale przeciwnik już nie tak krwawy, nie tak skłonny do masowych zbrodni, a my – mimo zapału i chęci – jednak cywilbanda.

Ale podobieństwa nie ograniczały się do symboli. Stosowaliśmy te same sposoby działania, metody, słownictwo... Jeszcze jedno ważne stwierdzenie: myśmy nie byli zainteresowani władzą dla siebie (tak samo właśnie jak AK czy WiN). Chcieliśmy obalić władzę komunistów, ale nie po to, żeby tę władzę przejąć. To trochę może naiwny idealizm, ale dość dobrze świadczący o etosie Solidarności Walczącej.

Armia Krajowa była podziemną armią masową, a Solidarność Walcząca budowana była zupełnie inaczej. To była organizacja hermetyczna, odporna na infiltrację ze strony bezpieki. Bardziej nawiązywała do mniejszych, elitarnych organizacji wojskowych prowadzących działania specjalne, skupiających np. cichociemnych.

AK była masowa, ale przecież nie zawsze łatwo było zostać jej żołnierzem. Była przysięga (u nas też, ale niezaprzysiężeni mieli nie mniejsze prawa i obowiązki), różne stopnie wtajemniczenia itd. Analogia oczywiście nie była pełna, a różnic więcej. Nie było u nas, na przykład, rozkazów, chociaż członkowie poszczególnych grup starali się tak traktować polecenia uznanych przełożonych. Wynikało to jednak z poczucia obowiązku i przekonania o wspólnocie celów.

Działaliśmy przy tym w warunkach jednak znacznie mniejszego niż w latach wojny i zaraz po niej terroru państwowego. Represje były mniejsze i nie tak bezwzględne, dostosowywaliśmy więc metody do warunków. Tamci nie strzelali (na ogół) do nas, więc my nie strzelaliśmy do nich. Mało kto wie, że jednak na wypadek nagłego pogorszenia warunków, zaostrzenia represji (albo pojawienia się możliwości zdobycia niepodległości siłą) mieliśmy w Trójmieście głęboko zakonspirowany wyszkolony oddział wojskowy i zmagazynowaną broń własnej produkcji. Na szczęście nie było okazji do ich wykorzystania.

Przeglądam znaczki wydane przez SW, a na nich jest nawiązanie do mitu marszałka Józefa Piłsudskiego, do spuścizny II Rzeczypospolitej, tradycji powstania styczniowego, przypomnienie zbrodni sowieckich, ale także pamięć o powstaniu żydowskim w getcie warszawskim.

Pamięć o zabitym narodzie żydowskim, o dokonanej na nim zbrodni była ważnym elementem etosu Solidarności Walczącej. Z szacunkiem traktowaliśmy beznadziejną walkę getta – jedynie o godną śmierć i honor. Antysemityzmu w SW nie było.

Solidarność Walcząca, jak chyba większości organizacji demokratycznej opozycji, podkreślała łączność z Kościołem katolickim i Janem Pawłem II. Papież integrował, wyznaczał drogę?

Chrześcijaństwa nie traktowaliśmy instrumentalnie, jak pewni znani działacze podziemni, którzy niedługo po opuszczeniu bezpiecznego schronienia w klasztorach czy plebaniach odkrywali straszne krzywdy czynione Polakom przez Kościół. Chrześcijaństwo widzieliśmy jako jeden z najważniejszych elementów naszej tożsamości i kultury. Docenialiśmy też wielką rolę Jana Pawła II w przywracaniu nam wolności, również w sensie suwerenności duchowej. Paradoksem było to, że przynajmniej na początku niektórzy hierarchowie traktowali nas nieufnie. W naszych szeregach byli jednak również księża, a jeszcze więcej z nami współpracowało.

Co do dzisiaj zostało z Solidarności Walczącej? O jakich fundamentalnych wartościach niesionych przez tę organizację nie powinniśmy zapominać?

Solidarność Walcząca była pewnym ideałem społecznym. Gromadziła i znakomitych naukowców, wyrafinowanych intelektualistów, i robotników, hipisów i działaczy duszpasterstw... Połączyła we wspólnym działaniu ludzi wszystkich pokoleń. Na całe życie ukształtowała też wielu młodych ludzi, dała im trwałe wartości, pewną opokę.

Z dumą mogę stwierdzić, że cechą wyróżniającą działania SW był spory ładunek intelektualny. Działaliśmy skuteczniej i mądrzej od innych, lepiej chroniliśmy własnych ludzi.

Na pewno wartością jest przekonanie większości z nas, że w trudnych czasach zachowaliśmy się właściwie, że wnieśliśmy wkład w dzieło przywrócenia Polsce (i nie tylko) wolności. Kornel Morawiecki na pewno zwróciłby uwagę na wartość i trwałość idei solidaryzmu. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo wolność Polska odzyskała, z solidarnością społeczną ma jednak ciągle problemy, a głównym hasłem SW było przecież: Wolni i solidarni.

Romuald Lazarowicz

Ur. 11 sierpnia 1953 r. we Wrocławiu. Działacz opozycji demokratycznej, wnuk ppłk. Adama Lazarowicza ps. „Klamra" zamordowanego 1 marca 1951 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Od 1978 r. współpracował ze Studenckim Komitetem Solidarności, następnie kolporter i redaktor „Biuletynu Dolnośląskiego". Po powstaniu Solidarności współpracownik wrocławskich struktur związkowych. Po wprowadzeniu stanu wojennego współorganizator struktury wydawniczo-kolportażowej RKS, od 13 grudnia do maja 1982 r. redaktor naczelny pisma „Z Dnia na Dzień", następnie współzałożyciel Solidarności Walczącej, redaktor „Biuletynu Dolnośląskiego", pierwszy szef radia Solidarność Walcząca. Od 2004 r. członek Zarządu Stowarzyszenia Dolnośląska Inicjatywa Historyczna.  —sl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA