fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Dr Monika Polit o Wielkiej Szperze i Chaimie Rumkowskim

Chaim Rumkowski w łódzkim getcie (fot. domena publiczna, www.ushmm.gov)
Wikimedia
Gdy 4 września 1942 roku w dramatycznym przemówieniu Przewodniczący Starszeństwa Żydów zażądał od mieszkańców łódzkiego getta: „Ojcowie i matki – oddajcie mi swoje dzieci”, ci najpierw zdrętwieli, a potem oszalali rzucili się do domów, by poukrywać najbliższych, wyznaczonych do deportacji - mówi dr Monika Polit, autorka książki „Mordechaj Chaim Rumkowski. Prawda i zmyślenie”.

rp.pl: Na czym polegała wyjątkowość przemówienia, jakie 4 września 1942 roku wygłosił Chaim Rumkowski?

Monika Polit: Zwróciłabym uwagę nie na szczególność mowy, ale na nowe w getcie okoliczności, którymi były ogłoszenie szpery oraz, a może przede wszystkim wyznaczenie do wywózki dzieci.

Dlaczego?

Otóż dlatego, że od 1 lutego 1941 roku, to jest od chwili, w której Rumkowski po raz pierwszy wygłosił mowę do mieszkańców getta, niezmiennie powtarzał frazę: „by ratować całość, poświęcę jednostkę”. Wybrzmiała ona również w mowie z 4 września.

Od początku 1942 roku specjalnie powoływane w getcie komisje wpisywały na listy deportacyjne najpierw szmuglerów, złodziei oraz tak zwanych „plotkarzy” kolportujących nielegalne wiadomości, pochodzące z nieoficjalnych i zabronionych przez Niemców kanałów. Wyznaczając ich do wywózki, Rumkowski powoływał się na pochodzący z Dewarim, czyli Księgi Powtórzonego Prawa, passus: „Usuniesz zło spośród siebie”. Księga ta stanowi kodeks żydowskiego prawa wspólnotowego. Słowa o „usuwaniu zła” pojawiają się w niej dziewięciokrotnie w formułach prawnych ustanawiających karę śmierci za poszczególne rodzaje przestępstw.

Słowa Rumkowskiego należy osadzać w żydowskim, naturalnym dla niego kulturowo-religijnym kontekście. Użyte przez niego cytaty są, moim zdaniem, jednoznaczne – zdawał sobie sprawę z tego, że wywiezionym grozi śmierć. Wyznaczał ich jednak, ponieważ wiedział, że jeśli nie zrobi tego sam, zajmą się tym ci, o których w swoich przemówieniach mówił „inni”, czyli Niemcy. W świetle żydowskiego prawa jego czyn mógł znaleźć usprawiedliwienie, ponieważ „usuwani” byli dwudziestowieczną odmianą moserów – wszechobecnych w diasporalnej historii informatorów, zdrajców, czasem konwertytów dla zysku, którzy donosili na Żydów organom władzy. W ujęciu Rumkowskiego moserami w getcie byli wszyscy ci, którzy swoją niesubordynacją, nierozważnym słowem lub czynem, to jest właśnie owi „prowokatorzy i plotkarze”, narażali ogół na niemieckie represje. W rozproszonych po nowożytnym świecie gminach żydowskich mosera wolno było zabić bez ostrzeżenia, mimo że religia i kultura żydowska w diasporze praktycznie wykluczały karę śmierci.

Zlecając w styczniu i lutym 1942 r. sporządzenie pierwszych listy z nazwiskami „moserów”, Prezes mógł mieć nadzieję, że ratuje getto, gdyż taka „ofiara” trwale zaspokoi Niemców. Jednak, to co Rumkowski świadomie nazywał po żydowsku „korbn ojle”, czyli ofiara całopalna, z grecka zwana gr. holocaust, okazała się tylko uwerturą do kolejnych niemieckich żądań i systematycznego masowego zabijania łódzkich Żydów, wobec którego bezsilne stawały się wszystkie dotychczasowe, wypracowywane przez wieki, świeckie i religijne żydowskie zasady i strategie. Kiedy jesienią 1942 r. Niemcy zażądali 24 tys. osób, Rumkowski nie wyobrażał sobie oddania tak wielkiej liczby ludzi. Po dramatycznych negocjacjach z Niemcami udało mu się ją zmniejszyć do 20 tys., pod jednym wszakże warunkiem – przygotowania do wysyłki dzieci do 10. roku życia, starców oraz chorych. Musiał to obwieścić mieszkańcom getta. Na próżno starał się argumentować, że jego „obowiązkiem jest chronić resztę Żydów”, a zatem lepiej jest zachować 80–90 tys., niż pozwolić na zagładę wszystkich. Ludzie nie byli gotowi na przeprowadzenie takiej kalkulacji. Nie chcieli i nie rozumieli takiej arytmetyki ocalenia. Najpierw zdrętwieli, a potem oszalali rzucili się do domów, by poukrywać najbliższych, wyznaczonych do deportacji. Najwymowniejsze świadectwo tamtych dni pozostawił Józef Zelkowicz w swoich „Notatkach”. Wówczas, we wrześniu Rumkowski musiał wiedzieć, że nie może się już powołać na żadną z liter boskiego prawa. Również rabini, z którymi się konsultował, a robił to i przed poprzednimi wywózkami, nie mogli mieć wątpliwości co do oceny tej sytuacji. Jeden z członków kolegium rabinackiego – Nechemia Alter miał wówczas powołać się na talmudyczną frazę: „Co pozwala Ci myśleć, że twoja krew jest czerwieńsza od krwi twego brata” (Pesachim 25b.). Z punktu widzenia Halachy, czyli prawa żydowskiego jedynym słusznym posunięciem Rumkowskiego byłoby odmówienie sporządzenia takich list deportacyjnych przez administrację getta. On jednak, łamiąc żydowskie prawo, wybrał poddanie się niemieckiemu rozkazowi, licząc na to, że będzie mógł łagodząco wpłynąć na kształt deportacji. Jak się jednak okazało, mimo jego wysiłków, Niemcy wkroczyli do getta, krwawo je dziesiątkując i zabierając każdego, kto przed nimi stanął, niezależnie od tego, czy jego nazwisko figurowało na liście, czy też nie.

 

Czy sztandarowe hasło Rumkowskiego: „Uratuje nas praca” faktycznie uratowało wielu Żydów z łódzkiego getta?

„Myśl o pracy”, w ogóle pojęcie „praca” stało się dla Rumkowskiego synonimem wartości absolutnej. Widząc w niej ratunek i panaceum na problemy getta, podporządkowywał jej egzystencję mieszkańców zamkniętej dzielnicy.

W przywiązaniu do idei pracy jako ocalenia wybrzmiewają niezwykle wyraziście syjonistyczne przekonania Rumkowskiego.

W swoich przedwojennych mowach i tekstach Rumkowski powtarzał dwa kluczowe dla syjonizmu hasła-postulaty: „iberszichtung” - przewarstwowienie, czyli przekwalifikowanie - i „iberbojung” - przebudowa struktury zawodowej. W ich imię rzeczywiście wychowywał i kształcił w powoływanych przez siebie do życia instytucjach opiekuńczych i edukacyjnych nowych Żydów. Formował syjonistyczny, a zatem zaprzeczający zarówno stereotypowi luftmensza, jak i popularnemu obrazowi żydowskiego jałowego intelektualizmu, „element produktywny”, którego część zdołała dotrzeć do Palestyny i się tam osiedlić. W getcie nie stracił żarliwości dla syjonistycznych ideałów. Bardzo chciał, by zadziałała ich znana mu sprzed wojny moc. Choć mówił: „Kiedyś byłem też członkiem partii, w getcie jednak jestem tylko Żydem i nikim więcej”, to syjonistyczne w swej proweniencji hasło „iberszichtung”, czyli wezwanie do masowego przysposabiania się i podejmowania pracy w fabrykach i warsztatach oraz na roli – jako działkowców i chaluców, czyli rolników żydowskich, nie schodziło z jego ust. Hasło to stało się podstawowym elementem jego konsekwentnie realizowanego planu, który na płaszczyźnie praktycznej zakładał uczynienie z getta autonomicznego i samowystarczalnego „miasta pracy” z powszechnym – chciałoby się rzec totalnym – zatrudnieniem. Sam mówił: „Chciałem wprowadzić program powszechnej pracy”. W tym kontekście istotne są słowa, które wypowiedział Jehuda Widawski, więzień łódzkiego getta, który znał Rumkowskiego-syjonistę jeszcze sprzed wojny: „Był rzetelny […] nie myślał, żeby zachować coś dla siebie na po wojnie. Myślę, że ten kult pracy częściowo wynikał z wpływu partii. Myślał, że jeśli Żydzi będą produktywni, to wszystko się odmieni”. W warstwie symbolicznej plan Rumkowskiego miał zaświadczać wobec – jak się wyrażał – „przedstawicieli władzy”, czyli Niemców, o absolutnej przydatności i produktywności narodu żydowskiego jako takiego, a zatem miał być mocnym argumentem w śmiertelnie poważnym targu o przetrwanie Żydów z łódzkiego getta. Zarówno pojęcie autonomii, jak i ściśle z nim powiązana „samowystarczalność” getta były kolejnym głośnym echem syjonistycznych postulatów.

W rozmowie ze mną Steve Sem-Sandberg, autor książki „Biedni ludzie z miasta Łodzi”, ocenił kiedyś, że Rumkowski to przykład tego, że władza absolutna demoralizuje absolutnie. Zgadza się Pani?

„Biedni...”to dokumentalna powieść o zagładzie. Jednym z istotnych problemów konstruowania holokaustowych opowieści dokumentalnych jest ambiwalentna postawa autorów, z jednej strony nasycających swe dzieła materiałem źródłowym, z drugiej zaś uchylających się od obowiązku historycznej skrupulatności i oddających świadectwa we władanie licentia poetica. Doskonałą tego ilustracją jest właśnie powieść Sema-Sandberga, który poczyna sobie z dokumentem osobistym i gettowymi zapisami urzędowymi nad wyraz swobodnie. Przykładem niech będzie kłamliwa historia seksualnych ekscesów, których rzekomo miał się dopuszczać Mordechaj Rumkowski. Eksploatując ten wątek z gorliwością godną lepszej sprawy, Sem-Sandberg obficie i zupełnie bezrefleksyjnie czerpał z na poły beletryzowanych, pełnych przeinaczeń i wykoślawień, opowieści więźniarki getta Lucille Eichengreen, którą notabene uczynił też jedną z ważnych bohaterek swej powieści.

Wobec tego wszystkiego, czy warto się zastanawiać nad tyleż efektowną, co niesłuszną oceną Sandberga? Czy naprawdę warto rozważać, to co powiedział o „absolutnej władzy” Rumkowskiego? Przecież Rumkowski był, jak ponad sto tysięcy innych Żydów w Łodzi, więźniem i ofiarą niemieckiego terroru. Jak każdy szef Judenratu podlegał całkowitej kontroli władz niemieckich, nie miał żadnego wpływu na ostateczny los Żydów, których reprezentował. Niemców mógł jedynie uniżenie prosić, pokornie suplikować o łaskawą zgodę na proponowane przez niego rozwiązania. Nie miał żadnego wpływu ani na swój, ani na los najbliższych. To z rozkazu Niemców został powołany, gdyby odmówił przyjęcia nominacji, rozstrzelano by go. Potem starego i złamanego Rumkowskiego policzkował i bił do krwi niemiecki zarządca getta Biebow, który w końcu wysłał go do Auschwitz w wagonie towarowym. Czy tak wygląda władza absolutna…?

— rozmawiał Paweł Szaniawski

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA