fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

Tomasz Pietryga: Otwarte wyciągi, zamknięte hotele - niekonsekwentnie i niezrozumiale

Stok narciarski
Stok narciarski
AdobeStock
Otwarte wyciągi narciarskie i zamknięta baza noclegowa mogą skłaniać do obchodzenia prawa. I nie poprawią raczej sytuacji zdrowotnej.

Jednym posunięciem rząd skumulował ferie szkolne w całym kraju i zamknął turystyczną bazę noclegową, aby zniechęcić Polaków do wyjazdów. Normalnie w tym czasie będą działały tylko wyciągi narciarskie. Marna to dla nich pociecha, bo z lokalnych narciarzy nie wyżyją.

Na początku pandemii rząd podejmował wiele nieskoordynowanych decyzji, często wręcz absurdalnych – jak np. zamykanie lasów. Dziś można je usprawiedliwić zaskoczeniem, nieznajomością skali zagrożenia. Teraz wiemy, co zrobić, aby ograniczać rozwój pandemii. Zamykanie całej gospodarki nie wydaje się już najlepszym rozwiązaniem. Mimo to ostatnia decyzja dotycząca zimowych kurortów wydaje się mało przemyślana i niespójna. Jakby rząd puszczał oko do obywateli – hotele co prawda zamykamy, ale wyciągi mogą działać. Na powstałe luki w prawie liczą więc hotelarze i restauratorzy oraz zniechęceni izolacją turyści, którzy chcą wyrwać się z domów.

Efekt jest taki, że baza noclegowa na Podhalu jest prawie wypełniona rezerwacjami służbowymi, odwiedzinami rodziny i krewnych oraz innymi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Pozwalają ominąć zakazy, które miejscowe władze i tak pewnie niechętnie będą egzekwować.

Tak właśnie branżę turystyczną zepchnięto do podziemia, a w podziemiu państwu trudniej kontrolować przestrzeganie zasad nie tylko fiskalnych, ale też sanitarnych. Czy nie ma lepszych sposobów na pogodzenie walki z pandemią z dobrem gospodarki i przedsiębiorców? Wybrano drogę najgorszą z możliwych. Zarazy nie powstrzyma, a branżę turystyczną zuboży, bo wielu Polaków wybierze w tym czasie słowackie czy austriackie stoki.

Podczas wakacji greckie czy sycylijskie kurorty były tłumnie odwiedzanie przez turystów. Musieli przestrzegać skrupulatnie obostrzeń sanitarnych, choćby w barach i restauracjach. Wszyscy poddawali się rygorom dla wspólnego dobra. Gdyby restaurator złamał zakaz lub przepisy sanitarne, lokal zostałby od razu zamknięty, a on ukarany ogromną grzywną. I tak się działo. Dzięki tej symbiozie branża turystyczna przetrwała. W Polsce jakoś trudno to ciągle zrozumieć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA