fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Rocznice, które mają dzielić

Forum, Adam Chełstowski
Nic nie wskazuje na to, by zbliżający się wysyp rocznic stał się okazją do narodowego zjednoczenia. Wręcz przeciwnie – on jeszcze pogłębi konflikty. Rocznic nie obchodzi się bowiem w dzisiejszej Polsce po to, by łączyć, ale by dzielić.

Rozpoczyna się właśnie arcypolski festiwal wielkich rocznic. Począwszy od 4 czerwca, wspominać będziemy trzy dekady, które minęły od pierwszych częściowo wolnych wyborów. Tych, które otworzyły drogę do przemian demokratycznych w Polsce i utworzenia pierwszego w krajach znajdujących się w orbicie wpływów Związku Sowieckiego niekomunistycznego rządu. Później będą kolejne ważne daty – okrągłe rocznice wybuchu powstania warszawskiego, II wojny światowej, powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego, a pod koniec roku – uchwalenia zmian w konstytucji, przywrócenia orłu korony, zmiany nazwy państwa polskiego, wreszcie przyjęcia ustaw wprowadzających reformy gospodarcze zwane planem Balcerowicza.

Czytaj także:

Chcemy tego czy nie wszyscy jesteśmy dziećmi 4 czerwca 1989 roku. Bo taka była logika historii - pisze redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" Bogusław Chrabota.



Wchodzimy w ten okres podzieleni jak chyba jeszcze nigdy w historii. Wybory europejskie pokazały podział na dwie Polski, a mur między nimi nigdy nie był tak wysoki. Po raz pierwszy po 1989 r. na dwie główne partie oddano niemal 85 proc. głosów, czyli aż 10 pkt proc. więcej niż w najbardziej chyba dotąd spolaryzowanych wyborach z 2007 roku. Dwa główne komitety podzieliły między siebie aż 95 proc. mandatów w Parlamencie Europejskim, a 49 spośród 52 polskich europosłów należy do jednego z dwóch obozów – PiS lub anty-PiS.

W dużej mierze podział polityczny w Polsce jest zakorzeniony w sporze historycznym. Jeśli uznamy, że najważniejszym czynnikiem, który wpłynął na rekordowy wynik PiS, była polityka socjalna prowadzona po 2015 roku, oznaczać to będzie, że ostatnie wybory były sądem nad polską transformacją. Nie chodziło o wybranie modelu rozwoju na przyszłość, lecz ocenę tego, co działo się przez ostatnie lata. Jeśli uznamy, że ważny był aspekt godnościowy, przekonanie konserwatywnych mas o tym, że ich wartości, ich podmiotowość są zagrożone przez liberalne elity, oznacza to z kolei sąd nad źródłami naszej tożsamości.

Dlatego też nic nie wskazuje na to, by wysyp rocznic stał się okazją do narodowego zjednoczenia czy pojednania. Wręcz przeciwnie – on jeszcze pogłębi konflikty. Rocznic nie obchodzi się bowiem w dzisiejszej Polsce po to, by łączyć, ale by dzielić. Celem ich świętowania jest poszukiwanie racji dla własnego środowiska politycznego, nie zaś budowanie wspólnoty narodowej. Takie podejście jest nieuchronną konsekwencją głębokiej polaryzacji, a równocześnie jeszcze ją zwiększa.

Serpentyna czasu

Obchodzenie rocznic dzieli, bo jest jednym z najważniejszych polskich obrzędów. Celebrujemy historyczne wydarzenia przeciwko sobie, bo w Polsce historia odgrywa zupełnie fundamentalną rolę. To dlatego, że czas w polskiej polityce płynie zupełnie inaczej. Kiedyś korespondent zagranicznej gazety spytał mnie po roku pobytu w naszym kraju: – Jak to się dzieje, że nie ma tygodnia, by coś nie było wspominane, upamiętniane? Czy Polacy są tak skoncentrowani na przeszłości, że zasłania im ona przyszłość?

To trafne spostrzeżenie, ale problem jest znacznie głębszy. To oczywiste, że obchodzenie rocznic pozwala snuć nić łączącą przeszłość z teraźniejszością. Przecież nasza zbiorowa tożsamość składa się z pamięci o przeszłych wydarzeniach. Pamięć pełni tu więc rolę strażnika tożsamości.

Ale w polskim przypadku chodzi o coś więcej. Celebrowanie rocznic ma zatrzeć różnicę między przeszłością a teraźniejszością, sprawić, że ta pierwsza stanie się tą drugą. Czas w polskiej świadomości nie biegnie linearnie. Nad Wisłą znacznie lepiej sprawdza się koncepcja czasu kolistego, jako nietzscheańskiego wiecznego powrotu, czas przypomina bardziej serpentynę niż linię prostą – podobnie jak starożytni Egipcjanie niemiecki filozof wierzył, że te same wydarzenia powtarzają się w nieskończoność.

Polskie myślenie o czasie podobne jest do roku liturgicznego w religii, cyklu przypominającego najważniejsze prawdy wiary. Trzy miesiące po Zwiastowaniu wspominamy urodziny świętego Jana Chrzciciela – akurat podczas letniego przesilenia. Pół roku później, gdy dzień jest najkrótszy, wspominamy Boże Narodzenie, potem są karnawał, post, Męka, Śmierć i Zmartwychwstanie, Wniebowstąpienie, a na koniec zesłanie Ducha Świętego. Podczas liturgii Wielkiego Czwartku, gdy prowadzący liturgię kapłan czyta wersy mszału, wypowiada słowa: „On to w noc przed męką, czyli dzisiaj...". Religijne obrzędy, droga krzyżowa, zmartwychwstanie nie są tylko wspomnieniem wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. W sakramentach uobecniają się tu i teraz.

Ale wszystko krąży nie tylko w obrębie jednego roku, stąd zaczerpnięty z tradycji judaistycznej zwyczaj roku jubileuszowego, gdy Żydzi darowywali długi i wybaczali sobie winy. Historia powtarzała się nie tylko co roku, ale też w szerszych cyklach, po 49 latach następował rok jubileuszowy, który sprawiał, że historia dopełniała jeszcze jedno koło.

Analogicznie zbudowany jest polski kalendarz historii świeckiej. Regularnie przypominamy sobie o chrzcie Polski – wcześniej było to co 50 lat, a od tego roku właśnie zostało ustanowione specjalne święto, z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości, które obchodzone ma być corocznie. 14 kwietnia, na pamiątkę niedzieli wielkanocnej 966 roku, gdy Mieszko I ze swym dworem przyjęli chrzest, wspominać będziemy początek polskiej państwowości. Podczas pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, dokładnie 40 lat temu, Jan Paweł II przypominał, że chrzest jako początek Polski na zawsze związał ją z Chrystusem. Posłowie tę duchową jedność przełożyli na fakt czysto polityczny.

Wspominamy też inne dni naszej historii – 3 maja, który de facto jest świętem końca Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przypomina bowiem łabędzi śpiew pierwszego państwa polskiego, które wkrótce po uchwaleniu Konstytucji 3 maja przestało istnieć. Co roku też wspominamy zmartwychwstanie Polski 11 listopada 1918 r., które w ubiegłym roku obchodzone było szczególnie. Ulice miast ozdobione były biało-czerwonymi flagami, urządzano koncerty, wieszano portrety Ojców Niepodległości nie po to, by wrócić do przeszłości, ale by stała się ona teraźniejszością.

15 sierpnia to z kolei wspomnienie triumfu odrodzonej Rzeczypospolitej nad bolszewikami połączone z katolickim świętem Wniebowzięcia Maryi. Świecki kalendarz wspomina 1 i 17 września – kolejną śmierć Rzeczypospolitej, potem zaś nieudaną próbę zmartwychwstania 1 sierpnia. Później kalendarz rocznic prowadzi nas przez kolejne wydarzenia – sierpniowe strajki, mrok stanu wojennego aż do początku rozmów Okrągłego Stołu, wyborów 4 czerwca, pierwszego niekomunistycznego rządu itd.

Nie skończyło się to wraz z upadkiem komunizmu – nic z tych rzeczy. Mitotwórcze myślenie Polaków sprawia, że celebrujemy też wydarzenia stosunkowo niedawne. Weźmy choćby wspominany co rok przez prawicę 4 czerwca 1992 r., dzień niedokończonej lustracji i symbol – w prawicowej mitologii – zdrady części solidarnościowych elit przeciwnych ujawnieniu prawdy o przeszłości.

Na początku maja rząd Zjednoczonej Prawicy urządził z kolei międzynarodową konferencję z okazji 15. rocznicy rozszerzenia Unii Europejskiej. Jeden z dyplomatów, uczestników tej uroczystości, był zaskoczony rozmachem tych obchodów. Dziwił się, że tak hucznie świętowano wydarzenia tak niedawne, tym bardziej że przecież przed kilkoma tygodniami był zaproszony przez władze państwowe na uroczystości upamiętniające inne wydarzenia.

Ale chyba najważniejszą, zawierającą największy ładunek symboliczny, datą w polskim kalendarzu jest 10 kwietnia. Upamiętnienie wydarzenia zupełnie niedawnego, katastrofy smoleńskiej. Jego waga jest tak duża, że środowiska polityczne, dla których 10 kwietnia jest datą najważniejszą, upamiętniają je nie co roku, ale każdego 10. dnia miesiąca.

I właśnie miesięcznice smoleńskie – piszę to z szacunku dla bólu uczestniczących w nim osób związanego z tragiczną śmiercią ich bliskich – są najdoskonalszym przykładem pojmowania czasu jako wiecznego powrotu. Są symbolem tego, że w polskiej polityce czas płynie zupełnie inaczej, jego ziemska linearność jest nieistotna, liczy się przede wszystkim cykliczność, już nawet nie sprowadzona do cyklu rocznego, ale wręcz miesięcznego.

Sama konstrukcja miesięcznicy też bardzo dużo mówi o tym polskim fenomenie. Jest to uroczystość na poły religijna, na poły żałobna, która ma także część czysto świecką czy też polityczną – przemarsz, wygłaszanie politycznych przemówień. A od czasu, gdy na pl. Piłsudskiego w Warszawie powstał pomnik smoleński, składane są tam co miesiąc, po rannej mszy świętej, wieńce i kwiaty. Czysto ludzkie misterium wspominania zmarłych bliskich, bólu i goryczy, zmienia się w wydarzenie polityczne, religia przecina się z polityką, tworząc fenomen całkiem współczesnej teologii politycznej, której produktem są comiesięczne zaduszki, a może wręcz prastare dziady.

Przecież to nie przypadek, że nad Wisłą najważniejszym świętem wcale nie jest Boże Narodzenie czy Wielkanoc, ale 1 listopada, gdy nawet największy dewot i najgorszy ateusz wyruszają w podróż na groby swych bliskich. Nie tylko po to, by ich wspominać, ale pokazać, że dla Polaka czas jest jednym wielkim teraz. Teraz, w którym mieszają się wydarzenia przeszłe i przyszłe. Kalendarz rocznic jest nośnikiem symboli i narodowych mitów, odprawiając nieustanne dziady, stajemy się sobą, uczestniczymy w tym teraz, stając się prawdziwymi Polakami.

Zawsze przeciw komuś

W rocznice, jak wspomniałem, teraźniejszością staje się przeszłość, co zarazem pozwala uwolnić się od obciążenia rzeczywistością. Politycy nie muszę uzasadniać tego, co robią teraz, jeśli jest to element szerszego, odwiecznego procesu. Takie celebrowane rocznice rzadko łączą wspólnoty, prędzej je dzielą. Zwłaszcza gdy jedne święta są ważne dla prawicy, a inne dla liberałów. I gdy dla każdej ze stron czas płynie zupełnie inaczej.

Weźmy choćby dwie rocznice, które organizował rząd PiS. Pierwsza to 1050. rocznica chrztu – państwo włączyło się w czysto kościelne uroczystości, najważniejsi dostojnicy państwowi pojechali do Gniezna, by pokazać nie tylko to, że osobiście uważają się za część katolickiej Polski, ale też by świętowaniem początku państwa podkreślić legitymizację swojej władzy. Miało to być zadośćuczynienie za obchody 1000-lecia, które przypadło na mroczny czas komunizmu, a które PRL usiłował przykryć świętowaniem nie chrztu, lecz tysiąclecia państwowości. Notabene Polska Piastów była równocześnie jednym z mitów, którymi komuniści usiłowali wzmocnić swoją legitymizację. To dzięki nam – podkreślali – Polska odzyskała piastowskie ziemie, dzięki nam do słowiańskiej macierzy wróciły Szczecin, Głogów i Wrocław. Cóż że władza komunistyczna była zainstalowana sowieckimi kolbami, skoro jej prawomocność miała swe korzenie tysiąc lat temu.

1050. rocznica miała pokazać, że mamy już wolne państwo i sami wybieramy sobie władze. W ogniu potężnego konfliktu politycznego w 2016 r. rządzący potrzebowali takiego mitu. Zanurzenie w przeszłości wzmacniało demokratyczny mandat sankcją udzieloną z czasu magicznego.

Dokładnie tak samo przebiegały obchody 550-lecia polskiego parlamentaryzmu, które urządzono rok temu na Zamku Królewskim w Warszawie. Opozycja je zignorowała, oskarżając PiS o łamanie parlamentarnych zasad. Obchody zmieniły się więc z upamiętnienia czegoś wspólnego w upamiętnienie przeciw komuś. A może wcale się nie zmieniły, ale od początku były tak zaplanowane? Jeśli dzisiejszy marszałek Sejmu upamiętnia pierwsze posiedzenie izby, które historycy nazywają już parlamentem I Rzeczypospolitej, jeśli prowadzi liczne działania na rzecz upamiętnienia marszałków Sejmów przedrozbiorowej Polski, to robi to, by pokazać łączność pomiędzy Sejmem tej kadencji a piękną polską tradycją sejmowania i sejmikowania.

Znów: zanurzając dzisiejszy Sejm w przeszłości, w wiecznym teraz, wchodzimy w inną koncepcję czasu. Nie muszę przecież tłumaczyć się z tego, co robię, nie muszę tłumaczyć zasadności swych wątpliwych działań, jeśli stoi za mną historia. Przebieram dzisiejszą straż marszałkowską w paradne, historyczne mundury i przez to sam w niej się zanurzam.

Do świętowania przeciwko innym znacznie lepiej nadają się wydarzenia z całkiem niedawnej przeszłości, szczególnie te budzące największe kontrowersje – nierozliczona wciąż rana związana z komunistyczną przeszłością, tragedia smoleńska, tajemnice początków transformacji.

Wspominane już wcześniej upamiętnienia smoleńskie też pomyślane są przeciw komuś, a nie po to, by odbudować wspólnotę. O smoleńskiej ranie pisałem ponad dwa miesiące temu w „Plusie Minusie" („Dwie smoleńskie katastrofy", 6–7 kwietnia 2019 r.), więc nie będę tego opisywać tu dłużej.

Innym przykładem jest upamiętnianie podziemia antykomunistycznego, tzw. żołnierzy wyklętych. Jak zauważał niedawno w rozmowie z „Plusem Minusem" prof. Marcin Napiórkowski („Festiwal czekoladowych orłów", 4–5 maja 2019 r.), mamy tu do czynienia z procesem podwójnym – najpierw żołnierze podziemia zostali wyklęci przez komunistyczne państwo, a później zapomniani przez wolną Polskę po 1989 roku. Wspominanie wyklętych to więc nie tylko gest uczestniczenia w pamięci, to nie tylko zanurzanie się w wiecznym polskim teraz, ale i gest sprzeciwu, zadośćuczynienia. Upamiętniając wyklętych, spłacam moralny dług, wyrażam swój sprzeciw wobec tych, którzy najpierw skazali ich na śmierć, a potem wobec tych, którzy skazali ich na zapomnienie.

Przykryć oponenta

Myliłby się ten, kto by uznał, że tylko prawica obchodzi swe święta przeciwko. Wszak kult 4 czerwca 1989 r. był odpowiedzią Platformy Obywatelskiej na coraz popularniejszą na prawicy wizję zdrady elit przy Okrągłym Stole i na konkurencyjny mit 4 czerwca 1992 r. To z inicjatywy Bronisława Komorowskiego – niejako przeciw prawicy – zaczęto świętować pierwsze częściowo wolne wybory, choć np. w latach 90. ubiegłego wieku nikomu by to do głowy nie przyszło. Mało tego, sam Komorowski wybory czerwcowe w 1989 r. zbojkotował, ale po latach potrzebował tej daty do budowania legendy swej formacji. Huczne obchody 25-lecia wolnych wyborów z udziałem Baracka Obamy i innych światowych przywódców miały pokazać, że w polsko-polskim sporze rację ma rządząca ówcześnie Polską Platforma. Obecność prezydenta USA miała być znakiem, że prawdziwym dziedzicem Solidarności jest właśnie Platforma, a roszczenia PiS do bycia spadkobiercą ruchu, który obalił komunizm, są tylko uzurpacją.

I tak stworzono nowe święto dla strony liberalnej, które miało być odpowiedzią na rodzący się po prawej stronie kult spisku w Magdalence, fikcyjności ustaleń Okrągłego Stołu, gdzie – jak głosi prawicowa narracja – komuniści negocjowali ze swoimi agentami, czy wreszcie mit upadku rządu Olszewskiego. Za każdym razem ta mitologia przypomina fenomen kultu żołnierzy wyklętych – wspominając zdradę w Magdalence czy głosowanie z nocy 4 czerwca 1992 r., nie tylko przywołuję przeszłe wydarzenia, ale odtwarzając je w teraźniejszości, oddaję sprawiedliwość tym, którzy wtedy przegrali, biorę aktywny udział w procesie przywracania „prawdy" o przeszłości. Świętowanie zdrad implikuje potępianie zdrajców, z definicji więc jest pomyślane „przeciw".

Dlatego też nie mam wątpliwości, że ten 4 czerwca nas nie połączy. Stanie się kolejną odsłoną batalii o to, kto jest spadkobiercą wielkiej przeszłości Solidarności, a kto stoi tam, gdzie stało ZOMO. Związani z opozycją prezydenci dużych miast będą wspominać tamte wybory razem z Donaldem Tuskiem nie po to, by budować narodową jedność, lecz by liczyć szable przed jesiennym bojem z PiS o mandaty w Sejmie i Senacie. Państwowe obchody organizowane przez rząd i prezydenta będą miały na celu przykrycie tych opozycyjnych.

Cóż, w Polsce nie ma dużej różnicy między sporem politycznym a historycznym. De facto cały ten pierwszy spór wynika z różnic w ocenie najnowszej, ale też tej dalszej historii. Dlatego okres wielkich rocznic stanie się okazją do tego, byśmy się jeszcze bardziej podzielili. Nie do tego, byśmy stali się jednością, byśmy budowali narodową dumę. To będzie wspominanie przeciwko. Przeciwko „onym".

Czytaj także:

Polska wykorzystała chwilową słabość Moskwy, aby na trwałe stać się częścią Zachodu. To efekt determinacji wszystkich sił politycznych w kraju – pisze Jędrzej Bielecki

Dobrze pamiętam 4 czerwca 1989 roku. Nie było euforii i nikt wtedy nie nazwałby tych dni „historycznymi" - pisze Jerzy Surdykowski

Niebywałe, że po raz pierwszy od 200 lat po ulicach chodzi pokolenie, które o podległości narodu słyszało tylko z drugiej ręki – twierdzi dr Jarosław Kuisz

Sport w PRL przysparzał krajowi więcej splendoru niż niejedna gałąź gospodarki. Władza dbała o niego bardziej niż po 1989 r. – pisze Stefan Szczepłek

Wybory były za kilka dni. To prawda, że wolne tylko częściowo, ale kto się tym przejmował, czuliśmy, że będą jak pięść, która tak mocno walnie system w mordę – pisze Bogusław Chrabota

Jak mamy wspólnie świętować to, co wydarzyło się 30 lat temu, jeśli spieramy się zażarcie o to, kto powinien się z kim przywitać? – pisze Michał Szułdrzyński

 

Wystąpienie Donalda Tuska, podpisanie Deklaracji Wolności i Solidarności, koncert – to niektóre punkty programu gdańskich obchodów rocznicy 4 czerwca. Uroczystości będą też w Warszawie – pisze Michał Kolanko

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA