fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

Jadwiga Emilewicz: Chcemy, aby głos firm mocno brzmiał w Polsce i UE

Jadwiga Emilewicz
tv.rp.pl
Budowanie wewnętrznych barier w globalnej konkurencji nam nie służy. Chcemy, aby głos przedsiębiorców mocno brzmiał w Polsce i w Brukseli – mówi Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i rozwoju.

Sejm uchwalił właśnie ustawę o zatorach płatniczych. Ostatnio słyszałem o nich w epoce Balcerowicza, teraz ten temat wrócił. Dlaczego, pani minister?

O zatorach płatniczych słyszeli wszyscy, którzy byli świadkami jakichś większych inwestycji w każdym ze średniej czy dużej wielkości mieście w Polsce, np. na budowach dróg i mostów, gdy generalni wykonawcy nie płacili podwykonawcom.

To jednak były problemy wybranych firm, może branży, np. budowlanej, a nie problem generalny.

Ale właśnie na nie wskazują firmy w licznych badaniach i podczas kontaktów z nami. Jest to również bariera dla wzrostu gospodarczego. Oprócz wspomnianej branży budowlanej można np. wskazać na branżę spożywczą, dostawców do sklepów wielkopowierzchniowych. Przedsiębiorców, dla których średnia długość oczekiwania na zapłatę wynosi 180 dni, w tej branży jest wielu.

Teoretycznie mamy przepisy, które mają temu zapobiegać.

Są jednak nieskuteczne, ponieważ poszkodowane firmy nie decydują się na wchodzenie na ścieżkę sądową, zwłaszcza gdy są podwykonawcami jednej lub dwóch firm. Boją się, że utracą tę współpracę. Stąd długie dyskusje o tym, jak sprawić, aby zwalczyć ten proceder, a jednocześnie nie wylać dziecka z kąpielą. Możemy drastycznie skrócić terminy płatności. Rodzi się jednak pytanie, czy będziemy w stanie to egzekwować. Dyskusja o tym projekcie była długa i złożona. Mam poczucie, że jest dobrze opracowany, a także dobrze przyjmowany przez rynek i firmy. Mamy nadzieję, że wejdzie w życie od przyszłego roku.

Właśnie, czy przymusem państwowym można wyegzekwować na przedsiębiorcach szybką zapłatę?

System, który funkcjonuje teraz, nie ma takiego bicza, jest dysfunkcjonalny. Nie ma sankcji i nie ma chęci wstępowania na długą i żmudną drogę sądową. Staramy się wprowadzić rozwiązania, które celnie, punktowo uderzą w generatora zatorów, czyli tych, którzy tworzą ten „korek na autostradzie". Największe firmy będą zobowiązane do publikowania sprawozdań ze swoich praktyk płatniczych. Kwestia zatorów płatniczych to też sprawa równowagi i konkurencji na rynku. Dlatego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów występuje tu jako element tego systemu.

Przejdźmy do kolejnej wielkiej reformy: zamówień publicznych. Dlatego ten temat pojawił się teraz?

To jest temat, który zaczęliśmy 3,5 roku temu. Zaczynał go obecny premier, wtedy wicepremier Mateusz Morawiecki w resorcie rozwoju. Świadomość, że prawo zamówień publicznych wymagało poważnego przemeblowania, mają wszystkie osoby z tego rynku, zarówno zamawiający, jak i przystępujący do przetargów. Prawo zamówień publicznych, które obowiązuje aktualnie, zostało napisane w 2004 r., w innych warunkach gospodarczych, zanim zaczęła się transfuzja środków unijnych.

Prawo wekslowe sprzed wojny jest nadal dobre.

To prawda, natomiast trzeba wyjaśnić, jak funkcjonuje rynek zamówień publicznych. W 2004 r. mieliśmy średnio około siedmiu–ośmiu podmiotów przystępujących do jednego postępowania. Rok do roku ta liczba spada. W 2017 r. to było 2,38, a w 2018 r. już tylko 2,19 firmy. Na zamówienia publiczne wydaje się około 10 proc. polskiego PKB. Odpowiednio – w 2017 r. 163 mld zł, a w ubiegłym roku 202 mld zł. Nie może być tak, że ten rynek to klub dla wybranych. A tak dzisiaj funkcjonują zamówienia publiczne. Małe i średnie przedsiębiorstwa nie chcą przystępować do tych postępowań, bo wydaje im się, że to są Himalaje obowiązków, które muszą wypełnić i pokonać.

Himalaje obowiązków, tzn. biurokracja i koszty?

Tak, biurokracja, koszty, lista warunków. Często też zamówienie jest nie do zrealizowania, bo specyfikacja istotnych warunków zamówienia opisuje wymagania, których nie spełnia nikt na rynku. Nowe prawo powstawało, jak wspominałam, ponad trzy lata i chciałabym, aby każde prawo było przygotowywane w Polsce w taki sposób. Najpierw przygotowaliśmy koncepcję nowego prawa zamówień publicznych. Był to obszerny dokument, przygotowany po ponad 100 spotkaniach ze stroną społeczną, z ekspertami, z zamawiającymi, z samorządowcami. Na podstawie tego dokumentu, przyjętego w połowie ubiegłego roku, zaczęliśmy pisać tę ustawę od zera. Gdy została napisana, każdy jej rozdział był konsultowany na spotkaniach zarówno z resortami, jak i stroną społeczną.

Przetargi to także zamawiający, inwestorzy?

Mogę śmiało powiedzieć, że projekt ma pozytywną ocenę Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu, a zatem także samorządowców, którzy przeprowadzają najwięcej spośród ponad 150 tys. postępowań z ubiegłego roku. Inwestorów także, ponieważ mamy akceptację Rady Dialogu Społecznego, a zatem pracowników i pracodawców. Pojawiło się również poparcie Rady Legislacyjnej z profesorem Szydło, ekspertem od zamówień publicznych, na czele. Mamy naprawdę tylko dobre opinie o tej ustawie. Zdaję sobie sprawę z cyklu politycznego, w którym dzisiaj jesteśmy, że zostało prawdopodobnie nieco ponad 70 dni roboczych do kolejnych wyborów.

Zdążycie ?

Rozmawiałam właśnie z posłami z Komisji Finansów, Gospodarki oraz ds. Deregulacji, że najprawdopodobniej we wtorek projekt prawa zamówień publicznych pojawi się na Radzie Ministrów i trafi do Sejmu na drugim posiedzeniu lipcowym. Komisje mogą pracować pomiędzy posiedzeniami. To jest tak ważna ustawa, że chyba warto, by Sejm przyjął ją jeszcze w tej kadencji. Zwłaszcza że, zdając sobie sprawę z rozkładu kalendarza, przedłużyliśmy vacatio legis. Ustawa ma wejść w życie 1 stycznia 2021 r. Oznacza to, że będzie czas na przygotowanie się do tych nowych regulacji – Urząd Zamówień Publicznych już szykuje się z cyklem szkoleń dla rynku.

We wszystkich tych projektach, także prostej spółki akcyjnej, widać zamysł zmniejszenia biurokracji, ale czy w Europie mamy standard, jak i na ile jest dopuszczalna, a gdzie powinna się kończyć? Mamy na kim się wzorować?

Jednym z moich marzeń było to, co proponowaliśmy panu premierowi Morawieckiemu, aby jednym z komitetów stałych Rady Ministrów stał się komitet deregulacyjny. Choć on formalnie nie powstał, to pan minister Sasin w tej chwili każdorazowo na posiedzeniu Komitetu Stałego podkreśla, że sprawdza, na ile nowe projekty likwidują bariery, które dzisiaj istnieją. Pewien standard jest. Pamiętamy, jak kilkanaście lat temu rząd premiera Camerona wprowadził „better regulation act" i zasadę „one in, one out", która po dwóch latach została zweryfikowana, ponieważ premier stwierdził, że to wciąż za mało, i wprowadził zasadę „one-in, two-out", czyli jak wprowadzasz nową regulację, ustawę, usuń dwie inne. To z całą pewnością może być jeden z takich standardów.

Czy to się Brytyjczykom udało?

Brytyjczykom się to na pewno udało.

Ale my jesteśmy na kontynencie.

Tak, kontynent jest zawsze trudniejszy, jesteśmy w kulturze stanowienia prawa. Ale kiedy dyskutujemy teraz np. o wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej Fransie Timmermansie, to przypomnę, że jednym z jego celów, gdy pięć lat temu zostawał wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej, było właśnie „better regulation" i odchudzenie prawa europejskiego. A jaki mamy efekt? Odwrotny – mnóstwo nowych regulacji prawnych dotyczących przemysłu.

A ja myślałem, że komisarz Timmermans zajmował się tylko Polską.

Być może przez to, że zbyt intensywnie zajmował się Polską, nie zajął się tym, co było jego podstawowym celem w Komisji Europejskiej. Pozostawił to zupełnie na boku.

Rząd, którego jest pani członkiem, nie prowadzi jednak generalnej wojny z biurokracją?

Pakietowe ustawy, które były przez nas przyjmowane, czyli pakiet MŚP (małych i średnich przedsiębiorstw) czy teraz pakiet „Przyjazne prawo", stawiają sobie za cel odbiurokratyzowanie i deregulację wybranych fragmentów. Przed tym ostatnim, „Przyjaznym prawem", rozesłaliśmy do wszystkich ministrów – o co poprosiłam także na Radzie Ministrów, w obecności pana premiera – pytanie o przegląd własnych „szaf". Chodziło o wskazanie chociażby takich absurdalnych drobiazgów jak obowiązek przykładania pieczątek, co w dobie cyfrowego uwiarygodniania dokumentów wydaje się archaizmem. Tak jak masa oświadczeń tudzież zaświadczeń wymaganych w procesie gospodarczym na każdym etapie.

A czy informatyzacja pomaga? Czy Polacy, zwłaszcza starszego i średniego pokolenia, są już na nią przygotowani?

Zawsze powtarzam w Europie, gdy spotykam się w sprawie gospodarki z kolegami z innych państw, że rozwinięcie i gotowość cyfrowa polskiego społeczeństwa jest czasami wielokrotnie wyższa niż tych, którzy mieli dostęp do tych technologii znacznie wcześniej niż my. Najlepszym przykładem jest bankowość elektroniczna. Jeśli system elektroniczny jest sprawny, to Polak, bez względu na PESEL, chętnie z niego korzysta. Liczba e-kont bankowych właśnie wśród populacji 60+ jest w Polsce jedną z wyższych w Europie.

E-spraw sądowych też mamy dużo.

Jest wiele obszarów, na których możemy obniżyć koszty administracji. Przy czym często powtarzam, bo pan premier o to pyta: „Wprowadzamy system cyfrowy i mówicie, że będą dwa–trzy etaty". Tak, ponieważ żeby wprowadzić system cyfrowy, najpierw trzeba za to zapłacić, trzeba zapłacić za ludzi i za sam ten system, zanim on zacznie działać. Ale już z własnego ministerialnego podwórka mogę powiedzieć, że liczba nowych elementów, usług administracyjnych, które przedsiębiorca może załatwić za pośrednictwem Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, wzrosła za naszej kadencji. W CEIDG rejestracja nowej firmy trwa dzisiaj średnio 28 minut. Cały czas doskonalimy jednak ten instrument. Zawiera coraz więcej elementów. Przez CEIDG można chociażby ustanowić zarządcę sukcesyjnego na mocy ustawy o sukcesji. Mamy już zarejestrowanych ponad 8000 zarządców sukcesyjnych.

W tym kierunku idzie też prosta spółka akcyjna.

Tak, prosta spółka akcyjna, także blockchain, czyli rejestracja akcjonariuszy za pośrednictwem rejestrów rozproszonych. To się dzieje i przekształca tę manualną, realną rzeczywistość w stronę wirtualnej.

Biurokracji nie tworzymy jedynie sami w Polsce, ale tworzy nam ją też Bruksela. Pani prowadzi monitoring, rejestr praktyk, procederów. Kiedy będziemy mieli ich wyniki?

Oprócz tego, że prowadzimy stały monitoring nowej legislacji europejskiej, którą Polska jest zobowiązana implementować, to jeszcze pracujemy nad tzw. czarną księgą złych praktyk jednolitego rynku europejskiego, czyli swobodnego przepływu towarów i usług. Chcielibyśmy ją zamknąć do końca wakacji. Naszymi partnerami są przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy albo eksportują, albo inwestują, albo świadczą za granicą usługi. Wskazują oni, na których lokalnych rynkach łamane jest prawo wspólnotowe, stosowane są praktyki protekcjonistyczne. Rozmawiałam o tym wielokrotnie z panią komisarz Margrethe Vestager, która odpowiada za konkurencję na rynku europejskim. Mam nadzieję, że we wrześniu będziemy mogli w Brukseli zaprezentować raport, który wskaże – niczym kompas – nowej Komisji Europejskiej kierunki likwidacji barier. Dotychczas mieliśmy w tej sprawie bardzo mocnego sojusznika – Wielką Brytanię. Podkreślała ona, że jednolity rynek europejski, swobodny przepływ towarów i usług to coś, co służy Europie i wszystkim państwom członkowskim; że budowanie barier wewnętrznych w globalnej konkurencji nam nie służy. Jeśli za sprawą brexitu tego sojusznika stracimy, to niech ten głos zebrany od przedsiębiorców mocno w Brukseli wybrzmi.

To program na następną kadencję?

Jeden z elementów.

Chyba że wybiera się pani do Brukseli?

Nie, nie wybieram się. Dopiero się rozpędzam w polityce krajowej, mam tu do dokończenia ważne projekty legislacyjne, ale również kilka pomysłów na nową kadencję.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA