fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

List samozatrudnionego ws. testu przedsiębiorcy - "Nie robię nic nielegalnego"

Adobe Stock

Po tekście „Polowanie na firmy źle się skończy" przysłał do nas list właściciel jednoosobowej firmy, który na swoim przykładzie opisał możliwe skutki wprowadzenia testu przedsiębiorcy. Danych czytelnika dla jego dobra nie podajemy.

"Dziękuję bardzo za ten artykuł, choć od momentu, kiedy go przeczytałem, funkcjonuję na krawędzi zawału serca. Codziennie. „Bać się" to jest bardzo delikatne określenie.

Jestem jednym z tych pierwszych do odstrzału i jestem po prostu tak przerażony, że nie mogę spać po nocach. Już publiczna egzekucja byłaby lepsza niż coś takiego.

Z grubsza oszacowałem, jak to mogłoby wyglądać w moim przypadku:

1. Natychmiast tracę możliwość zarabiania i tzw. płynność finansową.

Banki wymawiają mi kredyty i moja rodzina traci mieszkanie na kredyt, mimo że spłaciliśmy już prawie połowę. Tracę jakąkolwiek zdolność kredytową, a raty są na tyle duże, że żona sama ich nie udźwignie.

Dostawca telefonii mobilnej wymawia mi umowę i nie będę mógł nawet zrobić przelewu w banku online, bo nie dostanę hasła SMS-em.

Podobnie inne rzeczy, jak np. Profil Zaufany – cokolwiek, co jest potrzebne w dzisiejszym świecie, lecz wymaga opłat, znika z mojego życia. To jest taka śmierć cywilizacyjna.

Przy okazji będę musiał wykazać się końskim zdrowiem, bo stracę wszelkie prawa do ubezpieczenia w ZUS. Będę też musiał zasuwać wszędzie na piechotę, bo nie będę miał nawet na bilety. Nawet nie wypożyczę roweru.

I żyć na koszt innych, bo sam nic nie kupię.

Tak więc dotyka to każdego aspektu życia nie tylko mojego, ale całej mojej rodziny.

2. Urząd skarbowy każe mi zapłacić podatek według skali, zaczynając od stycznia 2014 r. (to jest pięć lat + rok, bo tak to wychodzi z przepisów), naliczając odsetki od każdej „zaniżonej" zaliczki za każdy miesiąc po kolei.

Podatek ten będzie liczony od kwoty brutto wystawionych faktur, bo nie będzie żadnych podstaw do odliczenia czegokolwiek. W to będzie też wliczony VAT, jaki naliczałem i wpłacałem później do US – swoisty podatek od podatku. Może łaskawie rozliczą w tym zapłacone dotychczas zaliczki liniowe.

Tak czy inaczej wychodzi ze 12–13 tys. zł rocznie – jeszcze bez odsetek – czyli ok. 72–78 tys. zł za wszystkie lata. Nie zapłacę takiej kwoty, bo nie mam i nikt mi już nic nie pożyczy, bo już w pierwszym punkcie stałem się bezdomnym bankrutem.

3. Ten sam urząd zażąda od moich kontrahentów zwrotu odliczonego przez te lata VAT i PIT z unieważnionych faktur wystawionych przeze mnie. To coś ponad 160 tys. zł plus odsetki. Fakt, że ten VAT został przeze mnie wpłacony do US, nie będzie miał żadnego znaczenia – nie odejmą tego.

Kontrahenci, nawet jeżeli wytrzymają to finansowo, zażądają ode mnie zwrotu wpłaconych pieniędzy z nieważnych nagle faktur. A przynajmniej VAT. A ja nie będę miał jak tego zrobić.

US nie zwróci mi VAT, który wpłaciłem przez te wszystkie lata, bo... nie ma nawet takiej podstawy prawnej, jak to ostatnio stwierdził Sąd Najwyższy. Nie dość, że te pieniądze przepadają, to dodatkowo każą zapłacić je jeszcze raz.

W tym punkcie mam już na liczniku przynajmniej 238 tys. zł długu, którego nie mam jak spłacić. Dodatkowo kontrahenci będą mieli duże kłopoty.

4. Teraz sprawa idzie do ZUS, który zażąda zapłacenia składek w pełnym wymiarze plus odsetki za wszystkie lata. Ode mnie i od kontrahenta.

Być może łaskawie rozliczy w tym zapłacone dotychczas składki, ale to będzie kropla w morzu długu. Policzą mi składki od całych kwot – włącznie z VAT – które dostawałem przez te lata. Podobnie kontrahentom. I znów, jak wyżej, zaczną się żądania zwrotów i kolejne kłopoty. Trudno mi to nawet policzyć, ale tak z grubsza wychodzi coś ponad 100 tys. zł. Bez odsetek.

To już razem ponad 300 tys. zł

5. I na koniec rozmaite kary za rozmaite „grzechy", jakie mi powtykają rozmaici urzędnicy z rozmaitych paragrafów. Tego już nawet nie liczę, bo co mi za różnica 70 czy 500 tysięcy, jak nie mam gdzie mieszkać i nie mam na życie?

Mam 53 lata. Szansa na znalezienie jakieś pracy, która pozwoliłaby mi spłacić coś takiego, jest zerowa. W ogóle szansa na pracę na umowę o pracę w moim wieku jest mała, a na taką, żeby bank dał na jej podstawie kredyt – żadna.

Cała moja rodzina ląduje na bruku, a ja zostaję z długiem, który przejdzie w spadku na moje dzieci (z żoną mam umowę o rozdzielności majątkowej).

To ja już wolę publiczne wieszanie na latarni.

Nie wiem, co z tym zrobić.

Nie mam, jak się bronić.

Nie robię nic nielegalnego: jestem specjalistą w swojej profesji, mam umowę outsourcingową z firmą, której świadczę usługi serwisowe. Z jedną od wielu lat, bo działamy w niszy rynkowej, gdzie po prostu innych nie ma. Na dodatek pochłania mi to tak dużo czasu, że nie mam jak zająć się jeszcze czymś innym czy choćby świadczyć drobne usługi dla osób prywatnych.

O ile pamiętam, rząd wpisał coś ponad miliard dochodów z testu przedsiębiorcy. Na pierwszej linii jest ze 150 tys. osób. Wśród nich ja. Jeżeli każdą z nich załatwią na choćby połowę kwoty, jaką wyżej wyliczyłem, budżet teoretycznie mógłby dostać ekstra 22,5 miliarda zł. Ale tylko na papierze, bo szanse na realną zapłatę choćby jednej dwudziestej są marne, gdy z tych ludzi zrobi się chodzące trupy.

Jedno wiem na pewno: ta czy inna władza będzie musiała sięgnąć po coś takiego, bo z takimi ustawowymi wydatkami budżetowymi każdy wpływ podatkowy to za mało. „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy" – pisał Alexis de Tocqueville.

Jedyne, na co można by mieć jakąś nadzieję, to jakiś okres przejściowy i może abolicja. Choć marnie to widzę, obserwując praktyki kolejnych ekip i kreatywność urzędniczą, zupełnie niezależną od jakichkolwiek rządów.

Z poważaniem polski przedsiębiorca."

Imię i nazwisko autora do wiadomości redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA