fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Wyrodny syn Kościoła

Jan Puzyna, herbu Oginiec, biskup diecezjalny krakowski w latach 1895–1911
Wikipedia
Jan Puzyna jako biskup Krakowa został czarnym charakterem epoki zarówno dla wiernych, jak i wrogów Kościoła katolickiego. Czy słusznie?

Krakowski salon miał go za obskuranckiego despotę, w dodatku z łatką narodowego zaprzańca. Świat – za marionetkę zacofanej Austrii, użytą do zatrzymania modernistycznego zwrotu w Kościele. Lwia część wizerunku kardynała pochodzi od osób, którym zaszedł za skórę, a naraził się niemal wszystkim po drodze.

Spóźnione powołanie

Dojrzewanie do stanu duchownego zabrało Janowi Puzynie pół życia. Z lwowskim dyplomem prawa i doktoratem Uniwersytetu Karola zrazu wybrał cywilną karierę, awansując w instytucjach skarbowych Galicji. Miał 34 lata, posadę komisarza Dyrekcji Skarbu, a nawet plany matrymonialne, gdy w 1876 r. rzucił wszystko z dnia na dzień. Podobno pod wpływem rekolekcji u jezuitów Puzyna wstąpił do seminarium w Przemyślu. Gruntownego wykształcenia miał nadto, studia więc ukończył w dwa lata, ale dał pretekst przytykom, że grzęźnie w teologicznych płyciznach.

Nie byłby to problem dla wikarego w Przeworsku, gdzie trafił na pierwszą posługę, lecz kościelna kariera Puzyny szybko nabrała rozpędu. Został kanonikiem w Przemyślu i prorektorem seminarium, zasiadł w sądzie biskupim i kierował restauracją tamtejszej katedry. Po ośmiu latach od przyjęcia święceń kapłańskich był już biskupem pomocniczym Lwowa, a ze względu na wiek i choroby abp. Morawskiego de facto rządził diecezją.

W Puzynie widziano następcę metropolity lwowskiego, lecz w 1894 r. zmarł Albin Dunajewski, arcybiskup Krakowa, a sprawę skomplikował o. Henryk Jackowski, który odmówił przyjęcia infuły. Skutkiem poufnych porozumień tronu z ołtarzem Wiedeń zatwierdził nominację Puzyny.

Nowy biskup wniósł na Wawel świeżą energię, imponując zapałem i skutecznością. Ślimacząca się restauracja katedry nabrała tempa, zyskując komitet nadzorczy i plan renowacji, ledwo Puzyna zjawił się w pałacu biskupim. Umiał przy tym zdobyć konieczne środki, nie szczędząc grosza z własnej kieszeni. Nie minęło pół roku, jak święcił odnowioną kaplicę Zygmuntowską, za czym szło przywrócenie blasku kolejnym częściom budowli – od ołtarzy po królewskie nagrobki, wszystko zaś rozświetliły elektryczne żarówki.

Podniósł z ruin puste od wieku i spalone mury opactwa w Tyńcu, zmieniając część klasztoru w letni ośrodek dla studentów, koronował obraz Matki Boskiej Bolesnej u franciszkanów i łożył na prasę katolicką dla chłopów i miejskiej biedoty. Założył Muzeum Diecezjalne i seminarium, przy czym trudno zliczyć, ile zdolnej młodzieży posłał własnym kosztem na zagraniczne studia.

Jednak cokolwiek uczynił albo zaniechał, Puzyna nie zaskarbiał sobie publicznej sympatii, za to z wielkim talentem pomnażał wrogów. Po części winne były okoliczności – rozmarzony Kraków kochał Dunajewskiego za ciepłą dobroduszność, odkrywając w Puzynie przeciwieństwo zmarłego biskupa. W istocie, będąc synem napoleońskiego oficera i córki gen. Józefa Dwernickiego, dyscyplinę i poczucie hierarchii miał we krwi. Ceniąc konkret, nie cierpiał krakowskiego rozgadania, patosu i dzielenia włosa na czworo. Nie miał do tego serca ani cierpliwości, czym zrażał większość rozmówców. Co gorsza, nigdy nie zmieniał decyzji i z żadnej się nie tłumaczył. Jego słaby głos, ginący w wawelskiej katedrze – a przy tym nonszalancki pośpiech w odprawianiu liturgii – rozczarował wiernych już podczas ingresu, lecz prawdziwe katastrofy biskup miał jeszcze przed sobą.

Burza w kaplicy Sykstyńskiej

Gdy w 1903 r. umierał Leon XIII, Puzyna nosił już kardynalski kapelusz, toteż mógł uczestniczyć w konklawe. Za faworyta elekcji uchodził watykański sekretarz stanu, kardynał Mariano Rampolli del Tindaro, i po trzecim dniu głosowania rzeczywiście był bliski wyboru. Wtedy Puzyna odczytał weto Franciszka Józefa wobec kandydatury Rampolliego, a z powodu niedowierzania zebranych i jego anemicznego głosu, biskup powtarzał oświadczenie trzy razy, nim treść dotarła do kardynałów.

Podstawą sprzeciwu cesarza było archaiczne prawo ekskluzywy pozwalające władcom Francji, Austrii i Hiszpanii wykluczyć jedną kandydaturę podczas konklawe. Rzadko korzystano z niego otwarcie, gdyż zwykle starczały zakulisowe naciski mocarstw, uchodzących za obrońców Kościoła i papieskiego państwa. Jednak w 1903 r. prawo uważano za wygasłe – zwłaszcza że Patrimonium Sancti Petri dawno nie istniało.

Kardynałowie głośno okazali zgorszenie ingerencją w suwerenność Kościoła, ale choć mogli zignorować weto, poparcie dla Rampolliego gwałtownie zmalało, a papieżem wybrano kardynała Sarto. Pierwszą decyzją Piusa X było obłożenie ekskomuniką każdego, kto zechce użyć ekskluzywy w przyszłości, lecz po dwóch rozmowach z kard. Puzyną, Rampolli stracił w Kurii wszystkie stanowiska i wpływy.

Wystąpienie Puzyny wywołało wzburzenie na świecie, ale największe w Krakowie i wśród polskich wiernych. Ogłoszono, że kardynał upodlił się lokajstwem wobec zaborcy, uczestnicząc w niegodziwej misji, odrzuconej nawet przez Niemców. Był okrzyknięty wyrodnym synem Kościoła, a nawet pruskim agentem, ponieważ zdaniem wielu inspiracja wyszła z Berlina. Wściekły tłum ruszył na pałac biskupi, tłukąc kamieniami okna, aż musiała interweniować policja.

Przyczyn ekskluzywy szukano w osobistych porachunkach cesarza z Rampollim, który utrudniał katolicki pogrzeb arcyksięcia Rudolfa, gdy ten popełnił samobójstwo (a może było to morderstwo na zlecenie?). Watykańskiego sekretarza stanu bolało również zbliżenie Austrii z Włochami, które były najbliższym wrogiem papiestwa, dlatego wsparł politycznych wrogów Habsburgów.

Swoim zwyczajem Puzyna do zarzutów i całej sprawy się nie odnosił. Tylko raz skomentował zajście, sugerując, że to nie Austria się nim posłużyła, ale on Austrią. I rzeczywiście istnieją przesłanki, by sądzić, że za ekskluzywą stał sam kardynał. Puzynie przeszkadzało w Rampollim, że nigdy nie pełnił diecezjalnej posługi, a zawsze był tylko politykiem. Kościół zaś potrzebował duszpasterza z prawdziwego zdarzenia, a nie makiawelicznego dyplomaty – nie mówiąc o tym, że sekretarz stanu uchodził za najwyżej postawionego w Rzymie masona. Nadto był frankofilem, a Francja od dawna nie była Kościołowi przyjazna. Tymczasem mówiono, że rząd wymusił na francuskich kardynałach wybór Rampolliego.

Słyszano również o planie niedoszłego papieża, by zbliżyć Kościół do Cerkwi. Rampolliemu marzyła się nawet unia Wschodu z Zachodem, a przynajmniej wygodne dla Rzymu ułożenie stosunków. Watykańskiej eminencji cena wydawała się niska – Petersburg dawno nakłaniał Rzym do wymuszenia posłuszeństwa Polaków. Wyrzucenie polskiego z katechezy, krucht i plebanii oraz los podlaskich unitów nie zdawało się Rampolliemu wielkim poświęceniem ze strony Kościoła. O jego niechęci do Polaków miały świadczyć szykany wobec narodowych pielgrzymek do Rzymu.

Stąd śmierć Leona XIII uruchomiła alarm w zaborze rosyjskim. Z Wilna zjechał do Krakowa hr. Plater-Zyberk, by zdążyć na rozmowę z Puzyną przed jego wyjazdem do Rzymu. Kardynał zaś wstąpił do Wiednia na poufne spotkanie z Agenorem Gołuchowskim, ówczesnym premierem austriackiego rządu, przez którego otrzymał cesarską ekskluzywę.

Co ciekawe, Puzyna nie krył zamiarów, z jakimi wszedł do Sykstyny. Od początku deklarował, że jeśli Rampolli zostanie papieżem, będzie mu służył z pełnym oddaniem, lecz zrobi wszystko, aby do tego nie doszło. Potem wziął pełną odpowiedzialność na siebie, odmawiając wszelkich wyjaśnień.

Wróg publiczny Krakowa

Puzynie nie brakło też konfliktów na własnym podwórku. Specyficznie dla Krakowa większość dotyczyła spraw symbolicznych, a urażonych ambicji szczególnie. Wyjątkowo drażliwa była sprawa Wawelu, a zwłaszcza renowacji katedry. Miejsce arcyważne dla Krakowa, ale i całego narodu, które stało na powszechnym widoku. Dodawszy walkę o sławę i prestiż, ktokolwiek podjął się dzieła, kroczył po polu minowym, na którym prostolinijność Puzyny gwarantowała ofiary.

Mniejsza o odrzucenie radykalnych planów Wyspiańskiego i Ekielskiego, rojących o przebudowie Wawelu na polski Akropol. Gorzej, że Wyspiański nie mógł zaprojektować nawet katedralnych witraży, co jego wielbiciele odebrali jako przejaw ignorancji i obrazę geniuszu, a przy tym zemstę biskupa za „Klątwę". Tymczasem Puzyna zdał się na autorytet uznanego historyka sztuki, hr. Lanckorońskiego, a ten uważał formalne eksperymenty za zamach na symboliczną i historyczną integralność katedry. Lanckoroński miał też wpływ na odsunięcie Mehoffera od polichromii w skarbcu katedralnym, ganiąc w jego sztuce sakralnej nadmiar erotyzmu. Jego opinię podzielał nawet Malczewski, widząc miejsce powabnych aniołów Mehoffera raczej w kawiarniach.

Wyspiański odegrał się na Puzynie, umieszczając go w „Wyzwoleniu" jako maskę Prymasa. Krakowianie z satysfakcją odczytali aluzję frazy: „W proch czoła przed moją szatą... na kolana!", rozpoznając skandal z księdzem Pusztetem, gdy podczas wizytacji gimnazjum biskup upokorzył katechetę, każąc mu klękać przy powitaniu. Niemniej Puzyna nie mrugnął okiem, gdy Wyspiańskiego chowano na Skałce.

Literaci wywołali też inne afery – często nawet pośmiertnie. Dramatopisarz Michał Bałucki dobrze się zapowiadał, ale wyszedł z mody, pastwili się więc nad nim koledzy po piórze i recenzenci, a jego sztuki szybko znikały z afisza. W okrucieństwie przodował Boy-Żeleński, a zwłaszcza Lucjan Rydel z Młodą Polską, co tak ubodło wrażliwość pisarza, że w 1901 r. postrzelił się w głowę. Wtedy Kraków gwałtownie pokochał zmarłego, wznowił przedstawienia, a nawet postawił mu pomnik, przerzucając poczucie winy na barki biskupa, który odmówił samobójcy katolickiego pogrzebu.

Po równi nie cierpiały Puzyny elity intelektualne i prości wieśniacy. Z Uniwersytetem Jagiellońskim zadarł, chcąc narzucić uczelni wykładowców teologii, a chłopi mieli z biskupem na pieńku, ponieważ zaciekle zwalczał ruchy ludowe. Kulminacją wojny była suspensa i sekwestr dochodów, nałożone na wiejskiego proboszcza, który pod Cieszynem założył partię chrześcijańsko-ludową. Puzyna uważał katechizm za jedyne panaceum na wszelkie bolączki społeczne: od alkoholizmu po nędzę.

Poza tym biskupa nękały jubileusze. Na 1909 r. przypadła 60. rocznica śmierci Słowackiego, co było świetną okazją, by prochy poety sprowadzić do kraju. Komitet wybitnych osobistości od dawna szykował obchody, a nawet uzyskał zgodę Francuzów na wywiezienie szczątków z Montmartre'u.

Złożenie wieszcza na Wawelu – zwłaszcza, że 19 lat wcześniej spoczął tam Mickiewicz – tak dalece nie podlegało dyskusji, że komitet nawet nie pytał biskupa o zdanie. Tylko Sienkiewicz zgłaszał wątpliwości, co tyczyło zarówno Wawelu, jak i sposobu procedowania – sam zaś wolał pochować Słowackiego na szczycie Giewontu. Romantyczny plan upadł pod wpływem wizji turystów pałaszujących nad wieszczem kanapki i jajka na twardo.

Jednak Puzyna stanowczo zamknął Wawel przed Słowackim, a odmowa szokowała tym mocniej, że nigdy nie brano jej pod uwagę. Sądzono przy tym zjadliwie, że wynikła z porachunków Słowackiego z Kościołem. Jednak Puzynę zrażał pomysł przekształcenia królewskiego sanktuarium w świecki panteon artystów. Obawy były zasadne, bo Rydel już postulował, by do Słowackiego i Mickiewicza dołączył Krasiński, a za nimi stała długa kolejka narodowych geniuszy. Rozegzaltowany Kraków nie chciał słuchać wyjaśnień. Po akademickim proteście młodzież pobiła się z policją, a inni słali skargi do Rzymu.

Prawem serii rok później Kraków świętował 500-lecie bitwy grunwaldzkiej, czyniąc z obchodów wielką manifestację narodowej jedności. Kilkudniowe obchody na Błoniach, na które zjechało 150 tys. Polaków ze wszystkich zaborów, miała uświetnić wielka msza plenerowa, ale znów na przeszkodzie stanął Puzyna. Chętnie udostępnił wszystkie kościoły Krakowa, jednak na liturgię wśród straganów, trybun piłkarskich i pokazów gimnastycznych nie chciał pozwolić. Dał wyraz niechęci do – jak to ujmował – „ulicznego patriotyzmu", a zarazem chciał uniknąć profanowania eucharystii przez radykałów, szykujących jakieś manifestacje. Jednak Kraków uznał, że Puzyna odwrócił się od narodu. Biskup chyba mocno przeżył ten zarzut, bo wkrótce dopadł go zawał serca i częściowy paraliż. Zmarł w 1911 r., ledwo kilkanaście miesięcy po tamtych obchodach.

Szczęśliwie dla niego, czarna legenda nie zdążyła się zakorzenić, a wręcz popadła w niepamięć, przysłonięta sprawami wojny, niepodległości oraz wielkością Księcia Niezłomnego Sapiehy, którego Puzyna sam kiedyś wyświęcał we Lwowie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA