fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Muzeum przesiedlenia Niemców. Spełnia się marzenie Eriki Steinbach

Erika Steinbach
Erika Steinbach
Fotorzepa/ Piotr Wittman
Muzeum przymusowego przesiedlenia Niemców przestaje budzić negatywne emocje władz Polski. Nieoczekiwanie.

Na koniec czerwca przygotowywana jest w Berlinie wielka uroczystość. Będzie kanclerz Angela Merkel i wielu ważnych gości. Będzie zapewne także Erika Steinbach, prawdziwa matka chrzestna nowego muzeum w centrum stolicy Niemiec. To ona, jako przewodnicząca Związku Wypędzonych (BdV), rozpoczęła ponad dwie dekady temu debatę nad upamiętnieniem losów ok. 12 mln Niemców, przymusowo wysiedlonych po wojnie z wielu krajów europejskich, w tym kilku milionów z Polski.

Owocem tej debaty jest gotowe już Centrum Dokumentacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie, czyli wspomniane muzeum w Berlinie. Z tym że nie jest to już formalnie projekt BdV.

O powstaniu centrum zadecydował Bundestag w 2008 roku, przeznaczając na ten cel 30 mln euro. Organizacją zajęła się specjalna fundacja Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Na 20 członków rady fundacji osiem osób jest funkcjonariuszami BdV, z jego przewodniczącym na czele.

Wszystko gotowe

Po latach wszystko jest już zapięte na ostatni guzik. Muzeum mieści się w potężnym odremontowanym gmachu niedaleko ruin dworca Anhalter Bahnhof, nieopodal powstającego właśnie potężnego Muzeum Emigracji. Stąd krok do kompleksu muzealnego Topografia Terroru i pomnika Holokaustu przy Bramie Brandenburskiej.

Muzeum „wypędzeń" leży więc na szlaku wędrówek historycznych milionów turystów odwiedzających Berlin, z wyjątkiem czasów pandemii oczywiście.

Na 6 tys. mkw. mieszczą się sale wystawowe, biblioteka, archiwum, księgarnia i restauracja. Sama powierzchnia wystawowa to 1,7 tys. mkw., gdzie miejsce znajdzie stała wystawa o przymusowych emigracjach w XX wieku, głównie w Europie. – Punktem ciężkości całej narracji będzie ucieczka i wypędzenie Niemców w trakcie i po drugiej wojnie światowe, wywołanej przez Niemcy – czytamy w koncepcji całej ekspozycji.

Powstała w bólach i w atmosferze nieufności w gronie rady naukowej fundacji, złożonej z ekspertów niemieckich i zagranicznych. To jej przypadła realizacja zadania wyznaczonego przez Bundestag, czyli upamiętnienia ucieczek i wypędzeń „w kontekście historycznym II wojny światowej oraz polityki ekspansji i eksterminacji narodowego socjalizmu i jej konsekwencji w duchu pojednania".

Polski łącznik

– Uznałem, że skoro nasze uwagi nie są brane pod uwagę, jest to strata czasu. Tym bardziej, że przedstawiciele wypędzonych mieli wielkie wpływy w fundacji – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Krzysztof Ruchniewicz. Wraz z nim zrezygnował prof. Piotr Madajczyk oraz kilku członków z rady z zagranicy i Niemiec. Dołączyli nowi i prace nad koncepcją zostały zakończone w 2017 roku. Jest dość szczegółowa i nie powinna budzić kontrowersji ani też oskarżeń o relatywizm historyczny czy rewizjonizm. – Koncepcja to jeszcze nie wystawa. Wiele zależy od proporcji czy samego sposobu ekspozycji określonego tematu – zwraca uwagę Ruchniewicz.

Powinien nad tym czuwać obecnie prof. Madajczyk, który dwa lata temu powrócił niespodzianie do rady naukowej. – Po konsultacji ze stroną polską ustalono, że zaszła potrzeba ustanowienia łącznika z MSZ czy ambasadą w Berlinie – tłumaczy „Rzeczpospolitej". Jako historyk bierze też udział w przygotowaniu ostatecznego kształtu wystawy. – Nie spodziewam się żadnych pułapek ani też niespodzianek. Myślę, że otwarcie wystawy zakończy okres polsko-niemieckiej konfrontacji w tej sprawie – mówi.

Dodaje, że wraz z objęciem przez Steinbach nowej roli w niemieckiej polityce nastąpiło stopniowe uspokojenie atmosfery w pracach rady.

Skończyła w AfD

Rzeczywiście Erika Steinbach, wywołująca kiedyś nad Wisłą ogrom negatywnych emocji, zrezygnowała kilka lat temu z przewodniczenia BdV, po czym porzuciła CDU i wstąpiła do skrajnie prawicowego ugrupowania Alternatywy dla Niemiec (AfD). Jest więc partyjną koleżanką Björna Höckego, przywódcy radykalnego skrzydła partii, który nazwał berliński pomnik Holokaustu „hańbą dla Niemiec".

Cytatu z Höckego zamierzał użyć w filmie przygotowywanym na otwarcie centrum dokumentacji wypędzeń reżyser młodego pokolenia Ersan Mondtag. Chciał w ten sposób udokumentować związek przyczynowo-skutkowy zjawiska wypędzeń Niemców z narodowym socjalizmem, który ma nadal swych obrońców. Nie zgodziła się na to dyrektorka fundacji Gundula Bavendamm, co wywołało konflikt i oskarżenia o cenzurowanie projektu niezależnego artysty. – Nie mamy zamiaru użyczać sceny temu politykowi. Nasza placówka ma służyć pojednaniu – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Bavendamm.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA