fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Czarni Polacy, piraci z Karaibów i złota kula

January Suchodolski, „Bitwa na San Domingo”
Wikimedia commons/hohum
Kolejna historyjka z Karaibów przywieziona przez pewnego uroczego, młodego warszawianina każe przypomnieć najdziwniejszą Polonię świata, jaką są Polone Nwa, czyli „czarni” Polacy z Haiti.

Pisałem o nich z fascynacją nieraz. Przypominałem, jak w 1983 roku w Port-au-Prince witali z biało-czerwonymi sztandarami Jana Pawła II, tańcząc swój tradycyjny polski taniec „kokoda”. Domagałem się nawet dla nich prawa do repatriacji, ale moje apele były jak rzucanie grochem o ścianę. Nikt się ich losem nie przejął, mimo że Polone Nwa noszą często polskie nazwiska, wyróżniają się błękitnymi oczyma i mają się za naszych odległych braci.

W.K., który pojechał na Haiti z misją humanitarną, dokonał przedziwnych odkryć na własne konto. Oto najpierw w niewielkim miasteczku znanym z kultu voodoo na jednej ze ścian znalazł przedziwne przedstawienie ioa (ducha) tej synkretycznej haitańskiej religii w osobie ciemnoskórej kobiety z małym dzieckiem na ręku. Miała granatowy płaszcz, złotą koronę (podobnie jak jej ciemny synek) i dwie skośne blizny na prawym policzku. Z pewnym zdziwieniem odkrył, że graffiti przedstawia – ni mniej, ni więcej – Matkę Boską Częstochowską w lokalnym wydaniu. Innym zdziwieniem była jedyna zachowana w Muzeum Narodowym w Port-au-Prince Wielka Kolia Orderu Królewskiego i Wojskowego króla Henryka I, zwanego Czarnym Napoleonem, z 1811 roku. Król Henryk był wcześniej niewolnikiem, a po wygranym powstaniu od 1807 roku dożywotnim prezydentem zrewoltowanej wyspy. Po czterech latach nie wytrzymał i ogłosił się królem. Otoczył się dworem, rezydował w pałacu i przyznawał królewskie ordery. Wspomniana „kolia” była zapewne jego własnym klejnotem. Ciekawe jest, że na jej łańcuch składa się 16 odznak białego legionowego orła w koronie na czerwonym polu. Czy to dzieło lokalnych jubilerów? Tego nie wiadomo, za to wątpliwości nie pozostawia narodowość złotnika.

Polskich śladów i dziedziców polskości jest na Haiti więcej, by wspomnieć choćby byłą pierwszą damę Republiki, żonę prezydenta Rene Prevala – panią Geri Benoit Belnowski, ambasadora Haiti w Rzymie i stałego przedstawiciela ONZ w tym mieście. Pani Belnowski urodziła się w „polskiej” wiosce Cazale, jest projektantem mody i podjęła trud zachowania nadwiślańskich tradycji w swoim regionie. Między innymi tańca „kokoda”, którego obowiązkowe lekcje wprowadzono do lokalnych szkół. Haitańscy Polacy to dla współrodaków symbol niezależności i braku politycznej pokory. Przez dziesięciolecia byli uosobieniem ducha wolnościowego haitańskiego ludu przeciw dyktaturze Duvalierów. Ale skąd się wzięli?

By znaleźć odpowiedź, trzeba się cofnąć ponad 200 lat wstecz. A zatem czasy republikańskiego przełomu we Francji. Początek XIX stulecia, wyprawa żołnierzy Napoleona na zrewoltowane Haiti, gdzie przeciw okrucieństwu francuskich plantatorów zbuntowała się lokalna ciemnoskóra większość. Paryż śle siły interwencyjne. Są między nimi Polacy pod wodzą gen. Władysława Jabłonowskiego, zwanego zresztą, nomen omen, Murzynkiem. Łącznie, począwszy od 1801 roku, na wyspie ląduje 6 tysięcy rodaków. Sam wspomniany w „Panu Tadeuszu” Jabłonowski umiera na żółtą febrę, zanim dotrze do niego większość jego podkomendnych. Los generała dzieli aż 4 tysiące polskich żołnierzy! W efekcie nieudolności francuskich sił interwencyjnych powstańcy wyszarpują pierwszą w Ameryce Łacińskiej niepodległość. A resztę napoleońskiego korpusu spotyka straszliwa kara. Rodacy Bonapartego zostają wyrżnięci w pień, ale Polaków z jakichś przyczyn to nie dotyczy. Powstańcy są łaskawi.

Pozwalają rozbitkom po Jabłonowskim wrócić do kraju. Wraca liczba niewielka, bo ledwie cztery setki. Niektórzy wybierają uroki Karaibów i osiedlają się na wyspie. To 240 wiarusów, którzy dali początek wspomnianym wcześniej Polone Nwa. Frapuje co innego. Zastanawiając się nad losami legionistów Jabłonowskiego, zwróciłem uwagę na pewną niekonsekwencję w cyfrach. Z 6 tysięcy 4 tysiące pomarły, 400 wróciło do kraju, 240 osiedliło się na wyspie. Cóż więc się stało z liczącą ponad tysiąc dusz resztą?

I tu z pomocą przychodzą francuskie kroniki historyczne referujące losy walczących na Santo Domingo wojaków. Oto dowiadujemy się, że wielu naszych żołnierzy, uciekając z wyspy, zasiliło szeregi karaibskich piratów – bukanierów – i uprawiało rozbój całkiem jak filmowy Jack Sparrow. Łupili hiszpańskie galeony i ścigali się z królewską marynarką wojenną. Zapewne niejeden zawisł na haku, zadając intensywnie kłam narodowej hagiografii. Niewiele o nich wiemy, lecz warto wspomnieć dwa nazwiska.

Oto jeden z oficerów, niejaki kapitan Rusiecki, porwał z portu statek i wypłynął nim w morze. Inny rodak, kapitan Kobylański, nielegalnie (przez pół roku) zawłaszczał żołd zmarłych oficerów, a gdy sprawa wyszła na jaw, sprzedał ich rzeczy i dołączył do piratów. Jaki pseudonim przybrał? Tego nie wiemy. Pozostają domysły.

Wiadomo natomiast, jakie były losy króla Henryka I, haitańskiego monarchy, na którego dworze ważną rolę odgrywali wiarusi Dąbrowskiego. Oto były niewolnik, później prezydent, na koniec monarcha, zmienił kraj w despotyczną tyranię, przez co miłość rodaków zamieniła się w nienawiść. 15 sierpnia 1820 roku król udał się na mszę, w czasie której dostał ataku apopleksji. Wydarzenie to stało się zarzewiem intryg, które w niecałe dwa miesiące doprowadziły do upadku królestwa. Rewolucja pałacowa przeciwko schorowanemu królowi rozprzestrzeniła się szybko na cały kraj. Wieczorem 8 października władca poszedł do swoich prywatnych komnat w pałacu Saint-Souci, wziął kąpiel z pachnącymi solami i popełnił samobójstwo, strzelając sobie złotą kulą w serce. Miał 53 lata, a panował lat 14. Została po nim legenda, kolia z polskimi legionowymi orłami i szczególny status haitańskich Polaków. Lokalnej legendy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA