fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

Koronawirus: przedsiebiorcy apelują o zawieszenie ogłaszania upadłości na czas epidemii

AdobeStock
Tysiące członków zarządów spółek ryzykuje majątek, nie ogłaszając niewypłacalności spółek.

Wielu przedsiębiorców uważa, że wśród „szczepionek" dla firm dotkniętych skutkami epidemii powinno być zawieszenie na jej czas upadłości.

Taki postulat pojawia się w związku z pracami parlamentarnymi nad tarczą antykryzysową, tym bardziej że takie rozwiązanie wprowadzają już Niemcy.

Rygory w razie klapy

Niemieckie rozwiązanie polega na tym, że zawiesza ono obowiązek zgłoszenia upadłości, „chyba że niewypłacalność nie wynika ze skutków pandemii koronawirusa lub nie ma perspektyw na wyeliminowanie zaistniałej niewypłacalności".

Większość prawników zajmujących się prawem biznesu, których zapytaliśmy o zdanie, opowiada się za podobnym rozwiązaniem w Polsce.

Trzeba zaznaczyć, że niezgłoszenie wniosku o upadłość niewypłacalnej firmy, zarówno spółki np. z o.o., jak i indywidualnej działalności (sklepik itp.) we właściwym czasie, grozi szefom i członkom zarządu spółki odpowiedzialnością karną, ale i odszkodowawczą (cywilną). Zwłaszcza w przypadku spółek z o.o. członkowie zarządu nierzadko muszą spłacać z osobistego majątku długi spółki, dlatego że nie zgłosili firmy na czas do upadłości. A wynosi on 30 dni od powstania niewypłacalności przedsiębiorstwa, a więc praktycznie od dnia nieuregulowania dwóch faktur w ciągu trzech miesięcy. I te rygory to drugi motyw, obok ratowania firmy miejmy nadzieję w przejściowych tarapatach, zgłaszania takich postulatów nie tylko przez przedsiębiorców, ale i menedżerów.

Wakacje upadłościowe

– Taka nadzwyczajna sytuacja jak obecna epidemia powoduje konieczność zastosowania nadzwyczajnych środków. Niemiecki pomysł zawieszenia obowiązku składania wniosku o ogłoszenie upadłości jest dobrym rozwiązaniem. Da ono przedsiębiorcom czas na powrót do normalności albo własnymi siłami, albo na przeprowadzenie restrukturyzacji – mówi „Rz" Piotr Zimmerman, radca prawy, specjalista od upadłości i restrukturyzacji. – Niemcy proponują termin do końca września i wydaje się, że w naszych warunkach to termin optymalny, niezbędny dla zakończenia spraw wynikłych wskutek epidemii i powrotu do normalnego rynku.

– Obecna sytuacja wymaga zdjęcia z zarządów firm odpowiedzialności za niezłożenie w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości, bo w czasie gdy spadają obroty wszystkim przedsiębiorcom w związku z epidemią, nie służy on ani interesom wierzycieli, ani pracownikom przedsiębiorstwa w kłopotach – dodaje mec. Zimmerman.

Podobnego zdania jest Marek Goliszewski, prezes BCC, który widzi sens zawieszenia obowiązku ogłoszenia upadłości do września. – Chodzi o to, by wygasić emocje i niepokoje oraz rygory związane z epidemią i przywrócić możliwie normalne funkcjonowanie gospodarki.

Wierzyciele bez ochrony

Przeciwnikiem okresowego zawieszania upadłości, w szczególności powielania niemieckiego rozwiązania, jest adwokat Bartosz Groele: – W polskich warunkach mamy wszelkie instrumenty prawne, by uczynić zadość wyważonym interesom uczestników obrotu, czyli zarówno firmom, jak i ich wierzycielom, a zmiana prawna w tym zakresie mogłaby przynieść skutki odwrotne do oczekiwanych. W razie czasowego odroczenia składania wniosku o ogłoszenie upadłości przedsiębiorcy i zarządy legalnie będą mogły rozporządzać majątkiem bez nadzoru sądu, a pewna część firm nie ma już szans na poprawę i zyskałaby tylko czas na ucieczkę z majątkiem przed wierzycielami i sprzedaż aktywów.

– W tych nadzwyczajnych okolicznościach w sprawach upadłościowych należałoby położyć akcent na restrukturyzację firm, kontynuowanie działalności gospodarczej. To byłoby zadanie także dla sędziów sądów restrukturyzacyjnych – dodaje adw. Groele.

OPINIA

prof. Michał Romanowski z Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat

Należy założyć, że znaczna część mikro-, małych, średnich i dużych przedsiębiorców na skutek epidemii i ograniczeń wprowadzonych rozporządzeniami ministra zdrowia utraci płynność, co doprowadzi do niewypłacalności. Nie można jednak zostawić przedsiębiorców samym sobie i mechanizmom obecnego prawa upadłościowego i restrukturyzacyjnego. Prawo upadłościowe i restrukturyzacyjne nie uwzględniają takiej sytuacji, zakładają upadłość jako wynik niepowodzenia biznesowego w normalnych warunkach gospodarczych, a nie w stanie nadzwyczajnym. Upadłość staje się zatem problemem społecznym, a nie wyłącznie między przedsiębiorcą a jego kontrahentami. Konieczne będzie zawieszenie postępowań egzekucyjnych, wprowadzenie pierwszeństwa dla wniosków o otwarcie restrukturyzacji, zawieszenie lub umorzenie danin publicznoprawnych, w tym podatków i ZUS, być może jakieś formy specjalnej ochrony przed wierzycielami, z wyważeniem interesów dłużnika i wierzyciela.

Wszystkie firmy stoją obecnie na krawędzi

Firma, która nie straciła ducha, może odzyskać stabilność finansową, gdy okoliczności ulegną zmianie – mówi Artur Zawadowski, radca prawny.

Co mają robić przedsiębiorcy i ich zarządy wobec groźby niewypłacalności wynikłej w stanie nadzwyczajnym?

Solidarność międzyludzka to jedno, ale po epidemii mogą pojawić się rozliczenia na podstawie umów i ustaw. Uzyskanie bezpieczeństwa prawnego jest dzisiaj podstawowym wymogiem, aby firmy skupiały się na problemach operacyjnych, bo firmy i gospodarka muszą funkcjonować.

A jednym z elementów tego bezpieczeństwa jest wywiązanie się z obowiązku zgłoszenia firmy w tarapatach do upadłości lub wszczęcia restrukturyzacji.

Patrząc na obecne problemy szerzej, najłatwiej byłoby przyjąć, że wszystkie firmy stoją na krawędzi upadłości, bo nie realizują swoich wymagalnych zobowiązań. A czy są one rzeczywiście niewypłacalne? To jest wątpliwa hipoteza. Znaczący albo nawet drastyczny spadek bieżących przychodów z działalności wynika z przyczyn, które są nadzwyczajne, są skutkiem pandemii, mają powszechny charakter i nie zależą od woli przedsiębiorców. Wywołują przy tym skutki, których firmy nie mogły przewidzieć, przygotować się do nich ani przedsięwziąć jakichkolwiek środków zaradczych.

Czy zatem mają składać wnioski o upadłość?

Z ostrożności składać, a gdy sytuacja się zmieni na lepszą, to cofać. Takie podejście wydaje się najprostsze. Jednak po pierwsze, sądy nie rozpatrują wniosków, bo nie pracują. Po drugie, cofnięcie wniosku wymagać może zgody sądu. Po trzecie, jeśli wszyscy złożą „z ostrożności" wnioski o upadłość, to powstaje wątpliwość co do racjonalności oceny wzmagającej ten pęd do biura podawczego. Oczywiście trzeba rozważyć, jak będą reagować organy państwa. Nie jest zaś opcją racjonalną wysłanie wszystkich firm do sądu upadłościowego i nie jest to działanie niczym uzasadnione.

Kiedy przedsiębiorca jest niewypłacalny?

Niewypłacalny to ten, kto nie jest zdolny do wykonywania swoich zobowiązań pieniężnych w terminie, utracił tę zdolność. Raczej trzeba zakładać, że ta tzw. przesłanka płynnościowa upadłości, czyli niezdolność do spłaty wymagalnych zobowiązań pieniężnych, w sytuacji epidemii nie zachodzi. Przeszkoda, z którą mamy do czynienia, ma przecież charakter przejściowy.

A co w odsetkami, odpowiedzialnością za opóźnienie w wykonywaniu zobowiązań pieniężnych w terminach w takiej sytuacji?

Tu odpowiedzi są różne. Nie jest wykluczone uznanie, że niedotrzymanie terminów płatności było następstwem zajścia nadzwyczajnej sytuacji, że zapłata łączy się z nadmiernymi trudnościami albo grozi rażącą stratą. Nie wiemy dzisiaj, czy jest to hipoteza trafna, gdyż sądy są zamknięte. Nie jest wykluczone, że uznają one (za jakiś czas), że ani wierzyciel, ani dłużnik nie pozostawali w zwłoce, skoro nie mogli opuścić domu. W takiej sytuacji opóźnienie wykonania przez firmę zobowiązań pieniężnych, w całości lub w części, nie będzie prowadzić bezpośrednio do spełniania przesłanki niewypłacalności.

Jak firma może dojść do tej konkluzji? Rozmawiając z jej wierzycielami – zawierając porozumienia, wymieniając maile?

To ważna kwestia praktyczna, trzeba działać tak długo, jak długo ludzie są gotowi nie ustawać w jej ratowaniu. Stworzyć nową będzie dużo trudniej. Ważne też, by nie podejmować pochopnych działań, a przede wszystkim nie składać przedwczesnych wniosków o ochronę do sądów upadłościowych. Sądy będą pracować wolno i coraz wolniej. Proste opóźnienie w regulowaniu zobowiązań pieniężnych, a nawet przejściowy brak środków na rachunkach pieniężnych nie musi przecież oznaczać niewypłacalności. Zawieszenie płatności również nie musi oznaczać de facto utraty zdolności do regulowania długów. Firma, która nie straciła ducha, może odzyskać stabilność finansową, gdy okoliczności ulegną zmianie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA