fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Dąbrowska: Karol Modzelewski, ostatni sprawiedliwy

Fotorzepa/ Jakub Ostałowski
Jest taki kawałek lewicy w Polsce, przeciw któremu nikt nie śmie podnieść ręki. Odnosi się to zarówno do tradycji, jak i nielicznych wolnych meteorytów błąkających się po najnowszej historii, publicystyce i działaniach społecznych.

W tym niewielkim czerwonym woreczku będzie trochę niepodległościowej i socjalnej tradycji PPS, trochę kółek samokształceniowych, szklane domy, Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa na Żoliborzu, mordowani przez Stalina w 1937 roku prawdziwi polscy komuniści, BUND, Socjalistyczna Organizacja Bojowa walcząca w powstaniu, pozytywiści z Biura Obudowy Warszawy z 1945 roku, Stefan Okrzeja, Kazimierz Pużak, Irena Sendlerowa i Karol Modzelewski. Nikt nie śmie podnieść ręki na tę tradycję, bo nie da się na poważnie – zakładając, że poruszamy się na gruncie humanistycznych wartości – negować poświęcenia życia czy położenia na szali długich lat w więzieniu w imię wyzwolenia społecznego, awansu dyskryminowanych i walki z wyzyskiem. Ten skrawek lewicy dziś jest w Polsce naprawdę niewielki. Po śmierci Karola Modzelewskiego zmalał do rozmiarów chustki do nosa.

A tym, co tak naprawdę wytrąca broń z ręki, jest niemodna na salonach, a praktykowana dziś najgłośniej przez narodowców – ideowość. Ta, którą mam na myśli, zakłada niezgodę tam, gdzie są naruszane podstawowe ludzkie prawa i obowiązek reagowania w sytuacjach, które porażają niesprawiedliwością. „Naruszanie podmiotowości robotników (...) budziło mój sprzeciw z powodów, których nie da się wyprowadzić z empirycznych i logicznych przesłanek ani uzasadnić pragmatycznie. Sprzeciw ten podyktowany był samoistną normą, która wskazywała mi nadrzędną zasadę postępowania. Takie normy nazywamy wartościami, a sporów o wartości nie rozstrzyga się w kategoriach prawdy i fałszu" – napisał Modzelewski w swojej ostatniej politycznej książce „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca". To trafia w sedno lewicowej wrażliwości i postawy. Ta myśl łączy XIX-wiecznych proletariatczyków, bojowców z PPS i wszelkiej maści wolnościowych socjalistów – aż do dziś. To także przekonanie, że „strajk jest słuszny, dopóki ktoś nie udowodni, że jest inaczej", bo jeśli ludzie protestują, to zawsze jest po temu jakaś przyczyna.

Przy zmianie ustrojowej robotników jako grupę wywieziono na śmietnik historii i solidarnościowym elitom wydawało się, że teraz trzeba sobie szukać nowego „ulubionego podmiotu społecznego". Ale nie Modzelewskiemu. „Ja byłem z tej Polski, która ginęła. Nie mówię o Polsce Ludowej, bo wszyscy z niej byliśmy, ale mówię o Polsce robotniczej" – mówił w wywiadzie z Robertem Walenciakiem w „Przeglądzie", w 2010 roku. Wiedział, że transformacja dla wielu poszła źle i będzie to miało swoje konsekwencje społeczne. Z powodu tej wiedzy gotów był na konfrontację z własnym środowiskiem i przyjaciółmi, z tymi, którzy – zbyt pochopnie – pozostawili przeprowadzenie zmian wyłącznie Leszkowi Balcerowiczowi. W tym samym wywiadzie ubolewał nad tym, że doszło do tego rozdźwięku. „Najboleśniejsze było to, że się zderzyłem z Jackiem Kuroniem. W jednym z wywiadów zapytano mnie o Jacka (był wtedy ministrem), o jego próbę łagodzenia konsekwencji społecznych transformacji. Powiedziałem wtedy, że filantropia uprawiana przez Jacka Kuronia to nie jest sposób na ten dramat społeczny, który się rozgrywa. No i Jacek się obraził za tę »filantropię«, co dotarło do mnie przez wspólnych przyjaciół". To było trudne, ale wynikało z konsekwentnej postawy przez całe życie – wychowania w domu, wpojonych tam wartości, wyborów życiowych... Ale warto też poczuć wagę tego sporu: czy ktoś jeszcze obraża się tak jak Kuroń, za to, że nazywa się go filantropem, czy rozumie różnicę? Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta, jakimi zasadami powinno emanować sprawiedliwe państwo i społeczeństwo, w którym (jak powtarzał Modzelewski) obecna jest nie tylko wolność, ale także równość i braterstwo?

Dla reszty lewicy pozostał wtedy ostatnim sprawiedliwym, bo w latach 90. w mediach głównego nurtu, telewizji czy potężniejącej z dnia na dzień „Gazecie Wyborczej" nie śniło się pisać o wyzysku, czasie pracy, stawkach i prawach pracowniczych. Modzelewski nie wtopił swojej Solidarności Pracy w Unię Wolności, nie poszedł na współpracę z SLD – tylko, tak jak już kilka razy wcześniej, oddalił się do swoich spraw naukowych. „W warunkach globalizacji cała lewica światowa jest w stanie głębokiej zapaści, być może śmiertelnej" – mówił w wywiadzie. Być może teraz, kiedy odszedł na dobre, to także był wyraz jego opinii o obecnej Polsce i świecie?

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA