fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Michał Szułdrzyński o tym o co naprawdę chodzi obrońcom Lecha Wałęsy

PAP, Adam Warżawa
Ilość emocji, które wywołała konferencja prasowa, na której przedstawiono analizę grafologiczną, dotycząca materiałów dotyczących Lecha Wałęsy znalezionych w domu Czesława Kiszczaka, dowodzi niestety, że sprawa ta stała się przedmiotem jak najbardziej bieżącego sporu politycznego.

Dotąd często oskarżano Prawo i Sprawiedliwość o to, że gra sprawą Wałęsy, ponieważ chce przebudować panteon bohaterów w taki sposób, by okazało się, że osoby, które dziś należą do PiS, bądź popierają tę partię, były prawdziwymi bohaterami, zaś obecni przeciwnicy tej formacji zostały ukazane jako postaci co najmniej dwuznaczne. Tyle tylko, że gorące emocje wczoraj udzieliły się nie tylko obozowi władzy, ale równie mocno jego przeciwnikom.

Wtorkowy komunikat IPN nie był chyba dla nikogo niespodzianką. Większość historyków, również tych dalekich od prawicy, po przejrzeniu materiałów znalezionych w prywatnym archiwum generała Kiszczaka przyznawała, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż Lech Wałęsa po wydarzeniach z grudnia 1970 przez jakiś czas współpracował z SB. Współpraca ta znacznie rozluźniła się po kilkunastu miesiącach, de facto zakończyła się po 1974 r., zaś 1976 był rokiem wyrejestrowania Wałęsy z ewidencji tajnych agentów. Kilka lat później stoczniowy robotnik dołącza do osób działających w Wolnych Związkach Zawodowych i tak powstała „Solidarność”. Choć prof. Sławomir Cenckiewicz przekonuje, że komuniści sterowali Wałęsą również w okresie jego działalności opozycyjnej, stanu wojennego i drugiej „Solidarności”, większość historyków odrzuca ten pogląd, uważając argumenty Cenckiewicza raczej za poszlaki niż dowody.

Dlatego też decyzja IPN o ogłoszeniu, iż większość materiałów znalezionych w domu Kiszczaka pisał osobiście Wałęsa, stawia raczej kropkę nad „i” niż stanowi istotny przełom. Jednak reakcja była zupełnie inna.

Media tzw. narodowe zajęły się tematem z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Zniknął temat słabych odczytów wzrostu gospodarczego a państwowa telewizja informacyjna niemal cały dzień odpytywała historyków, ekspertów itp. stawiając tezę o ostatecznej kompromitacji Wałęsy. Trudno uznać, że to działanie nie było na rękę rządzącej formacji. Spora część prawicy nie kryła swego tryumfalizmu, choć trzeba przyznać uczciwie, że miała do niego po części prawo, gdyż historycy, którzy zajmowali się przeszłością Wałęsy nie byli, delikatnie rzecz biorąc, bohaterami III RP.

Ale równie duży był odzew z drugiej strony.

Przeciwni PiS komentarzy, politycy i byli działacze opozycji sprowadzili sprawę wyłącznie do bieżącej polityki. Szef PO Grzegorz Schetyna stwierdził na przykład, że IPN działa na polityczne zlecenie PiS, by niszczyć Polską historię. Kolejni przedstawiciele antypisowskich elit ogłaszali, że IPN zachował się skandalicznie i że trzeba bronić legendy Wałęsy przed pisowskimi próbami pisania historii na nowo. Tyle tylko, że półgębkiem przypominano, że przecież wszyscy wiedzieli, że Wałęsa w latach 70-tych „coś podpisał”, albo że miał „jakiś epizod”. Skoro jednak wszyscy o tym wiedzieli, dlaczego z taką furią dziś atakuje się IPN za to, że sprawę jednoznacznie rozstrzygnął?

Bo nie chodzi wcale o Wałęsę, a o bieżący spór polityczny, w którym były prezydent stał się tylko narzędziem. A sprawa akt z domu Kiszczaka stała się po prostu kolejnym kijem, którym można było okładać partię rządzącą.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA