Historia

Kuropaty: anonimowy pomnik na miejscu kaźni ofiar NKWD

Tablica pamiątkowa w Kuropatach (Andrej Kuźniečyk)
Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported
Miejsce, gdzie spoczywają setki tysięcy ofiar NKWD, wreszcie doczekało się pomnika, ale bez żadnej tablicy informacyjnej.

O tym, że w Kuropatach ma się pojawić pomnik, zdecydował rząd Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej jeszcze w 1989 roku, w czasach pieriestrojki. Ówczesne władze w Mińsku wydały postanowienie, z którego wynikało, że naukowcy z Akademii Nauk Białorusi mają „wszechstronnie i wnikliwie zbadać przyczyny i skutki represji”.

Kilka dni temu, po 30 latach, władze Białorusi wypełniły pierwszy punkt ówczesnego rozporządzenia – powstał pomnik. To przypominająca kaplicę zardzewiała metalowa konstrukcja, na której zawieszono dzwon. Postawiono ją na wzgórzu w Kuropatach, które od lat jest nazywane Golgotą. Wszystko za zgodą i pod kontrolą białoruskiego ministerstwa kultury. Na elementach konstrukcji widoczne są m.in. słowa: „mama”, „ojciec”, „wujek”, „siostra”, „brat”. Poza tym nie wiadomo, kim są ofiary i kto jest sprawcą. Nie ma żadnej tablicy informacyjnej, która wyraźnie by wyjaśniała, że leżą tam ofiary reżimu sowieckiego. Brytyjski historyk Norman Davies oszacował, że może ich być nawet 250 tys.

Wszystko wskazuje na to, że dla białoruskich urzędników rację ma jedynie rządzący od prawie ćwierćwiecza prezydent i potraktowali jego rozkaz dosłownie. W kwietniu Aleksander Łukaszenko zapowiedział postawienie pomnika w Kuropatach, ale zaznaczył, że istnieją „różne wersje tego, co się tam wydarzyło”. – Jedna z wersji mówi o tym, że w Kuropatach radzieckie władze rozstrzeliwały represjonowanych. Według innej mordowali tam Niemcy podczas Wielkiej wojny ojczyźnianej. Dzisiaj nie jest już istotne, kto ponosi odpowiedzialność za tę tragedię. Przecież wynik jest jeden – zginęli ludzie – mówił.

Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita”, tablica informacyjna już powstała i jeżeli zostanie zatwierdzona przez prezydenta, może niebawem się pojawić przy pomniku. – Treść jest następująca: „Pamięci ofiar represji politycznych w latach 20., 30. i 40. XX wieku”. Część historyków domagała się, by sprecyzowano „sowieckich represji politycznych”, ale to nie przeszło. W latach 40. Białoruś była okupowana przez Niemców, czyli chodzi też o represjonowanych przez Niemców? To manipulacja, ale do ostatniej chwili nie wiadomo, czy nawet taka tablica się pojawi – mówi „Rzeczpospolitej” dobrze poinformowane źródło w Mińsku. – W połowie listopada ma się odbyć uroczyste odsłonięcie i niewykluczone, że Łukaszenko weźmie udział. To administracja prezydenta powie ostatnie słowo w sprawie tablicy – dodaje.

Władze w Mińsku do dzisiaj twierdzą, że nie mają tak zwanej białoruskiej listy katyńskiej. Część umieszczonych na niej ofiar może spoczywać m.in. w Kuropatach. – W Mińsku i okolicy jest co najmniej 12 miejsc, gdzie NKWD dokonywało mordów. Wiemy, że jedna czwarta rozstrzelanych to byli Polacy, obywatele II RP – mówi „Rzeczpospolitej” historyk Igor Kuzniecow, jeden z czołowych białoruskich badaczy represji komunistycznych. – Domagaliśmy się dostępu do archiwów. W marcu KGB i MSW odpowiedziało, że nie mają informacji o miejscach rozstrzeliwań i pochówków dokonywanych na terenie Białorusi w czasach radzieckich. Dla nich temat jest zamknięty – dodaje.

Zamknięty dla władz jest również temat otwartej pół roku temu restauracji w Kuropatach. Powstała po decyzji resortu kultury, który zmniejszył ściśle chroniony obszar uroczyska. Od sześciu miesięcy aktywiści społeczni codziennie protestują pod budynkiem karczmy.

– Białorusini nie odwiedzają tego miejsca. Restauracja ma jedynie 4–5 klientów dziennie – mówi „Rzeczpospolitej” Paweł Siewiaryniec, były więzień polityczny i jeden z organizatorów protestów w Kuropatach. – Dzisiejsza władza pozwala na coś takiego, bo utożsamia się ze sprawcami, a nie ich ofiarami – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL