fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Zamach na Hitlera, którego nie było: Spisek Muszkieterów

Adolf Hitler, Hermann Göring i inni niemieccy dowódcy w okolicy Wilczego Szańca
Getty Images
W kwietniu 1943 r. polskie podziemie zamierzało przeprowadzić zamach na Adolfa Hitlera i Hermanna Göringa. Plan przygotował Stefan Witkowski, twórca i przywódca Muszkieterów, ale akcja nie doszła do skutku. Dlaczego?

Telegram nadszedł z Krakowa 14 kwietnia 1943 r. o godzinie 18.25. Był skierowany w trybie błyskawicznym do komendantów Policji Bezpieczeństwa i SD we wszystkich dystryktach Generalnego Gubernatorstwa: we Lwowie do dr. Josefa Witiski, w Lublinie do Johannesa Müllera, w Radomiu do Fritza Liphardta, w Warszawie do dr. Ludwiga Hahna, wreszcie do wiadomości Sonderkommando ROEM IVA Warszawa do rąk SS-Hauptsturmführera Alfreda Spilkera. Treść telegramu brzmiała:

„Dotyczy zamachu na Führera. Pewien agent z polskiego narodowego ruchu oporu melduje, że w kołach kierowniczych ruchu oporu mówi się, że bolszewicy zamierzają za przyzwoleniem Secret Service przeprowadzić zamach na Führera i marszałka Rzeszy Göringa, który przewidziano na okres od 19 do 21 kwietnia 1943 r. Przypuszcza się, że będzie to moment uroczystości urodzinowych Führera, a zamachowcem ma być kurier mocarstwa sprzymierzonego. W zamachu na marszałka Rzeszy w grę wchodzi jako przestępca prawdopodobnie zamaskowany oficer lotnictwa. (...) Jeżeli zbrodnia ta na obu niemieckich przywódcach i mężach stanu dokonana by została z powodzeniem, wówczas będzie zaplanowana wielka ofensywa aliantów, dzięki której – ma się taką nadzieję – będzie można już 1 maja 1943 r. zwycięsko rozstrzygnąć wojnę. Proszę o podjęcie odpowiednich działań w celu ustalenia, co na ten temat w tamtejszych kręgach ruchu oporu jest wiadome. W razie pomyślnych wyników proszę natychmiast meldować. Müller".

Do urodzin Führera pozostało ledwie kilka dni. Pośpiech zdawał się więc oczywisty, zwłaszcza jeśli meldunki polskiego agenta z Krakowa opierały się na faktach. Ale w tym momencie nikt tego jeszcze nie wiedział. Krakowski agent, który meldował o zamachu, posługiwał się kryptonimem „Ani". Jego prawdziwe personalia do dzisiaj nie są znane, jak zresztą większości niemieckich agentów. Przy każdej komendzie Gestapo było ich od 150 do 200. Za swoje usługi w zależności od wartości meldunków pobierali miesięcznie od 200 do 250 marek. Jest przykrą, wstydliwą prawdą, że w wielu wypadkach równolegle z haniebnym donosicielstwem pełnili nierzadko wysokie, a nawet kierownicze funkcje w podziemnych organizacjach niepodległościowych. Głęboko ukryta legitymacja Gestapo dawała im i ich rodzinom pełne poczucie bezpieczeństwa w tej okrutnej wojnie. Historia do dzisiaj niewiele ma do powiedzenia w tej sprawie i tylko nieliczne kryptonimy owych podwójnych agentów zdołano rozszyfrować.

Agent V-51 melduje

Jak należy się domyślać, wszystkie komendy Gestapo na terenie GG natychmiast podjęły intensywne poszukiwania. W materiałach radomskich szybko też znaleziono meldunek agenta Gestapo V-51 (podpisującego się jako Bronisław Czark) z 1 lutego 1943 r. Do dzisiaj nie wiadomo, kim był Bronisław Czark. Jedni uważają, że za tym nazwiskiem kryje się legendarny Josek Mitzenmacher, książę ówczesnych agentów, w swej bogatej karierze także agent Gestapo. Inni przypisują sukcesy Bronisława Czarka Ryszardowi Sędkowi, agentowi V-52, ps. Palec Jedenasty, zamieszanemu w głośne zabójstwa polityczne Ludwika Widerszala i Jerzego Makowieckiego z Biura Informacji i Propagandy (BIP) Armii Krajowej, rozstrzelanemu przez polskie podziemie w czasie powstania warszawskiego.

Nie rozstrzygając tu powyższych historycznych wątpliwości, dość powiedzieć, że meldunek Bronisława Czarka w sprawie zamachu na Hitlera prowadził do organizacji Muszkieterowie. „Tu pragnąłbym zwrócić uwagę – pisał Czark – że jestem wyposażony ze strony Delegatury [Delegatury Rządu RP na Kraj] w odpowiednie pełnomocnictwa, które pozwalają mi podjąć rokowania z przywódcami Muszkieterów. (...) Ponieważ mnie interesował w szczególności materiał informacyjny z kwatery głównej Führera (...), poprosiłem o skontaktowanie z Muszkieterem, od którego mógłbym ewentualnie uzyskać bieżące informacje z kwatery Führera. (...) W. skontaktował mnie z niejakim Brandtem, który mi opowiedział, że Muszkieterowie mają w kwaterze głównej Hitlera powiązania z niemieckim i włoskim oficerem, którzy są w stanie przekazywać bieżące informacje".

„Brandt" to agent V-7352 Stanisław Sz. Agent podwójny, a może nawet potrójny. Dla historii stanowi niemałą zagadkę. Powstaniec śląski, ochotnik w wojnie 1920 r., zawodowy oficer. Po wrześniu 1939 r. był jednym z założycieli Związku Powstańców Niepodległościowców, a następnie Kadry Polski Niepodległej. Nie ulegają kwestii jego ogromne zasługi w dziele pomocy gettu, w tym przerzucaniu tam broni. Kilkakrotnie podejmował (niestety bezskuteczne) próby ocalenia doktora Janusza Korczaka, który nie zgodził się na wywiezienie z getta. W maju 1942 r. Stanisław Sz. był szefem sztabu Komendy Obrońców Polski u „Czarnego", czyli Henryka Boruckiego. Jednocześnie, co nie budzi wątpliwości w świetle dokumentów Alfreda Spilkera, był jednym z najlepszych niemieckich agentów w Warszawie. W marcu–kwietniu 1943 r. „Brandt" podawał się za zastępcę Stefana Witkowskiego, twórcy i komendanta Muszkieterów.

Siatka wywiadowcza Witkowskiego

Rzecz jednak w tym, że w 1943 r. Muszkieterowie już nie istnieli. 18 września 1942 r. z wyroku Polski Podziemnej został zastrzelony przy ulicy Wareckiej w Warszawie Stefan Witkowski. Dzisiaj nie ulega wątpliwości, że wyrok ten nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek sprawiedliwością, a zarzuty w całości zostały wymyślone. Polska grupa likwidacyjna działająca pod komendą por. Stefana Rysia, wiceszefa Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu Oddziału II KG ZWZ-AK, wyrok na Witkowskim wykonywała w mundurach niemieckiej żandarmerii, tak by ukryć zwyczajny mord polityczny na genialnym człowieku, który zorganizował siatkę wywiadowczą oplatającą całą Europę. Wywiad AK nie mógł się z nią równać. Podczas jednego z powojennych stalinowskich procesów Stefan Ryś został zapytany przez jednego z Muszkieterów, jak mógł zastrzelić Witkowskiego, wiedząc, że ten był agentem brytyjskim. „Biorę tę śmierć na swoje sumienie" – miał odpowiedzieć Ryś. Ale na pytanie, kto po śmierci Witkowskiego zadenuncjował do Gestapo kilkudziesięciu najbliższych mu oficerów, por. Ryś już nic nie odpowiedział.

Tak czy inaczej, we wrześniu–październiku 1942 r. organizacja Muszkieterowie (kryptonim „Mu") praktycznie przestała istnieć. Grot-Rowecki wyznaczył likwidatora w osobie majora Wincentego Miszkego. Ludzie trafili do Auschwitz lub innych obozów. Niektórzy zostali rozstrzelani, inni zakatowani w brutalnych śledztwach. Ci, którzy ocaleli, w części przeszli do Armii Krajowej, wywiadu i kontrwywiadu. Jednak uczciwie mówiąc, historia niewiele potrafi w tej sprawie powiedzieć. Witkowski bowiem w swej liczącej ponad 800 żołnierzy organizacji wprowadził pseudonimy numeryczne. Ludzie nie znali więc swoich nazwisk, a jedynie numery. W ciągu wielu lat badań udało mi się dotrzeć ledwie do 30–40 Muszkieterów i zidentyfikować około 200 nazwisk. Ale żadna ze zdobytych relacji ani żaden z dokumentów nie wspominały o tym, by organizacja bez Witkowskiego nadal działała i walczyła.

A jednak meldunek Bronisława Czarka, agenta Gestapo V-51, zdaje się nie zawierać żadnych wątpliwości – nie dość, że Muszkieterowie działają, to jeszcze zdołali dotrzeć do Wilczego Szańca, kwatery głównej Hitlera, gdzie mają swoich ludzi. Co więcej, udało im się wejść w posiadanie najnowszej instrukcji Kominternu, która nadeszła do Centralnego Komitetu PPR w Warszawie. Według tej instrukcji PPR miała przyjmować na nowych członków przede wszystkim ludzi z kręgów przestępczych. „W pierwszym rzędzie – pisze Czark – należy uprzywilejować skazanych i kryminalistów, ponieważ ten rodzaj członków w innych krajach spełnia wszystkie warunki i nadzieje niezbędne w walce przeciwko istniejącym porządkom państwowym".

Aresztowania i śledztwo

W dokumencie z 16 stycznia 1943 r., raporcie agenta 5951 (nie wiemy, kim jest) skierowanym do komendanta Policji Bezpieczeństwa w Radomiu SS-Obersturmbannführera Fritza Liphardta po raz pierwszy pada nazwisko inżyniera Włoczkowskiego, jednej z najważniejszych postaci tej historii: „W postępowaniu przeciw tajnej organizacji Muszkieterowie został wymieniony również były polski pułkownik lub podpułkownik Lucjan Włoczkowski. Występuje on pod pseudonimem Maciej Brózda i Ruszczyc. Jest poważnie obciążony. Przede wszystkim usiłował wspólnie z kierownictwem organizacyjnym Muszkieterów utworzyć tajną organizację PAP [Polska Armia Pracy], względnie włączyć ją do ZWZ. Ponadto zamierzał przeorganizować w Warszawie KOP [Korpus Obrońców Polski]. W tym względzie jego działalność nie odniosła skutków".

18 marca 1943 r. do rąk SS-Hauptsturmführera Alfreda Spilkera w Warszawie trafia informacja, że 4 marca 1943 r. został ujęty i jest przesłuchiwany inżynier Włoczkowski, który przyznał się, że nosił pseudonimy Ruszczyc oraz Maciej Brózda i był w Muszkieterach jednym z zastępców Witkowskiego. Czasowo zatrzymany został także Stanisław Sz. „Brandt". Tym samym śledztwo w sprawie Muszkieterów i ich dziwnych powiązań z kwaterą główną Führera znacznie przyspieszyło. Tak znacznie, że gdy krakowski agent „Ani" składał w kwietniu swój alarmistyczny meldunek o przygotowywanym zamachu na Hitlera i Göringa, radomskie Gestapo jako jedyne w całej GG mogło przedstawić wszystkie dane i szczegóły planowanego zamachu. Te ustalenia jako absolutnie tajne dokumenty wagi państwowej przekazywane były do Berlina do SS-Gruppenführera Heinricha Müllera i do SS-Hauptsturmführera Alfreda Spilkera w Warszawie wyłącznie przez kurierów.

Co się bowiem okazało: „Dzięki przesłuchaniu inżyniera Włoczkowskiego, który przejściowo był następcą komendanta KOP Boruckiego ps. Czarny i do czasu aresztowania był także kierownikiem politycznego sektora w KOP, stało się wiadomym, że Brandt był wewnątrz organizacji Muszkieterowie jeszcze za życia Witkowskiego alias »Dra Z« jego zastępcą i prowadził po śmierci »Dra Z« zastępczo nadal Muszkieterów". Pytaniem pozostawało, w jaki sposób i w jakim celu Muszkieterowie zorganizowali powiązania z kwaterą główną Hitlera. Jak udało się ustalić funkcjonariuszom Gestapo, krewny dr. Engelhardta mieszkającego w Warszawie, a będącego znajomym Stanisława Sz. „Brandta", ppor. Eugen von Engelhardt, był oficerem w kwaterze Hitlera, gdzie pełnił funkcję tłumacza. To był pierwszy trop prowadzący do Wilczego Szańca. Dr Engelhardt został więc natychmiast aresztowany, a w trakcie przesłuchań przyznał, że spotkał się z owym krewnym pięć–siedem razy w ciągu poprzednich dwóch lat. Czy mogłoby to jednak świadczyć o jego udziale w spisku na życie Hitlera?

Friedrich Stefan Engelhardt urodził się 22 marca 1896 r. w Warszawie. Dyplom lekarski otrzymał w 1931 r. Przed wojną mieszkał i praktykował jako lekarz ogólny w miejscowości Wapno w powiecie Wągrowiec w Wielkopolsce. Najpewniej wysiedlony przez Niemców w 1939 r. przedostał się do Warszawy, gdzie zamieszkał przy ulicy Marszałkowskiej 18 m. 11. Nie ma żadnych danych na temat jego obecności w podziemiu niepodległościowym. Był po prostu lekarzem. Został aresztowany w marcu 1943 r. i przewieziony do obozu przejściowego w Lublinie, a stamtąd 11 kwietnia 1943 r. do Auschwitz. Według niepotwierdzonych danych został zamordowany kilka miesięcy po przybyciu.

Inżynier Lucjan Tomasz Włoczkowski, drugi z aresztowanych w sprawie przygotowywanego przez Muszkieterów zamachu na Hitlera, urodził się 21 grudnia 1884 r. w Sierpcu. Był geologiem, kierownikiem szybów naftowych w Baku. W 1919 r. powrócił do Polski i zamieszkał w Radomiu. Żaden rocznik oficerski ani inny miarodajny dokument nie potwierdza jego rzekomego stopnia majora ani związków z wojskiem. Jednocześnie dokumenty pozostające w posiadaniu rodziny ujawniają jego obecność w Korpusie Obrońców Polski na stanowisku zastępcy szefa KOP w 1942 r. Aresztowany 4 marca 1943 r. we wrześniu tegoż roku został wywieziony do Auschwitz, gdzie otrzymał nr 162290. Według rodziny został rozstrzelany pod koniec 1943 r., choć według informacji otrzymanej po wojnie z Biura Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z Arolsen miał żyć jeszcze wiosną 1944 r. Razem z Włoczkowskim w marcu 1943 r. aresztowano jego żonę Michalinę i dwudziestoletnią córkę Marię Zofię. Obie zostały zamordowane w Auschwitz jeszcze w tym samym roku.

Rozpoznanie w Wilczym Szańcu

Ostatnim dokumentem podsumowującym wysiłki Gestapo w dotarciu do prawdy o planowanym przez Muszkieterów zamachu jest dokument nadzorującego całe śledztwo Alberta Spilkera. Odtwarzając sekwencję prawdopodobnych zdarzeń, Spilker wyjaśnia, że dr Friedrich Engelhardt, posiadając kontakty ze swym krewnym ppor. Eugenem von Engelhardtem z kwatery głównej Hitlera, poinformował o nich szefa sztabu KOP Stanisława Sz. „Brandta"(„personalnie to ten sam co agent 7352 komendanta Warszawy"). Okazało się, że Stanisław Sz. alias „Brandt" utrzymywał znajomość, a nawet przyjacielskie stosunki z kierownikiem organizacji Muszkieterowie Stefanem Witkowskim. Należy więc przypuszczać – konstatuje Spilker – że tą drogą informacja o ppor. von Engelhardcie dotarła do Witkowskiego, w związku z czym ten ostatni nawiązał kontakty wywiadowcze z Wilczym Szańcem. Jakąś niewyjaśnioną przez Spilkera rolę odgrywała też w tej sprawie Irena Komorowska z domu hrabina Lamesan (ur. 15 kwietnia 1904 r. w Krakowie), wytypowana do aresztowania przez komendanta Krakowa. W świetle przesłuchań dr. Engelhardta miała być ciotką ppor. von Engelhardta, którą ten kilkakrotnie odwiedził. Rzecz wydaje się o tyle ciekawa, że Irena Komorowska to żona gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, zastępcy dowódcy Armii Krajowej gen. Stefana Grota-Roweckiego, który w pierwszym, krakowskim okresie okupacji był związany z Muszkieterami. Czyżby więc w planowaniu zamachu na Hitlera uczestniczyli obok Witkowskiego i jego Muszkieterów także dowódcy Armii Krajowej?

„Podsumowując – pisze Spilker – należy jeszcze raz podkreślić, że dzięki zabezpieczeniu materiału archiwalnego organizacji Muszkieterowie został potwierdzony dowód powiązania Muszkieterów z kwaterą główną Führera". I dalej: „W związku z błyskawicznym telegramem z 14 kwietnia 1943 r. komendanta Krakowa, zawierającym podejrzenie o zamach na Führera i marszałka Göringa, trzeba jeszcze wspomnieć, że według wypowiedzi zatrzymanego Włoczkowskiego organizacja Muszkieterowie miała także powiązania wywiadowcze z bolszewikami. W związku z tym wydaje się, że meldunek dotyczący planowanego zamachu bolszewików w porozumieniu z Intelligence Service jest realny. Niewątpliwie planowany zamach miało poprzedzić rozpoznanie wywiadowcze kwatery głównej Führera. Tym samym zamachowców albo zleceniodawców należy szukać w tych kręgach, które pośrednio lub bezpośrednio mają powiązania z kwaterą główną Führera. W sprawie tamtejszych dochodzeń przeciwko ppor. von Engelhardtowi proszę mnie usprawiedliwić z powodów wywiadowczych". Jak z tego wynika, druga ścieżka śledztwa dotyczyła oficerów z Wilczego Szańca – ppor. von Engelhardta i jakiegoś oficera z parku maszynowego. O ich losie nic nie wiadomo.

Epilog

Dokumenty dotyczące tego zamachu na Hitlera, traktowanego przez Spilkera i radomskie Gestapo z całą powagą, zostały ukryte przed historią. Te nieliczne, które jakimś cudem ocalały, świadczą, że rzeczywiście polskie podziemie przygotowywało zamach na Hitlera. Nie mógł jednak dojść do skutku, gdyż jego główny reżyser Stefan Witkowski już nie żył, zamordowany przez bezwzględnych konkurentów ze służb Armii Krajowej. I najpewniej nikt za niego nie wydałby rozkazu uruchamiającego akcję likwidacji Hitlera. Nie sposób dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, czy to przedsięwzięcie miało szansę na sukces. O śmierci Hitlera, największego zbrodniarza w dziejach, marzyło wielu. Historia doliczyła się aż 46 zamachów na Hitlera. Tyle że większość z nich badacze nazywają zamachami intencyjnymi. Notują bowiem jedynie szlachetny zamiar i niewiele więcej.

Dwa polskie zamachy – pierwszy z 5 października 1939 r., kiedy na trasie triumfalnego przejazdu Hitlera w Warszawie ukryto pod jezdnią 500 kg trotylu, którego eksplozja zabiłaby wszystkich w promieniu 200 metrów; i drugi, w którym w Wilczym Szańcu 20 kwietnia 1943 r. od kul oficerów, przeciwników Hitlera, miał zginąć on sam, a na dodatek marszałek Göring – na pewno nie były zamachami intencyjnymi. I w jednym, i w drugim wypadku przygotowania były rzeczywiste i realne. Choć najpewniej oba polskie zamachy na Hitlera wymagają jeszcze niemało badań, by znaleźć wszystkie odpowiedzi na rodzące się wciąż pytania, to jednocześnie dobrze się dzieje, gdy historia nawet po tylu latach przedstawia ojczyźnie jej nieznanych, nowych bohaterów. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA