fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Ubogi żłóbek, ubogi Jezus... ubogi Kościół?

„Boże Narodzenie”, obraz namalowany przez Roberta Campina ok. 1425 r.
Wikimedia commons/amadalvarez
„Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie”. Łukaszowa opowieść o narodzeniu Jezusa pokazuje, że Zbawiciel do majętnych na tej ziemi nie należał.

Przez całe życie pozostał biedakiem – przynajmniej tak utrzymywał porywczy św. Paweł, który co najmniej w takim zakresie jak Chrystus wpłynął na oblicze dzisiejszej nauki Kościoła. 1400 lat później ubóstwo założyciela chrześcijaństwa nie było już takie jasne. W tym czasie założony przez niego Kościół dorobił się majątku, immobiliów, ziemi, niezliczonych skrzyń złota. Zwolennicy biednego Chrystusa i równie biednych apostołów, na bosaka łowiących ryby wokół jeziora Genezaret, reprezentowali oddolny ruch odnowy Kościoła. Na czele z zakonem franciszkanów. Po drugiej stronie barykady stała kościelna hierarchia, ustrojona w złote pierścienie i szaty, dysponująca władzą, majątkiem i klątwą.

Spór był stary, ale w XIV wieku sięgnął zenitu. Krył się za nim jeszcze jeden, znacznie ważniejszy: spór o władzę. Czy wolno Kościołowi po nią sięgać, po drodze mnożyć bogactwa, jak to czynił przez wieki? Czy raczej deptał w ten sposób chrześcijański ideał Jezusa, jak gromko krzyczeli krytycy?

Nie tylko franciszkanie

12 listopada 1323 r. spór zakończył papież. Choć Jan XXII raczej tylko dolał oliwy do ognia. Głowa Kościoła, bardziej prawnik niż teolog, spór rozstrzygnął na niwie prawnej, nie teologicznej. Zabronił franciszkanom, pączkującemu popularnością zakonowi w Kościele, radosnej praktyki radykalnego ubóstwa. Przed zakonem stanęła największa groźba, że podzieli los poprzednich ruchów ubogich, popadnie w herezję i mieczem zostanie wycięty w pień.

Poprzedni silny ruch ubogich w Mediolanie sprzeciwił się miejscowemu biskupowi, ociekającemu bogactwem. Przywódca ruchu Arnold z Brescii zarzucił Ojcu św., że pieniądzem tylko nabija swoją kieszeń. Jeśli biskupi troszczą się o majątek, tracą prawo do reprezentowania Chrystusa. Za ten pomysł papież potraktował go mieczem. Ciało Arnolda spalono, a prochy wrzucono do Tybru (w roku 1155).

W XIII wieku okazało się jednak, że siła miecza już nie wystarcza. Pojawił się św. Franciszek. Syn bogatego mieszczanina rzucił rękawicę potężnemu Kościołowi, rozdał swoje szaty i majątek i postanowił wspierać biedaków. Szybko znalazł naśladowców, z tytułami i majątkami. Ci sens misji odkryli w ewangelicznym nakazie Chrystusa gwarantującym na sto procent zbawienie: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. W XIII wieku uzyskali od papieża pozwolenie na prawne założenie zakonu. Swoją ofertą porwali jednak zbyt wielu, stając się solą w oku samego papiestwa.

Zakony z podobnym pomysłem rosły jak grzyby po deszczu. W przypominającym nożyce rozwarstwionym społeczeństwie średniowiecza rósł bowiem podział na masy biednych i nielicznych bogatych. Idealny wiatr w plecy dla żebraczych zakonów dominikanów, augustianów czy karmelitów. Wsparcie ubogich było dla nich tak ważne jak życie pełne wyrzeczeń. Ich posty przypominały dzisiejsze polityczne głodówki. Św. Franciszek dla umartwienia sypał do potraw popiół. By ujarzmić erotyczne myśli, wymyślił miksturę wody, talku i cierni. Do kwestii życia i śmierci urósł dylemat, czy mnisi mogą nosić luksusowe buty i skarpety, czy raczej gonić po ziemi boso lub w samych sandałach.

Popularność zyskiwali wędrowni kaznodzieje jak Piotr Valdo z Lyonu, który zapoczątkował ruch waldensów. Także kobiety zakładały żebracze zakony. Niektóre zakony radykalnością reguły przewyższały franciszkanów. Jak kapucyni, sztywno trzymający się franciszkowych reguł, np. kroju kaptura. Zakon franciszkanów jawił im się nawet jako odszczepieńczy. A prokreacja jak szatańskie kopyto włożone do kościelnej kruchty. Zbytkiem była konsumpcja mięsa, tłuszczu zwierzęcego czy mleka. Należało ratować wyłącznie duszę. W ramach tej logiki łajanie gromadzenia dóbr przez Kościół należało do dobrego tonu. Hierarchiczny Kościół batem i marchewką pacyfikował niebezpieczeństwo. Bardzo przemyślnie postąpił papież Grzegorz IX: dwa lata po śmierci Franciszka z Asyżu wyniósł go na ołtarze, a ku jego czci wzniósł imponującą świątynię. By skorumpować swoich największych oponentów.

Jego następcom nie udało się to już choćby w przypadku Marcina Lutra. „Kiedy moneta spada do puszki, czyli tam, gdzie trzeba, dusza ludzka wskakuje do nieba”. Flagowa rymowanka doskonale oddawała dylemat ówczesnych mas. W pakiecie z rozwiązaniem. W wiekach średnich nikt nie wątpił, że większość śmiertelników na wiekuiste męki trafi do piekła. Uratowany od zagłady biblijny Noe z rodziną stanowił najlepszą ilustrację, jak nikły będzie procent zbawionych. Ale ofertę zbawienia Kościół przedkładał wszystkim grzesznikom. Uzyskiwane odpuszczenie grzechów przyjęło postać odpustów. W ilościach inflacyjnych, na zasadzie ubezpieczenia autocasco. Aż zatrwożony o skuteczność tej polisy Luter zakwestionował instytucję papieża.

Pakt z katakumb

Przeciąganie liny o prawo lub jego brak do gromadzenia majątku przez Kościół przetrwało do naszych czasów. Podczas ostatniego soboru w Watykanie (1962–1965) grupa ok. 40 biskupów, pod wodzą brazylijskiego arcybiskupa z Recife (Dom Hélder Pessôa Câmara), zawiązała pakt, który od miejsca tajnego spotkania w katakumbach św. Domitylli do historii przeszedł jako „pakt z katakumb”. Zaprzysiężeni – składali przysięgę – chcieli Kościoła ubogich, szpitala polowego, a nie instytucji ociekającej złotem i kadzidłem jak z filmu Federico Felliniego „Roma” (1972), w którym reżyser pokazał barokowy przepych i rewię kościelnej mody.

„Chrystus nie potrzebował banku, czy potrzebuje go Jego wikariusz na ziemi?”. To pytanie jak drążący nerw przeszywało ostatnie konklawe, które po abdykacji Benedykta XVI przypomniało zebranie rady nadzorczej upadłej firmy ubezpieczeniowej. Razem ze skandalem banku watykańskiego, pralni pieniędzy dla ich brudnego ścieku, płynącego od zysków mafii z morderstw czy handlu heroiną, lub od innych gangsterów, utorowało drogę do wyboru kardynała Jorga Bergoglio. Jako papież Franciszek realizuje on wizję ubogiego kościoła ubogich ludzi. Jak trudno jednak pokonać wielowiekową tradycję, także na szczytach Kościoła, pokazują praktyki mające się dobrze tuż za plecami jego białej sutanny.

Ot, choćby intratny biznes tytoniowy. Ponieważ w Watykanie nie płaci się włoskich podatków, papierosy kosztowały w kawiarni za placem św. Piotra mniej niż w Unii Europejskiej – 3,80 euro paczka. Wielkość obrotu pozostawała jak na spowiedzi tajemnicą Stolicy Apostolskiej. Wtajemniczeni mówili jednak o dochodach rzędu 10 milionów euro. Ale raj dla palacza nie dla każdego w Watykanie stał otworem. Za małe pieniądze radość zaciągania się przysługiwała urzędnikom watykańskim i ich rodzinom, członkom zakonów i akredytowanym przy Stolicy Apostolskiej dyplomatom. Jako souvenir dla krewnych w macierzystych krajach można było wywieść maksimum pięć paczek na miesiąc.

Historia tabaki w Watykanie

Historia ta sięga renesansu. Wielce obrotny dyplomata Stolicy Apostolskiej i późniejszy kardynał Prospero Santacroce, sprowadził w XVI wieku roślinę do Italii, nazywając cudowne liście po bożemu „erba di Santa Croce”, czyli święte zioła. Palenie rozpleniło się na szczytach Kościoła tak bardzo, że papieże Urban VIII (1623–1644) i Innocenty X (1644–1655) musieli zabronić palenia papierosów podczas mszy świętej w bazylice św. Piotra. By przywarę uczynić zbawczym interesem i oblec w błogosławieństwo Kościoła, papież Alexander VII (1655–1667) wprowadził jako pierwszy w Europie monopol na tabakę, a Benedykt XIV (1740–1758) w 1742 roku wzniósł pierwszą manufakturę. Jego śladami poszedł Pius IX (1846–1878), który z kolei w dzielnicy Trastevere wybudował trzy obiekty do produkcji tabaki (do wąchania) oraz mocne i słabsze cygara. Sam sięgał po tabakę, tak jak jego następca Leon XIII (1878–1903), jak skrupulatnie i trochę z przekąsem zapisał francuski pisarz Emile Zola w powieści „Rzym”.

Jeszcze druga połowa XX wieku widziała papieży z papierosem w ręku. Ulubieniec epoki Jan XXIII (1958–1963) konsumował paczkę na dzień, także Paweł VI (1963–1978) był podatny na uroki tytoniu. Jak smoki zaciągali się kardynałowie podczas pierwszego konklawe 1978 r., które wybrało Jana Pawła I. Absolutnym nałogowcem okazał się kardynał Vicente Enrique y Tarancon z Madrytu. Co nie odbiło się na jego zdrowiu. Zmarł w wieku 94 lat, a palił do końca życia. Podczas ostatniego konklawe w roku 2013 ojciec Federico Lombardi, rzecznik prasowy Watykanu, oświadczył, że kardynałowie „mogą się zaciągać papierosami, ale tylko pod gołym niebem, a nie w czterech ścianach”. Obecny pontyfeks nigdy nie został przyłapany z papierosem w ręku, także nim został papieżem. Jak wiadomo, od czasów młodości i ciężkiej choroby żyje tylko z jednym płucem. Od 1 stycznia 2018 r. na terenie Watykanu wprowadził surowy zakaz sprzedaży papierosów.

Franciszek pozbawił kardynałów prawa do zakupu w Watykanie nie tylko cygar, ale i wysokogatunkowych win, szampana oraz nabywania talonów na benzynę po preferencyjnie niskich cenach. Pozbawienie ich przywilejów czy aresztowanie prałata Scarano z walizką szmuglowanej gotówki w wysokości 10 mln euro na lotnisku w Genui są tylko wierzchołkami góry lodowej ilustrującymi wprawdzie patologię, ale i prawo Kościoła do mnożenia majątku, ruchomego i nieruchomego, aktyw i pasyw.

Może dlatego, że kwestia materialnego statusu Zbawiciela pozostaje nierozwiązana. Podstawowej sprawy, o którą przez wieki kruszono w Kościele kopię, nauka nie rozwikłała – czy szatę, którą według tradycji uszyła synowi Maryja, a o którą, gdy wisiał na krzyżu, kości zaczęli rzucać rzymscy włócznicy, Chrystus miał na własność czy nie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA