fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Skradziona pamięć odnaleziona

Ludwik Grzeszczuk, więzień KL Auschwitz i KL Neuengamme
Muzeum KL Auschwitz-Birkenau
Pióro, zegarek, papierośnica – tyle zostało po moim stryju Ludwiku Grzeszczuku, więźniu KL Auschwitz i KL Neuengamme, który zginął na Zatoce Lubeckiej. Jego przedmioty po blisko 81 latach od aresztowania wróciły właśnie z Niemiec do Polski. Sprowadziłem je do muzeum Pawiaka.

Dzisiaj 14 czerwca, rocznica pierwszego transportu więźniów do KL Auschwitz - Narodowy Dzień Pamięci. Ale też pamięci rodzinnej. Wojna odebrała ją bliskim więźniów obozów koncentracyjnych. Ślady po tych, którzy zginęli, nieubłaganie zaciera czas.

O bratanku mojej babci, który zginął tuż przed końcem II wojny światowej, nie wiedziałem zbyt wiele – z biegiem dziesięcioleci niemal zupełnie wyblakł rodzinny przekaz. O Ludwiku Grzeszczuku opowiedzieli mi przed laty dopiero jego bracia Zygmunt i Henryk, którzy też wiele w czasie wojny przeszli (jeden zaliczył szlak Kołyma-Armia Andersa-Monte Cassino, drugi – głodne dzieciństwo w Nurze na granicy sowieckiej i niemieckiej strefy okupacyjne). Ich relacje starałem się zebrać do rodzinnej sagi.

Lutek – tak go nazywali bracia – nie ma grobu. Zginął na Zatoce Lubeckiej 3 maja 1945 r. SS zaokrętowało go wraz z 7 tys. innych więźniów obozów koncentracyjnych na pasażerski statek Cap Arcona, bądź frachtowiec Thielbek. Który – nigdy się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że SS rękami aliantów pozbyło się wtedy świadków swoich zbrodni – mimo zakazu opuszczania redy owe statki ruszyły w morze i lotnictwo RAF zbombardowało je biorąc za transport wojskowy. Przeżyło tylko kilkuset więźniów.

Lutek nie miał żony, ani dzieci. Nie zdążył ich mieć – Niemcy zatrzymali go w lipcu 1940 roku na niespełna dwa tygodnie przed 23. urodzinami. Dlatego, gdy parę lat temu zmarli jego rodzeni bracia, poczułem obawę, że być może jestem już jedyny, kto jeszcze o nim pamięta. Zacząłem szukać jego śladów w archiwach. Pomogły udostępnione w internecie bazy danych i kontakt z muzeami KL Auschwitz oraz KL Neuengamme, a także Instytutem Pamięci Narodowej (za pośrednictwem portalu straty.pl).

I szczegóły się pojawiły. Okazało się, że Ludwik został zatrzymany przez Niemców 12 lipca 1940 r. (według jego braci, wraz z kolegą, który konspirował) i trafił na Pawiak. Stamtąd słynnym drugim transportem warszawskim Niemcy 22 września 1940 r. wywieźli go do obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie otrzymał niski numer 4707. Piszę „słynnym”, bo wraz z nim w grupie ok. 5000 więźniów byli m.in. Witold Pilecki, Władysław Bartoszewski, Stanisław Dubois. Przed marcem 1943 r. Ludwika wywieziono do KL Neuengamme pod Hamburgiem.

Gdy prowadziłem kwerendę, ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w niemieckim archiwum w miejscowości Bad Arolsen oprócz dokumentów dotyczących Ludwika zachowały się przedmioty do niego należące: pióro, zegarek i papierośnica. Odebrane mu po zaraz aresztowaniu w Warszawie wędrowały jako depozyt w ślad za nim z Pawiaka do Auschwitz. Stamtąd nazistowscy magazynierzy przesłali je do KL Neuengamme. Zaskakująca skrupulatność bezdusznego systemu nastawionego na unicestwieniem więźnia sprawiła, że choć on nie przeżył, jego przedmioty codziennego użytku przetrwały... Brytyjscy żołnierze tuż po wojnie znaleźli je gdzieś w okolicy Hamburga wraz z depozytami innych więźniów oraz ocalałą częścią dokumentacji KL Neuengamme.

Z czasem wszystko to trafiło do Archiwum Arolsen, którego zbiory zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Misją tego archiwum jest nie tylko zabezpieczenie i udostępnianie dokumentacji (lwią część można już przeglądać online), ale także poszukiwanie rodzin krewnych ofiar obozów koncentracyjnych, którym można by te wojenne depozyty zwrócić.

Gdy IPN przekazał mi, że mam prawo wystąpić o ich zwrot, długo zastanawiałem się, co z tą informacją zrobić. Ludwik nie miał dzieci, a jego bracia, dla których pióro, papierośnica i zegarek byłyby wręcz relikwiami, już dawno nie żyją. Na pewno chcieliby, by wróciły do kraju. Stąd myśl, by sprowadzić je i przekazać instytucji, która pomoże utrwalić pamięć po ich bracie.

Wybór padł na Muzeum Więzienia Pawiak. Upewniwszy się, że przyjmie osobiste przedmioty Ludwika, zorganizowałem przekazanie ich do tej placówki. Niedawno wróciły z Niemiec do Polski, w to miejsce, gdzie tragiczna epopeja tego dwudziestokilkuletniego chłopaka zaczęła się niemal równo 81 lat temu. Ludwik nie ma grobu – jego ciała nie odnaleziono na Zatoce Lubeckiej, ale mam nadzieje, że dzięki temu muzeum pamięć o nim przetrwa.

Archiwum Arolsen ciągle jeszcze posiada depozyty kilkuset polskich więźniów i poszukuje ich rodzin, którym mogłoby je zwrócić. W tym celu prowadzi kampanię informacyjną, także w Polsce. W ramach tej kampanii od 14 czerwca przez miesiąc na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie prezentowana jest wystawa #StolenMemory. Wszystko po to, by skradziona pamięć została odzyskana. Pisał o tym niedawno w „Rzeczpospolitej” Marek Kozubal

Więcej informacji o Archiwum Arolsen i o akcji #StolenMemory na stronie https://arolsen-archives.org/pl/ gdzie znajduje się także wyszukiwarka dokumentów dotyczących więźniów obozów niemieckich koncentracyjnych oraz innych osób represjonowanych przez nazizm.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA