fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Tragiczny lot Kopernika i katastrofa na Okęciu

Przez parę tygodni zbierano z fortecznej fosy wszystkie kawałki zniszczonej maszyny; do najmniejszych
PAP
37 lat temu w pobliżu Okęcia rozbił się polski samolot pasażerski wracający ze Stanów Zjednoczonych. Była to największa wówczas katastrofa w historii naszego lotnictwa.

Kwadrans po godz. 11, 14 marca, 1980 roku, na niecały kilometr przed pasem startowym runął na ziemię ił 62 „Mikołaj Kopernik” z 87 osobami na pokładzie. Wszyscy zginęli. Ówczesne władze próbowały lekceważyć ten wypadek i to z wielu powodów. Warszawiacy wiedzieli o nim wyłącznie z komunikatów Polskiej Agencji Prasowej.

Pracowałem wtedy w „Słowie Powszechnym”, którego jeden z dziennikarzy dostał telefon o katastrofie. I około godz. 15 pojechaliśmy wraz z fotoreporterem na miejsce nieszczęścia. Zostawiliśmy samochód w rejonie ulicy Łopuszańskiej i szliśmy opłotkami równolegle do alei Krakowskiej. Przed ulicą Krakowiaków stał kordon ZOMO, a w dali zobaczyłem żołnierzy. Oczywiście przepędzili nas, nie zważając na legitymacje prasowe. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że samolot spadł na fort, w którym była jednostka wojskowa; stąd i żandarmeria w tle.

W redakcji powiedziano mi, że w międzyczasie cenzor odradził pisanie własnych materiałów, bo nie będą wydrukowane. Puszczano tylko komunikat PAP.

Samolot wystartował z Nowego Jorku z niemal dwugodzinnym opóźnieniem, spowodowanym złymi warunkami atmosferycznymi. Doleciał do Warszawy bez kłopotu i na 40 sekund przed wylądowaniem wieża kontrolna straciła z nim kontakt. Tak podawały pierwsze komunikaty. Później dowiedzieliśmy się, że czarna skrzynka przestała działać na 26 sekund przed końcem lotu, gdyż przerwane zostało jej zasilanie.

Gdy po roku naprawiałem samochód u znanego gaźnikowca mającego warsztat, o ile pamiętam, w rejonie stacji WKD Raków na trasie dolotu do Okęcia, powiedział mi: „Wie pan, ja widziałem ten samolot, który spadł. Słyszałem dziwną pracę silnika, coś huknęło i pokazał się z tyłu dym. A potem było po wszystkim”.

Samolot gwałtownie obniżył lot i spadł do fosy. Fort VI, zwany czasami Okęcie, znajduje się około ćwierć kilometra na zachód od alei Krakowskiej. Wybudowany został w latach 80. XIX wieku, a po roku 1909 jego część wysadzono w powietrze w ramach likwidowania twierdzy Warszawa, co wynikało ze zmiany ówczesnych planów rosyjskich. Prawdopodobnie wtedy uszkodzono systemy odwadniające i sucha fosa została zalana wodą. W marcu 1980 roku pokryta była kilkunastocentymetrowym lodem.

Maszyna uderzyła w wał ziemny przy zakończeniu fortecznego rowu. Wyliczono, że odbyło się to z prędkością około 380 kilometrów na godzinę. Kokpit pękł i jeden z pilotów wyleciał do przodu. Ogon oderwał się (niektórzy twierdzili, że jeszcze przed uderzeniem), a kadłub rozpadł się na drobne kawałki, tnąc pasażerów jak maszynka do mięsa. Mężczyzna mieszkający w pobliżu, który zaraz potem podbiegł do fortu, opowiadał mi, że gdy zobaczył tę jatkę, to zwymiotował. Po latach, drogą dziennikarską, dostałem do obejrzenia profesjonalne strażackie zdjęcia resztek w fosie. Przestałem się dziwić, że krewnym nie pokazują zawartości trumien.

W PRL-u był taki zwyczaj, że całe rodziny odprowadzały pasażerów na Okęcie i całe tłumy ich witały. Jak powiedzieć takim ludziom, co się stało? Ił 62, który wpadł do fosy, nie wybuchł ani się nie zapalił. Nie było takiego słupa dymu, jak siedem lat później na Kabatach. Więc nikt z oczekujących nie spodziewał się... To, co potem miało tam miejsce, nie nadaje się do opisania. Ludzie mdleli, histeryzowali, wzywano lekarzy...

Biuro Polityczne KC PZPR, Rada Państwa i Rada Ministrów wyrażają głęboki żal i współczucie rodzinom ofiar katastrofy lotniczej - oświadczenie zamieszczone przez wszystkie dzienniki 15 marca 1980 roku

Następnego dnia gazety podały standardowy komunikat i zamieściły listę ofiar. W kolejnych dniach „Życie Warszawy” i „Trybuna Ludu” prawie o tym już nie pisały. 21 marca warszawiacy dowiedzieli się, że saperzy wybudowali drogę dojazdową do fosy i zaczęli wypompowywać wodę za pomocą urządzeń sprowadzonych z kopalni Bogdanka. 25 marca odbył się pogrzeb, który poprzedziła msza święta w kościele garnizonowym. Tylko katolickie „Słowo Powszechne” wspomniało o niej i o fakcie, że celebrowana była przez dziesięciu księży kapelanów. No, ale kogo to miało obchodzić, skoro trzy dni wcześniej odbyły się wybory do Sejmu oraz rad wojewódzkich. „Wszyscy głosujemy na kandydatów do FJN”, czyli Frontu Jedności Narodu – agitowało „Życie Warszawy”. Głosowaliśmy i znowu wygraliśmy. I wygrał towarzysz Edward Gierek, szefujący najsłuszniejszej partii. Do wypadków sierpniowych na Wybrzeżu pozostało jeszcze pięć miesięcy...

31 marca dowiedzieliśmy się, że samolot miał na pokładzie tonę paliwa, co wystarczyłoby na godzinę lotu. No i że szukano silników maszyny. A potem zapadła cisza.

Wątpliwa jawność życia sprawiła, iż mało kto wierzył komunistycznym władzom. Po mieście krążyły plotki, w tym jedna dość prawdopodobna, wedle której władza chciała zwalić winę na pilotów. Ponieważ ludzie pocztą pantoflową dowiedzieli się już o awarii silników, dawali wiarę historii, wedle której personel LOT zagroził strajkiem w przypadku obciążenia załogi samolotu. W końcu prawda wyszła na jaw – nieszczęście wydarzyło się z powodu błędu konstrukcyjnego i złego wykonania silników. Samolot ił 62 miał przy ogonie po dwa silniki z każdej strony; awaria jednego mogła zniszczyć sąsiednie. Rozleciał się ten środkowy z lewej. Odłamki rozerwały skrajny napęd i środkowy z prawej strony, a do tego uszkodziły system sterów, które nie były zdublowane. Inne szczegóły nie są ważne – istotne, że w oficjalnym komunikacie postawiliśmy się radzieckiemu producentowi i prawda poszła w świat.

Po ówczesnej Warszawie krążyła jeszcze historia o rzekomym uprowadzeniu przez arabskich szejków piosenkarki Anny Jantar, która wracała z USA. Miano ją porwać w Nowym Jorku, a katastrofę zaaranżować dla zatarcia śladów. I ludzie dawali wiarę tej bredni, co dziś wydaje się nieprawdopodobne, ale w 1980 roku, gdy cenzura decydowała o wszystkim, każda teoria spiskowa znajdowała posłuch.

Wypadek iła 62 nie był pierwszą wielką katastrofą pasażerską na Okęciu. Poprzednia miała miejsce w 1962 roku, kiedy to samolot typu Viscount należący do LOT-u rozbił się podczas lądowania w bardzo trudnych warunkach. Zginęły wtedy 33 osoby, a winą obciążono załogę. Po wielu latach twierdzono, iż nie działała wówczas jedna z dwóch radiolatarni Okęcia, ale o tym pilotów nie powiadomiono.

Nieszczęście z roku 1980 los powtórzył po siedmiu latach, gdy z podobnej przyczyny runął kolejny ił 62M „Tadeusz Kościuszko”, tym razem na Las Kabacki. Na pokładzie był komplet pasażerów; zginęły 183 osoby. Po upadku komuny pozbyliśmy się wszystkich iłów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA