fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

Gospodarka a pandemia koronawirusa

Dr Stanisław Drosio, dyrektor w Biurze Projektowania Systemów Cyfrowych
materiały prasowe
O tym, czy i ewentualnie w jaki sposób koronawirus zmieni globalny łańcuch wartości i roli polskich firm w tym procesie, mówi w rozmowie z Michałem Kołtuniakiem dr Stanisław Drosio, dyrektor w Biurze Projektowania Systemów Cyfrowych.

Jeden mały wirus wywołał ogromne zawirowania w globalnym łańcuchu wartości. Koronawirus pokazał nam, jak bezbronni jesteśmy w obliczu sił natury. Świńska czy ptasia grypa nie miały aż tak dużego wpływu na globalną ekonomię. Dlaczego zrobił to SARS-Cov-2?

Stanisław Drosio: To, co się wydarzyło, jest modelowym przykładem zjawiska, określanego w ekonomii mianem czarnego łabędzia. Ta osobliwość ma tak małe szanse zaistnienia, że nikt się jej nie spodziewa, ale gdy już się pojawi, to sieje istne spustoszenie. Koronawirus jest właśnie taką niechcianą „niespodzianką". Jednak to nie pierwszy czarny łabędź, jaki objawił się za naszego życia. Upadek Lehman Brothers, czy ataki na WTC również nosiły znamiona tego nieprzewidzianego zjawiska.

Wydarzenia, o jakich pan wspomniał, odbijały się echem w kolejnych miesiącach i latach. W tym przypadku zasięg i siła oddziaływania koronawirusa mogą być jeszcze większe. Wielu ekspertów zapowiada, że globalna gospodarka, jaką znamy, zmieni się bezpowrotnie. Czy rzeczywiście tak będzie?

W tym momencie jest jeszcze zbyt wcześnie, by postawić jednoznaczną diagnozę. Nie jesteśmy w stanie dziś określić, gdzie, kiedy i jak dużych zmian możemy się spodziewać. Myślę jednak, że szczególnie przemysł musi być gotowy na przeobrażenie, a proces reindustrializacji Europy nabierze tempa.

Wydawałoby się, że czas kryzysu to kiepski moment na zmiany i inwestycje, skąd więc taki wniosek?

To nie jest nic nowego. Sam proces reindustrializacji Europy trwa już od dobrych kilku lat, a zapoczątkował go kryzys z pierwszej dekady XXI wieku. Po latach deindustrializacji Stary Kontynent zrobił zwrot, a produkcja zaczęła wracać do Europy. Pomocna w tym była idea Przemysłu 4.0, która kładzie duży nacisk na konieczność digitalizacji i automatyzacji gospodarek. Chodź nazwa wydaje się przemysłowa, to zjawisko dotyka niemal każdej branży. Obserwujemy cyfrowy wyścig zbrojeń na całym świecie, a utrzymanie konkurencyjności wymaga od przedsiębiorstw inwestycji w technologie i innowacyjność. Dzięki temu, że firmy zainwestowały w cyfrową transformację, dzisiaj mogą szybciej się dostosować do nowych warunków.

To dość ciekawe stwierdzenie, ale odnoszę wrażenie, że naszego kraju, a co za tym idzie rodzimych firm, ono nie dotyczy.

Bardzo popularne jest stwierdzenie, że polskie firmy są słabo ucyfrowione i zautomatyzowane, a od realizacji idei Przemysłu 4.0. dzielą nas lata świetlne. Proszę mi wierzyć, ale w gronie naszych klientów są takie przedsiębiorstwa, w których liczba robotów przemysłowych daleko wykracza poza unijną średnią. Firmy te odpowiednio wcześniej zainwestowały w IT, automatyzację produkcji, co teraz procentuje.

Niezależnie od tego, jakie technologie zostały wdrożone, cechą szczególną sektora wytwórczego jest to, że wymaga fizycznej obecności załogi w hali produkcyjnej. Przemysł nie przejdzie na tryb zdalny, jak inna firma, chociażby BPSC, w której pan pracuje.

Oczywiście są branże, w których ludzie muszą pracować, będąc fizycznie w miejscu pracy. W wypadku IT migracja do pracy zdalnej jest oczywiście prostsza ze względu na technologie i narzędzia. BPSC zajęło to od 48 do 72 godzin od momentu decyzji zarządu. Home office w hali produkcyjnej nie jest jeszcze możliwe, ale pozostałe etapy już mogą być realizowane zdalnie. Oczywiście pod warunkiem, że mamy takie formalne, techniczne i funkcjonalne możliwości.

I tu wracamy do tematu cyfryzacji. Jeżeli kilka lat temu firma nie zdecydowała się na wdrożenie systemu klasy ERP, dziś nie ma narzędzia, żeby nawet część operacji była realizowana zdalnie. Po raz kolejny okazuje się, że bycie innowatorem popłaca, ponieważ firmy, które już jakiś czas temu postawiły na cyfrową transformację, otrzymały premię za pierwszeństwo. Mogły niemal płynnie i z dnia na dzień, oddelegować ludzi do pracy zdalnej. Niedawno pojawiły się ciekawe badania EY, zrealizowane już w czasie pandemii, z których wynika, że bieżąca sytuacja walnie przyczyni się do przyspieszenia procesów cyfryzacji i automatyzacji.

Pański optymizm niejednego może zaskoczyć, zważywszy na to, że informacje, jakie docierają do nas z rynku, są - mówiąc oględnie - nienajlepsze.

Walka z wirusem przeniosła się również do sieci, która zainfekowana jest inwazją fakenewsów oraz informacjami, które skupiają się wyłącznie wokół negatywnych zjawisk. To pozwoliło nam na uknucie nowego terminu - infodemii, która paraliżuje strachem. A przecież warto zaistniałą sytuację przeanalizować również pod kątem szans, jakie może przynieść ona polskiej gospodarce.

Nasza gospodarka na koniec 2019 posiadała dodatni bilans płatniczy, więcej eksportowaliśmy niż importowaliśmy. W połączeniu z osłabiającą się złotówką powoduje to, że po otwarciu granic dla normalnego przepływu towarów i usług, ich ceny będą bardzo atrakcyjne dla odbiorców w pozostałych krajach Europy. Taki proces wspierać będzie dodatkowo zerwanie i zmiany wektora globalnych łańcuchów dostaw, które pomimo wysiłków władz chińskich wcale nie muszą zaczynać się w Państwie Środka. Dążenie przedsiębiorców do wykorzystania tych szans powinno bardzo mocno być wspierane przez rząd. Jest tutaj o co rywalizować, bo udział Chin w globalnych łańcuchach dostaw stanowi obecnie około 16 proc.

Idąc pana tokiem myślenia, uśpienie gospodarki na wczesnym etapie było dobrym krokiem, a rosnący kurs euro nie jest aż takim zagrożeniem, jak się go maluje?

Zacznijmy od końca - im więcej warte euro, tym więcej złotówek w efekcie trafi na konta polskich firm. To będzie dla nich ważne, szczególnie w tym trudnym okresie, bo nawet gdyby realnie sprzedawały mniej, to odczuwalna z tego tytułu strata będzie mniejsza. Co do pierwszej części, to musimy pamiętać, że rozwój wypadków w sytuacjach kryzysowych jest losowy i często nieprzewidywalny. Jednak wczesna reakcja powinna nam dać około 2-3 tygodni wyprzedzenia przed innymi krajami europejskimi.

Czy to nie jest myślenie mocno życzeniowe?

Niekoniecznie. Gdy spojrzymy na dane IFO Institute, to okaże się, że pod koniec marca ponad połowa niemieckich firm produkcyjnych deklarowała, że już wtedy silnie odczuwała skutki kryzysu. W tym samym czasie nasi klienci poszukiwali możliwości zwiększenia płynności finansowej oraz wdrożenia w systemie IMPULS EVO zmian prawnych wynikających ze specustaw.

Mało tego, widzieliśmy, że przedsiębiorcy porządkują procesy i tam, gdzie mogą, starają się przygotować na nadchodzącą przyszłość post epidemiczną. W tym czasie we Francji na szeroką skalę zakłady produkcyjne ograniczały moce. Tutaj dopatrywać się można kolejnej szansy dla polskich firm w momencie powrotu do normalnego lub quasi - normalnego przepływu towarów i usług w Europie.

Pod warunkiem, że producenci z Polski będą w stanie szybko dostosować się do aktualnie panującego zapotrzebowania na rynku.

Tak, szybkość przezbrojeń linii i zwinność w działaniu będą tu kluczowe. Nasi przedsiębiorcy znani są z elastyczności i szybkiej możliwości reakcji na zmiany popytu, ale sytuacja, która ich czeka, będzie wyjątkowa. Niższe ceny ze względu na kurs złotówki, zmiana wektora globalnych łańcuchów dostaw oraz szybkie dostosowanie się do popytu w innych krajach może wyjść na korzyść naszej gospodarce. Ten, kto odnajdzie się w tych realiach, zajmie dogodną pozycję wyjściową i już na starcie będzie liderem.



O takim scenariuszu już w lutym wspominał Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Wtóruje mu, chociażby Beata Javorcik, główna ekonomistka Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Dzisiaj taki rozwój sprawy zdaje się być możliwy, choć wszystko będzie zależało od rozwoju epidemii w Polsce i kolejnych działań rządu.

Na koniec chciałem zapytać o to, jakie mogą pojawić się zagrożenia, które są w stanie zakłócić prognozowany przez pana ciąg zmian?

To, co realnie może nam zagrażać i znacząco uderzyć w sektor wytwórczy to długotrwała izolacja naszej gospodarki od odbiorców zagranicznych. Jak już wspomniałem, na koniec 2019 roku mieliśmy dodatni bilans płatniczy gospodarki. Jeśli kolejnym negatywnym „czarnym łabędziem” będzie zmiana wektorów wewnętrznych gospodarek narodowych w kierunku maksymalizacji zakupów produktów krajowych oraz utrzymanie granic, barier celnych oraz długotrwałe zniesienie wolnej wymiany towarowej w Europie, może zniweczyć przedstawione przeze mnie kierunki rozwoju obecnej sytuacji.

Pozostaje też pytanie, jak długo finanse publiczne są w stanie wspierać zamrożoną gospodarkę. Początek roku niósł pozytywne sygnały co do stanu finansów publicznych, mimo licznych transferów socjalnych. W obecnej sytuacji wieszczy się blisko 50 mld dziurę w kasie publicznej.

Na koniec jednak pamiętajmy, że prof. Taleb, twórca pojęcia „czarnego łabędzia”, odnosi go również do nieprzewidzianych wydarzeń pozytywnych, więc jeszcze wszystko przed nami.



Rozmawiał Michał Kołtuniak

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA