fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Fordlandia: Amazońska utopia Forda

Domy w Fordlandii przypominały zabudowę przedmieść północnoamerykańskich miasteczek.
archiwum Forda
Pod koniec lat 20. ubiegłego wieku słynny amerykański przedsiębiorca postanowił wybudować w sercu brazylijskiej dżungli prywatne miasto – Fordlandię.

27 września 1908 roku pierwszy egzemplarz Forda T. opuścił bramy fabryki w Detroit. Datę tę uznaje się za początek masowej motoryzacji. W związku z przypadającą dziś rocznicą tego wydarzenia przypominamy tekst, który ukazał się pod koniec maja w dodatku "Rzecz o historii". 

Płynąc w górę Amazonki, gdzieś w połowie drogi między Belém a dawną stolicą kauczukowych magnatów – Manaus, natkniemy się na Tapajós, jeden z większych dopływów Królowej Rzek. Jeśli w tym miejscu zboczymy z głównego szlaku, po kilkunastu godzinach podróży naszym oczom ukaże się niezwykły widok – wyrastający ponad morze zieleni stalowy odwłok dawnej wieży ciśnień. Tuż obok niszczeje olbrzymi tartak, a nad samą rzeką stoi wysokie na kilka pięter drewniane molo, przy którym przed laty mogły cumować statki pełnomorskie.

Smętne wrażenie robi także dawny budynek szpitala, przykryty charakterystycznym mansardowym dachem. W pustych salach, pomiędzy resztkami sprzętu medycznego, hula wiatr i gnieżdżą się dzikie zwierzęta. Nie lepiej jest w wielu parterowych domkach, jakby żywcem przeniesionych z północnoamerykańskiej prowincji, które stoją wzdłuż wytyczonych pod linijkę ulic. W niektórych wciąż mieszkają ludzie. Gołym okiem widać jednak, że miejscowość czasy świetności ma już dawno za sobą, a dżungla stopniowo, acz nieubłaganie odzyskuje teren, który niegdyś wydarto jej przemocą.

Intrygująca osada nosi nieco dziwaczną nazwę – Fordlandia, sugerującą związek z jednym z największych koncernów samochodowych na świecie. I jest to sugestia jak najbardziej trafna, ponieważ twórcą Fordlandii był Henry Ford, magnat przemysłowy, który w amazońskiej dżungli postanowił urzeczywistnić jedno ze swoich ekstrawaganckich marzeń.

Świat według Forda

Jeśli ocenimy dokonania Forda jedynie przez pryzmat milionów wyprodukowanych pojazdów, obraz ten będzie niepełny i mocno uproszczony. Ford był nie tylko niezwykle sprawnym przedsiębiorcą, lecz także wizjonerem, który swoje pomysły realizował z niezwykłą determinacją. Jego wielkim osiągnięciem było wprowadzenie w 1913 r. taśmy produkcyjnej, a montowany na niej model T był pierwszym samochodem dla mas – tanim, niezawodnym i uniwersalnym. Rok później Ford ogłosił, że podnosi wszystkim swoim pracownikom pensje – odtąd płaca minimalna w jego zakładach wynosiła 5 dol. za godz. (było to kilkakrotnie więcej, niż płacili konkurenci). Robotnik w fabryce Forda stawał się trybikiem w wielkiej, bezdusznej maszynie, co świetnie zilustrował Charlie Chaplin w filmie „Dzisiejsze czasy", ale otrzymywał za swoją pracę wynagrodzenie, które pozwalało mu aspirować do klasy średniej. A z czasem nawet nabyć auto, do którego produkcji przyłożył rękę.

Greg Grandin, autor pasjonującej monografii poświęconej Fordlandii, przytacza wypowiedź kierownika spraw pracowniczych koncernu Samuela Marquisa: „Ford wypluwa ze swoich fabryk około tysiąca pięciuset samochodów dziennie właściwie po to, aby od razu się ich pozbyć. Tym, co go naprawdę fascynuje, jest proces modelowania i kształtowania osobowości człowieka". Koncern dbał o swoich pracowników i zapewniał im pełne zaplecze socjalne, ale jednocześnie totalnie ich inwigilował. Rozbudowany wydział socjalny firmy przeprowadzał częste wizytacje w domach pracowników, sprawdzając, co ich mieszkańcy robią w czasie wolnym, z kim się spotykają i czy przypadkiem nie prowadzą rozwiązłego trybu życia i nie nadużywają alkoholu. Nic więc dziwnego, że fordyzm był w pewnym stopniu inspiracją dla komunistów i Hitlera. Notabene z tym ostatnim Henry Ford dość często korespondował.

Ford był osobą o skrajnych, często wykluczających się poglądach, targały nim wewnętrzne sprzeczności. Będąc zwolennikiem mechanizacji, która ułatwiała życie codzienne i usprawniała produkcję przemysłową, jednocześnie tęsknił za sielskim życiem na farmie, na której się wychował. Stąd w jego głowie zrodził się pomysł tworzenia od podstaw samowystarczalnych kompleksów rolno-przemysłowych. Farmerzy mieli zimą pracować w fabrykach, a robotnicy w okresach zastoju uprawiać małe przydomowe poletka. Pionierskimi inwestycjami tego typu były małe osady w Pequaming i Iron Mountain na Górnym Półwyspie stanu Michigan. Projektem na dużą skalę miała być z kolei budowa Muscle Shoals – modelowego parku przemysłowo-mieszkalnego z hydroelektrownią rozciągniętego na ponad 100 kilometrów w dolinie rzeki Tennessee (chodziło o to, aby każdy z mieszkańców miał łatwy dostęp do rzeki i zieleni). Ambitny projekt został jednak storpedowany zarówno przez władze federalne, jak i stanowe.

W ojczyźnie rzucano mu kłody pod nogi, do tego doszła medialna i sądowa nagonka za antysemickie wypowiedzi i publikacje. Nic więc dziwnego, że Ford zaczął się rozglądać poza granicami Stanów Zjednoczonych za odpowiednim miejscem do realizacji swoich ambitnych zamierzeń społeczno-ekonomicznych. Oczywiście decyzja o budowie Fordlandii nie była jedynie wynikiem zawiedzionych ambicji. Przede wszystkim miał to być dochodowy biznes, który rozwiąże problemy koncernu z dostępem do kauczuku.

To się nie może udać

Aż do pierwszej dekady XX w. Brazylia była monopolistą na rynku handlu kauczukiem naturalnym. Dynamicznie rozwijający się przemysł na całym świecie potrzebował go m.in. do produkcji gumy. Od dostaw kauczuku uzależnione były koncerny motoryzacyjne, które potrzebowały go nie tylko do produkcji opon, ale także do wytwarzania uszczelek, kabli, wężyków i wielu innych niezbędnych elementów. Pierwotnie lateks, czyli mleczko kauczukowe, był pozyskiwany z Hevea brasiliensis, czyli kauczukowca brazylijskiego występującego jedynie na obszarze Amazonii. Na handlu tym produktem zbijano fortuny, a niewielkie osady położone przy traktach handlowych zmieniały się w tętniące życiem i pławiące się w luksusie metropolie, czego najlepszym przykładem było dekadenckie Manaus. W 1910 r. nastąpiło jednak gwałtowne załamanie rynku. Był to rezultat wykradzenia przez Brytyjczyków sadzonek kauczukowca i założenia przez nich olbrzymich plantacji w Azji Południowo-Wschodniej.

Około 1920 r. pojawiły się plotki, że w obliczu spadających cen Anglicy, którzy w międzyczasie zdominowali rynek handlu kauczukiem, myślą o utworzeniu kartelu, który będzie mógł dyktować ceny tego surowca. Amerykańscy producenci zaczęli szukać alternatywnych rozwiązań i źródeł jego pozyskiwania. Wysłannicy Forda (najprawdopodobniej nie bez finansowego „wpływu" niektórych brazylijskich inwestorów, którzy zamierzali zarobić na sprzedaży ziemi w tym rejonie) zarekomendowali obszar nad rzeką Tapajós, na południe od miasteczka Santarém. Negocjacje z przedstawicielami miejscowej administracji i rządem brazylijskim zakończyły się sukcesem i w 1928 r. we władanie Forda przeszło 10 tys. kilometrów kwadratowych amazońskiego lasu. Wwóz i wywóz wszelkich towarów miał się odbywać bezcłowo. Fordlandia, bo taką nazwą ochrzczono posiadłość, cieszyła się bardzo dużą autonomią. Władze Brazylii zastrzegły sobie jedynie 9-procentowy udział w zyskach z przedsięwzięcia.

Pod koniec lipca 1928 r. z amerykańskich portów wyruszyły w daleki rejs do Brazylii dwa statki należące do koncernu Forda: „Lake Ormoc" i „Lake Farge", transportujące wszelaki sprzęt i ludzi niezbędnych do założenia Fordlandii. Szybko się jednak okazało, że cały projekt będzie trudniejszy w realizacji, niż się początkowo wydawało. Statki dotarły do Santarém i tam utknęły na wiele miesięcy, ponieważ poziom rzek był za niski, aby dopłynąć do celu. Materiały i sprzęt transportowano więc lądem. Powodowało to olbrzymie trudności logistyczne. Mimo to pierwsi osadnicy z dużą energią przystąpili do wycinania dżungli pod budynki mieszkalne i plantacje kauczukowca. Nie mieli jednak ani wystarczającej wiedzy, ani odpowiedniego sprzętu, aby sprawnie karczować gęsty tropikalny las. Szło to na tyle opornie, że pierwszy zarządca Fordlandii Reeves Blakeley polecił wypalać roślinność z użyciem benzyny. Decyzja była całkowicie błędna – na wypalonej do cna ziemi kauczukowce nie chciały się przyjmować. Od razu ujawnił się więc problem, który był później jedną z głównych przyczyn upadku projektu – całkowite niezrozumienie warunków panujących w amazońskiej selwie i kurczowe trzymanie się nierealistycznych wytycznych płynących z centrali w Dearborn. Henry Ford mógł bez problemu skorzystać z doświadczeń innych amerykańskich firm działających od lat na podobnym terenie, choćby potentata, jakim była ówcześnie United Fruit Company. Fordlandia miała być jednak z założenia projektem całkowicie oryginalnym. Ford uważał, że możliwe będzie bezpośrednie przeniesienie w ten rejon świata rozwiązań i wiedzy, jakie zdobył, gdy budował osiedla i zakłady przemysłowe w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem natrafił na opór zarówno przyrody, jak i tubylców. To, co działo się w Fordlandii (szczególnie w pierwszych latach istnienia plantacji), było całkowitym zaprzeczeniem zasad panujących w Ford Motor Company. Zmiany kolejnych zarządców tylko nieznacznie poprawiały sytuację. Coraz mniej osób wierzyło w sukces ambitnego przedsięwzięcia.

Progres nastąpił dopiero w 1931 r., kiedy kierowanie plantacją przejął Archibald Johnston. Z pomocą swoich asystentów przez kolejne lata zrobił wiele, aby podła dziura, jaką była dotychczas Fordlandia, zaczęła przypominać prawdziwe miasto. Oprócz rozbudowy obiektów przemysłowych (przede wszystkim tartaku) powstało wiele obiektów użyteczności publicznej – nowoczesna szkoła, zakłady fryzjerski i krawiecki, sklepy z mięsem, pieczywem, warzywami, obuwiem oraz pasmanteria. Już w pierwszej fazie istnienia osady Henry Ford nakazał budowę nowoczesnego szpitala. Johnston przyspieszył także inwestycje mieszkaniowe. Budy kryte strzechą zastąpiło około 200 przytulnych parterowych domków. Działały także świetlica, kino, a dla Amerykanów wybudowano nawet pole golfowe.

Walka z wiatrakami

Przeciętny pracownik koncernu Forda w Stanach Zjednoczonych był dobrze opłacaną mrówką, która bez szemrania wykonywała swoją pracę i w imię niesienia przez firmę kaganka oświaty i cywilizacji godziła się na brutalne ingerencje w swoje życie prywatne. Schematy zarządzania ludźmi opracowane przez Forda okazały się jednak zupełnie nieprzydatne w starciu z mentalnością Brazylijczyków zatrudnionych i mieszkających w Fordlandii.

Tubylcom nie odpowiadały kontrole higieny, obowiązkowa obecność na wieczorkach z poezją, tańcach, oficjalnych uroczystościach, a przede wszystkim 8-godzinny dzień pracy. Brak popołudniowej sjesty był dla nich czymś niepojętym. Kierownictwo Fordlandii miało olbrzymie kłopoty ze znalezieniem pracowników na stałe. Zarówno miejscowi Indianie, jak i napływowi imigranci z innych rejonów kraju często porzucali pracę już po otrzymaniu pierwszej pensji. Kiedy Henry Ford wydał całkowity zakaz spożywania na terenie plantacji alkoholu (był wielkim zwolennikiem prohibicji), na rzece Tapajós błyskawicznie pojawiły się pływające spelunki i domy publiczne. W rezultacie zarządcy musieli ustąpić. Fordlandia stała się pierwszą częścią imperium Forda, gdzie zniesiono prohibicję.

Całkowitym nieporozumieniem okazały się nowoczesne budynki mieszkalne. Tradycyjne w tym rejonie dachy kryte strzechą zastąpiono konstrukcjami pokrytymi azbestem, który zamiast odbijać promienie słoneczne, pochłaniał je – w rezultacie w pomieszczeniach panowała trudna do zniesienia duchota. Amerykańscy zarządcy uważali także, że stosowane w tym rejonie podłogi z ziemi są przyczyną rozprzestrzeniania się choroby beri-beri. Kazali więc wylewać je betonem, który także szybko się nagrzewał. Pewnego dnia, po awanturze w stołówce, czara goryczy się przelała i doszło do otwartego buntu robotników. Wznosząc okrzyki „zabić wszystkich Amerykanów", miejscowi zniszczyli bądź zdemolowali większość budynków plantacji. Amerykanie musieli salwować się ucieczką do dżungli, a z opresji wybawiła ich dopiero interwencja brazylijskiej armii.

Henry Ford działał jednak z godnym podziwu uporem: nie tylko odbudował zniszczoną plantację, lecz także – za namową jednego z botaników, który twierdził, że 80 km na północ, bliżej miasta Santarém, panują korzystniejsze dla uprawy kauczukowca warunki – założył tam kolejne osiedle – Belterrę. Mimo że od początku zaplanowano i zbudowano ją nowocześniej niż Fordlandię, a kauczukowce sadzono z większym rozmysłem, efekty były równie mizerne.

Fordlandia upadła w wyniku pychy i arogancji jej twórców. Różnice kulturowe okazały się w tym wypadku nie do pokonania. Greg Grandin w swojej książce podsumował to niezwykle trafnie: „poza budowaniem całkowicie nieprzydatnych mieszkań menedżerowie koncernu Forda narzucili pracownikom Fordlandii program edukacji obywatelskiej i masowej rozrywki, który nie miał nic wspólnego z tradycją i psychiką rdzennych mieszkańców Amazonii, wiele go natomiast łączyło z przyzwyczajeniami, nawykami i mentalnością Amerykanów, a przynajmniej wyobrażeniami Henry'ego Forda o Ameryce". Kierując się szczytnymi ideami, Henry Ford w rzeczywistości postępował niczym typowy kolonizator, formował podległą mu ziemię, zupełnie nie licząc się z miejscowymi uwarunkowaniami.

Główną przyczyną upadku Fordlandii nie były jednak różnice cywilizacyjne. Sytuacja w tej kwestii zaczęła się nawet z czasem normować. Całkowicie przegrano jednak walkę z przyrodą. Mimo że warunki klimatyczne w Amazonii są podobne do panujących w Azji Południowo-Wschodniej, azjatyckie insekty i choroby drzew ignorują południowoamerykańskie kauczukowce. Brytyjczycy mogli więc posadzić je w ciasnych rzędach i dzięki temu nawet z niedużej plantacji zbierać tysiące litrów mleczka kauczukowego. W swojej ojczyźnie kauczukowiec brazylijski rósł jednak w zupełnie innych warunkach. Posadzony blisko siebie stawał się bardziej podatny na choroby. Henry Ford zignorował jednak ten fakt i postanowił założyć w Fordlandii plantacje na wzór tych azjatyckich. Na dodatek drzewa posadzono bardzo gęsto. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Grzyby i pasożyty rok w rok dziesiątkowały plantacje. Nie pomagały nawet nowatorskie techniki opracowane przez botaników Forda, polegające m.in. na przeszczepianiu koron zdrowych drzew.

Koniec marzeń

Mimo starań pracowników Fordlandii opłacalność całego przedsięwzięcia była od początku wątpliwa. Plantacja nieprzerwanie przynosiła straty. Szacuje się, że Ford Motor Company straciło na inwestycjach w Fordlandię i Belterrę ok. 20 mln dol. (ok. 300 mln dzisiejszych dol.). Henry Ford nie chciał się jednak przyznać do porażki. Projekt wegetował aż do 1945 r., kiedy to nowy prezes koncernu Henry Ford II zdecydował o odsprzedaniu obu plantacji niemal za bezcen rządowi brazylijskiemu.

Dziś w tym rejonie nikt już nie uprawia drzew kauczukowych (ich miejsce zajęły pola soi). Belterra jest jednym z wielu małych amazońskich miasteczek. W Fordlandii mieszka garstka dawnych pracowników Forda i zajmuje się uprawą przydomowych poletek. Okazjonalnym źródłem dochodu stają się także turyści, którzy czasem zaglądają w te rejony, szukając reliktów utopijnego projektu słynnego przedsiębiorcy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA