fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Robert Frost: Polska, Litwa, unia jednakowo ważnych

Unia polsko-litewska od początku była konstrukcją wspólną, a nie czymś wymuszonym na Litwinach. Na zdjęciu przechowywany w Krakowie pergaminowy dokument unii krewskiej z 1385 r.
Wikipedia
Poznając wszystkie negatywne interpretacje unii polsko-litewskiej, zadawałem sobie pytanie: jeżeli była ona takim kiepskim pomysłem, dlaczego w ogóle powstała i dlaczego trwała ponad 400 lat?

1 lipca 1569 r. na sejmie walnym w Lublinie podpisano porozumienie pomiędzy stanami Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, które przeszło do historii jako tzw. Unia Lubelska dająca początek Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Uchwałą Sejmu RP z 20 lipca 2018 oraz uchwałą Senatu RP z 20 grudnia 2018, rok 2019 został ustanowiony Rokiem Unii Lubelskiej. W 450. rocznicę zawarcia unii lubelskiej przypominamy tekst Roberta Frosta, który ukazał się w "Plusie Minusie" w styczniu 2018 roku.

Edward Gibbon, autor słynnej książki „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego", stwierdził kiedyś, że „historia jest niczym więcej, niż rejestrem zbrodni, głupot i nieszczęść ludzkości". Gibbon, wielki paladyn oświecenia, patrzył z ogromną dozą cynizmu na przeszłość. Według niego odpowiedzią na pytanie „dlaczego upadł Rzym" było jedno słowo: „chrześcijaństwo".

Jego poglądy były skandaliczne nawet w epoce Woltera, Jeana-Jacques'a Rousseau oraz Davida Hume'a. Dzisiaj jednak wielu historyków coraz częściej kieruje się zasadami Gibbona. Według nich historyk powinien być sędzią, surowo ganiąc przestępstwa ludzi w przeszłości według zasad etycznych naszych czasów. Osobiście nie jestem do tego przekonany. Jestem historykiem, nie filozofem moralności. Jak zasadnie stwierdził L.P. Hartley (brytyjski pisarz – red.): „Przeszłość jest jak obcy kraj: tam wszystko robią inaczej".

Tak więc zgadzam się ze stwierdzeniem Marka Blocha (francuskiego badacza średniowiecza – red.), że „szatańskim wrogiem historii prawdziwej jest mania osądzania. Historycy powinni wytłumaczyć, a nie sądzić. Najważniejszym dla nich słowem jest »dlaczego?«".

* * *

Właśnie w tym duchu podchodziłem do pisania swojej książki („The Oxford History of Poland-Lithuania. Volume I: The Making of the Polish-Lithuanian Union, 1385–1569" – red.). Pod koniec lat 90. Robert Evans, redaktor serii o historii Europy nowożytnej, zaprosił mnie do Oksfordu i zapytał, czy chciałbym napisać historię Polski w ramach tej serii. Odpowiedziałem „nie", bo państwo polskie tworzyło tylko część większej wspólnoty politycznej: Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wobec tego powiedziałem prof. Evansowi, że owszem, chętnie bym pisał książkę, lecz o unii polsko-litewskiej, nie o Polsce.

W zasadzie pisałem książkę dla siebie, bo chciałem rozumieć, a im więcej czytałem o tej unii, tym mniej rozumiałem. Jej historia została bowiem napisana prawie wyłącznie przez pryzmat historii narodowej. W naszym fachu historia polityczna jest do dziś zdecydowanie historią państw i narodów, a najczęściej państwa narodowego. Buduje się pomniki poświęcone pamięci bohaterów narodowych: w Szkocji to William Wallace i Robert the Bruce, którzy walczyli o niepodległość Szkocji przeciwko Anglikom; na Ukrainie to Chmielnicki; na Litwie Giedymin i Witold; w Polsce Kościuszko i Pułaski. Istnieją pomniki Roberta Schumana w Thionville, w Luksemburgu, i w Brukseli, ale ludzie raczej nie świętują pod nimi, jak nacjonaliści co roku w Aberdeen świętują pod ogromnym pomnikiem Williama Wallace'a.

Niestety, nie buduje się pomników poświęconych założycielom unii. Odwrotnie, na Litwie przez dłuższy czas Jagiełło był uważany za zdrajcę; w Szkocji poeta Robert Burns określił sygnatariuszy aktu unii z Anglią w 1707 roku jako „bandę drani w narodzie".

Generalnie historycy polscy nie mają aż tak negatywnej opinii o unii polsko-litewskiej, ale Bobrzyński uważał, że: „unia ta w tej postaci, jak ją zawarto, była jednak zasadniczym błędem. Nie na to naród polski przez dwa wieki nad cywilizacją wschodnich pustkowiów krwawym potem pracował, aby ostatecznie z krajów tych stworzyć gniazdo możnowładczej anarchii i buty".

Dla wielu historyków litewskich, ukraińskich i białoruskich unia była katastrofą i ważną przeszkodą na drodze do stworzenia nowoczesnego narodu. Idea jagiellońska była dla nich wyrazem polskiego imperializmu. Według nich przez unię i przez „polonizację" narody litewski, ukraiński i białoruski straciły swoje elity; wobec tego ich rozwój kulturalny został poważnie zahamowany i opóźniony.

* * *

Czytając te negatywne interpretacje, zadałem sobie dwa zasadnicze pytania. Jeżeli unia była takim kiepskim pomysłem, dlaczego w ogóle powstała i dlaczego trwała ponad 400 lat? Większość unii w średniowieczu i w czasach nowożytnych była krótkotrwała. Ta polsko-czeska za Wacława II trwała ledwie pięć lat; dwie unie polsko-węgierskie – jedna dwanaście lat, druga cztery; polsko-szwedzka – osiem lat. Nie będę wspominał o długotrwałości unii Wielkiej Brytanii z Europą. To jest temat drażliwy. Natomiast podstawa unii polsko-litewskiej musiała być bardziej solidna niż wiele innych z tego okresu. Na czym polegał sekret jej długotrwałości?

W książce rozwijałem dwie podstawowe koncepcje. Po pierwsze, że unia od samego początku była konstrukcją wspólną, a nie czymś wymyślonym przez Polaków i wymuszonym na Litwinach i Rusinach. Sama unia była procesem; ostateczny kształt, zatwierdzony w Lublinie w 1569 roku, był wynikiem długiego dialogu między elitami Królestwa Polskiego oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego. Co więcej, wynikiem tego długiego dialogu było zwycięstwo nie polskiej, lecz litewskiej koncepcji stosunków między dwoma państwami w ramach unii.

Żeby zrozumieć to twierdzenie, dosyć chyba odważne, trzeba się zastanowić nad drugą podstawową koncepcją książki. Należy odrzucić tradycyjny pogląd, zgodnie z którym unia przed 1569 rokiem miała charakter wyłącznie personalny lub dynastyczny i była na tyle luźna, że trzykrotnie ją zrywano na skutek niezależnych elekcji na wielkoksiążęcy tron Świdrygiełły (1430), Kazimierza Jagiellończyka (1440) i Aleksandra (1492).

Rozumowanie to oparte jest na wątpliwych podstawach. Historycy od dawna spierali się o znaczenie niejasnego słowa „applicare" użytego w akcie krewskim z 1385 roku, pytając przy tym o konsekwencje owego „włączenia" Wielkiego Księstwa do Korony i odwołując się do anachronicznych nowożytnych koncepcji suwerenności i państwowości. Krewo nie było jednak prostą umową między dwiema dynastiami; występuje w nim jeszcze jedna strona, którą jest wspólnota polityczna Korony polskiej (communitas regni). Tak więc dla polityków polskich wstąpienie Jagiełły na tron w 1386 roku ustanawiało relację silniejszą niż prosta unia personalna. Stąd właśnie wzięła się wśród polskiej elity politycznej opinia, że Polska i Litwa złączone zostały unią poprzez akcesję lub inkorporację – koncept znany ówczesnym teoretykom – i w konsekwencji Wielkie Księstwo Litewskie stało się częścią królestwa, co potwierdzono w pierwszym punkcie unii horodelskiej z 1413 roku. Na wypadek jakichś wątpliwości powtórzono, że Jagiełło raz jeszcze inkorporuje i włącza je do królestwa.

Historycy często ignorują ten punkt aktu unii horodelskiej, powołując się na fakt, że w innym miejscu dokumentu mowa jest o wyborze nowego wielkiego księcia po śmierci Witolda, co – jak sugerują – świadczyć ma, że litewska „suwerenność" i „państwowość" zostały zachowane. Ale, jak już wskazano, pojęcia „suwerenność" i „państwowość" w swej współczesnej postaci narodziły się później i w związku z tym są anachroniczne w odniesieniu do średniowiecza. Trafniejsze jest przyjęcie, że umieszczenie tego punktu w dokumencie było celowe i że jego znaczenie należy odczytywać literalnie.

* * *

Ważnym pytaniem jest za to kwestia, co rozumiano pod pojęciem inkorporacja, bowiem pojęcie to nigdzie nie zostało sprecyzowane, a jeśli już o tym mówiono, to używając niejednoznacznych sformułowań. W akcie krewskim Jagiełło obiecał „przyłączyć" Litwę nie do polskiego Regnum (królestwa), lecz do Korony Królestwa Polskiego (Corona Regni Poloniae), a więc nie do państwa terytorialnego, lecz podmiotu utożsamianego ze wspólnotą polityczną królestwa tworzoną przez jego obywateli. Witold znakomicie zrozumiał, że nawet po zwycięstwie nad zakonem krzyżackim realizacja jego własnej, bardzo ambitnej zresztą polityki dynastycznej na Wschodzie nie byłaby możliwa bez pomocy Jagiełły i Polski. Dlatego właśnie gotów był zaakceptować te sformułowania, tym bardziej że Jagiełło od samego początku wojny z zakonem nie zaniedbywał regularnych konsultacji z kuzynem i gotów był popierać jego zamiary na Wschodzie.

Ani Witold, ani Jagiełło nie kierowali się w swych działaniach anachronicznymi koncepcjami suwerenności narodowej czy państwowej, przez pryzmat których często się ich dziś osądza. Obaj byli politykami myślącymi w kategoriach dynastycznych i właśnie z powodów dynastycznych Witold w tym samym stopniu co Jagiełło był architektem unii horodelskiej. Nie domagał się niepodległości dla Litwy, był jedynie zwolennikiem innego modelu unii, która rzeczywiście była „separatystyczna" w tym sensie, że Witold widział jej cel nie w podporządkowaniu Polsce tożsamości Litwy, lecz w utrzymaniu jej przez zachowanie odrębności Wielkiego Księstwa w ramach unii. Związek polsko-litewski był dla Witolda unią „aeque principaliter", czyli taką, w której obie strony mają równy status, a horodelską adopcję 47 rodów litewskich – wszystkie wybrał osobiście – traktował jako stworzenie zarodka litewskiej „communitas regni" mającej na celu zrównoważenie jej polskiego odpowiednika.

Bardzo się ucieszyłem, kiedy podczas mojego pobytu w Krakowie w październiku zeszłego roku, prof. Wacław Uruszczak wręczył mi mały traktat, który napisał po lekturze mojej książki. Powiedział mi, że był trochę zaniepokojony, że po tylu latach historycy polscy jeszcze nie byli w stanie powiedzieć dokładnie, co to znaczy „applicare". Więc zabrał się do tematu. Okazuje się, że „applicare" nie było terminem prawnie nieznanym, lecz terminem prawa kanonicznego odnoszącym się do unii beneficjów i kościołów. Takie unie kościelne zakładano na podstawie inkorporacji, ale inkorporacji na zasadzie równości dwóch stron.

* * *

Historia prawa kanonicznego i długich, nudnych negocjacji nie nadaje się zbytnio do telewizji czy utworów popularnych. Można pokazać stare, zakurzone dokumenty, ale mało kto jest w stanie je rozszyfrować i niwielu zaintersuje, co naprawdę znaczy „applicare".

Natomiast wracając do Gibbona, istotne jest, że historycy pokazują, że takie stare dokumenty są ważne i że historia jest czymś znacznie więcej niż tylko rejestrem zbrodni, głupot i nieszczęść. Sto lat po śmierci Gibbona John Richard Green, badacz dziejów Anglii, pisał: „Zarzuca się historykom, że za często czynią z historii zwykły katalog jatki ludzi dokonanej przez sąsiadów". Sam wolę studiować tematy bardziej pozytywne: te nudne negocjacje w językach zapomnianych, podczas których politycy i dyplomaci strasznie się kłócili, ale w końcu osiągnęli zgodę. Rzeczpospolita Obojga Narodów była wynikiem takiego procesu. Przynajmniej starała się – nie zawsze skutecznie – o tolerancję, o zgodę, w ramach nie „państwa", lecz „rzeczypospolitej". Unia lubelska stworzyła nie państwo – jak unia brytyjska – ale jedną rzeczpospolitą. Ale to już inna historia, o której będę pisał w drugim tomie.

Prof. Robert Frost jest historykiem z Uniwersytetu Aberdeen w Wielkiej Brytanii

Tekst jest skróconą wersją wykładu wygłoszonego podczas uroczystości wręczenia prof. Frostowi nagrody w konkursie MSZ na najlepszą publikację obcojęzyczną promującą historię Polski – za książkę „The Oxford History of Poland-Lithuania. Volume I: The Making of the Polish-Lithuanian Union, 1385–1569"

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA