fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

List Rokity do Geremka trafił do Kiszczaka

Fotorzepa, Jacek Domiński
Dramatyczny apel w sprawie niszczenia dokumentów komunistycznej bezpieki napisany w 1990 roku przez Jana Rokitę do Bronisława Geremka, jednego z najważniejszych ówczesnych polityków obozu postsolidarnościowego, trafił ostatecznie do… szefa tejże bezpieki, Czesława Kiszczaka. W jego archiwum po 28 latach udało się odnaleźć oryginał listu.

Jan Rokita list doskonale pamięta. - Nawet to – opowiada - w jakich okolicznościach go pisałem. Byłem coraz bardziej zdesperowany, gdyż nie udawało mi się zatrzymać procederu niszczenia bezcennej dokumentacji MSW, pomimo że miałem bardzo mocne dowody, i poruszyłem sprawą „wszystkich świętych”, z premierem włącznie – relacjonuje.

Czytaj także: W Konstancinie mielono teczki SB

Dwie strony maszynowego papieru z zamaszystym podpisem. W górnym prawym rogu na pierwszej stronie data a po środku adresat: Bronisław Geremek, który stał wówczas na czele Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. OKP zrzeszał w tamtym czasie 161 senatorów i posłów wybranych z list opozycyjnego Komitetu Obywatelskiego do tzw. Sejmu kontraktowego.

Rokita opisuje w liście skierowanym do profesora Geremka proceder niszczenia dokumentów w MSW, jeszcze przed likwidacją Służby Bezpieczeństwa. Podaje konkretne przykłady, cytuje relacje świadków. Nie ukrywa emocji związanych z jawnym łamaniem prawa przez resort spraw wewnętrznych, który nie robi z tego „szczególnej tajemnicy”. - Świadczą o tym przypadki takie – pisze Rokita do Geremka – jak jawne rozpalanie w lasach ognisk przez funkcjonariuszy MSW, w których [później] okoliczna ludność znajduje niedopalone resztki materiałów operacyjnych MSW. W posiadaniu kierowanej przeze mnie Komisji Nadzwyczajnej znajdują się materialne dowody takich działań.

Rokita nie chce – jak sam to ujmuje w liście - „być w przyszłości wymieniany przez historyków jako ten, z którego winy zniszczono te materiały.” Apeluje więc o „podjęcie próby przekonania Rządu, że w kwestii tej nie można pozostać bezczynnym”. Tym bardziej, że do Biura C, tuż przed kolejną akcją niszczenia dokumentów bezpieki (25 stycznia 1990 r.), przybyła „grupa radzieckich ekspertów”. Z szefostwem Wydziału V Biura C, który zajmował się m.in. obsługą Połączonego Systemu Ewidencji Danych o Przeciwniku (tzw. PSED) kontaktował się pracownik KGB Trupkin (w liście Rokity pada tylko jego nazwisko), sugerując pracownikom MSW „upłynnienie pewnych materiałów tego wydziału”.

Po ponad 28 latach udało się odnaleźć oryginał listu opisującego ten proceder. Jak się okazuje trafił on do samego głównego bohatera historii w nim opisanej, bo nadzorującego wówczas MSW, generała Czesława Kiszczaka. Potem wraz z archiwum, w ramach tzw. „Kiszczak Papers”, trafił do amerykańskiego archiwum w Stanford, gdzie znaleźli go dziennikarze „Polskiego Radia” i „Rzeczpospolitej”.

W jaki sposób korespondencja prowadzona między postsolidarnościowymi politykami znalazła się w archiwum byłego szefa komunistycznej bezpieki? Tego nie wiadomo. Jan Rokita, któremu to opowiedzieliśmy był zaskoczony. Przypuszcza, że list mógł zostać przekazany drogą oficjalną w trybie interwencyjnym. Ale czemu w takim razie do generała trafił oryginał, a nie kopia? Generał Kiszczak, Bronisław Geremek, a także ówczesny premier Tadeusz Mazowiecki już nie żyją. O opinię zapytaliśmy historyka.

- Wiele wskazuje na to – mówi dr Marek Lasota, autor m.in. książki „Wojtyła na podsłuchu”, dziś dyrektor Muzeum AK w Krakowie - że dokumenty niszczono wybiórczo, w większości wypadków zachowując kopie na mikrofilmach. Mijający czas dowiódł również, że materiały ważne bezpieka skrzętnie przechowywała w ukryciu. I były to oryginały. Paradoksalnie list Rokity do Geremka podzielił los tej właśnie reszty, do dziś nieznanej części materiałów Służby Bezpieczeństwa.

List mógł wykraść agent. Rozmowa z Janem Rokitą

- Dlaczego pański list znalazł się w prywatnym archiwum Czesława Kiszczaka, które zostało sprzedane do Instytutu Hoovera?

- To dla mnie rzecz zaskakująca. Najbardziej prawdopodobne jest to, że trafił on do Kiszczaka drogą oficjalną. Jestem pewien, że Geremek, adresat mojego listu, pokazywał go premierowi Mazowieckiemu. Zresztą, takie były moje intencje, by postulat natychmiastowego przejęcia Biura C na Rakowieckiej dotarł do premiera. Pamiętałem bowiem swoją dziwną rozmowę telefoniczną z Mazowieckim na tematy poruszone w liście. Hipoteza pierwsza jest więc taka, że Mazowiecki po spotkaniu z Geremkiem poszedł z tym listem do Kiszczaka, żeby zapytać: co z tym robić dalej? I list pozostał w rękach szefa MSW. Proszę pamiętać, że wtedy, w styczniu 1990 roku, Kiszczak był traktowany przez Mazowieckiego jako jeden z ministrów wolnej Polski. Oczywiście jest i druga hipoteza: w otoczeniu Geremka mógł działać jakiś agent, który mógł ukraść list i przekazać ludziom Kiszczaka. Takiej hipotezy też nie mogę wykluczyć.

- Z jakiego powodu powstała tzw. komisja Rokity?

- Wszystko działo się wtedy bardzo szybko. W drugiej połowie sierpnia 1989 roku padł wniosek posła Kowalczyka o powołanie komisji, która miała zbadać zbrodnie popełnione przez funkcjonariuszy MSW w latach dyktatury Jaruzelskiego. Ten wniosek, nieoczekiwanie, przeszedł przez sejm, a ja zostałem na prośbę Geremka szefem tej komisji [właśc. Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW – przyp. red]. Tamten czas przełomu 1989 i 1990 roku był w pracach komisji swoistą próbą nerwów i cierpliwości, bo starałem się wtedy dotrzeć do operacyjnych akt bezpieki, bez których praca komisji musiałaby się skończyć fiaskiem.

- Czy udostępniano komisji te dokumenty?

- Zawsze były z tym problemy. Zresztą w samej komisji miałem dość dużą grupę członków PZPR [Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – przyp. red.], którzy nie byli zainteresowani ani pozyskaniem materiałów operacyjnych, ani w ogóle - że tak to ujmę - wynikami prac komisji. Wśród nich był m.in. poseł Włodzimierz Cimoszewicz. Wielokrotnie zwracałem się w tej sprawie do Kiszczaka, raz nawet z nim długo rozmawiałem. Kiszczak był miły, obiecywał, ale na tym wszystko się kończyło. Wtedy właśnie zacząłem dostawać dowody na to, że dokumenty, których się domagam, są nocami wywożone z Biura C i niszczone.

- W liście pisze pan o konkretnych przypadkach niszczenia dokumentów.

- Bo takie właśnie informacje przekazywali mi naoczni świadkowie. Byli wśród nich także pracownicy Biura C. Zawsze taką relację weryfikowałem, spisywałem dane osoby, to co widziała, by fakty były wiarogodne i mogły posłużyć do pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców.

- Takie sprawy trafiały wówczas do prokuratury?

- Po jakimś czasie prokuratura zajęła się tymi sprawami, choć niechętnie. Co ciekawe, nigdy prokuratorzy nie byli zainteresowani moimi zeznaniami jako świadka. Jednak wyroków skazujących było w tych sprawach niewiele.

- Czy niszczenie akt, po upublicznieniu przez pana tego procederu, ustało?


- Dokumenty niszczono nadal. Ale skutkiem mojego listu do Geremka i konferencji prasowej, którą w końcu zwołałem w Sejmie, był wydany w styczniu przez Kiszczaka formalny zakaz niszczenia. Od tego czasu proceder ten był o wiele mniej ostentacyjny, a w każdym razie skończyła się masowa nocna wywózka akt z Biura C MSW do młyna w Konstancinie i innych podobnych miejsc.

- Komisja Rokity działała do września 1991 roku.

- Tak, ale już od maja 1990 roku, kiedy ministrem spraw wewnętrznych został Krzysztof Kozłowski, mieliśmy zdecydowanie lepszy dostęp do akt bezpieki, a właściwie do tego, co z nich pozostało – tzn. czego wcześniej nie sprywatyzowano lub nie zniszczono. Jednak aż do tego czasu rząd Mazowieckiego nie podjął na serio kroków, których celem byłoby ocalenie i przejęcie archiwów MSW. Ciekawe okoliczności dotyczyły materiałów związanych z ludźmi Kościoła. Biskupi nie kryli przesadnie tego, że niszczenie dokumentacji IV Departamentu nie budzi jakiegoś ich sprzeciwu. Myślę, że byli nawet z tego zadowoleni.

Rozmawiał Piotr Litka

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA