fbTrack
REKLAMA

Finanse

Słabość dolara, chwilowa czy jednak dłuższy trend przed nami?

Dolar amerykański, czyli waluta Stanów Zjednoczonych uznawana jest za jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Od dawien dawna stanowi przedmiot pożądania i dodaje poczucia stabilizacji i pewności. Nie zmienia się również to, że cały czas posiada renomę i dominuje we wskaźnikach obrotu walutą na świecie. Według szacunków dziennie jest to astronomiczna kwota 2,9 bln USD.

Hail to the king!

Amerykańska waluta mimo wielu głosów o schyłku panowania ma się całkiem dobrze. Euro czy juan, które miały zastąpić dolara, nadal mogą o tym tylko „pomarzyć”. Dlatego wciąż śmiało możemy mówić, że King Dollar to nie jest zaszłe powiedzenie, a realia obecnego świata finansów. Historia „zielonego” rozpoczęła się w lipcu 1785 roku, kiedy to po raz pierwszy został wyemitowany. Kluczowy w historii amerykańskiej waluty jest również rok 1973, kiedy to USD stał się walutą płynną. To wydarzenie stało się początkiem współczesnego rynku walutowego, którego podstawą jest określenie danego środka płatniczego w stosunku do konkretnej waluty, a nie jak było wcześniej w przeliczeniu na cenę danego kruszcu.

Wiele argumentów za

Wielu, siły dolara upatruje w tym, że jest to waluta największej gospodarki świata, czyli USA. Patrząc logicznie, właśnie waluta takiego supermocarstwa powinna zajmować dominującą pozycję na światowym rynku walut. W związku z tym liczni inwestorzy kupują dolary w mniej pewnych czasach, ponieważ wierzą, że największa gospodarka świata po prostu nie może upaść, a jej problemy są jedynie chwilowe. Wiele głównych cen surowców jak złoto, ropa naftowa czy produkty rolne są wyrażane właśnie w USD. Takiego stanu rzeczy nie zmieniły nawet kolejne kryzysy na świecie, które bardzo często miały właśnie swój początek na amerykańskiej ziemi.

Fed dzieli i rządzi

W kontekście amerykańskiej waluty nie można nie wspomnieć o instytucji, która w teorii sprawuje nad nią władzę. Mowa oczywiście o Federal Reserve System, w skrócie Fed. Organizacja ta pełni funkcję banku centralnego, czyli odpowiednika naszego NBP. Fed decyduje, spotykając się kilka razy w roku, jakie poziomy stóp procentowych będą obowiązywać w USA, czym bezpośrednio wpływa na notowania własnej waluty. Obniżka stóp powoduje, że waluta się osłabia. Ten bank centralny wpływa również na podaż pieniądza w systemie bankowym. W jaki sposób? Mianowicie chodzi o obrót obligacjami rządowymi. Jeśli Fed skupuje takie papiery (sytuacja, z którą mamy do czynienia obecnie) to w systemie pojawia się większa podaż pieniądza.

Polityka Fed na niekorzyść dolara

Warto w tym miejscu wspomnieć, w jakim miejscu obecnie znalazł się amerykański dolar. Pandemia koronawirusa sprawiła, że Fed skupuje olbrzymie ilości obligacji w ramach QE, by wesprzeć amerykańską gospodarkę. Działał również aktywnie na stopach procentowych, które w ostatnim czasie zostały obniżone kilkukrotnie. Co ciekawe prezes Fed niedawno zakomunikował, że stopy w USA pozostaną na niezmienionym poziomie do końca roku 2022 i takiego podejścia nie zmieni nawet skokowy wzrost inflacji (argument za podwyżką stóp procentowych) w krótkim terminie. Te wszystkie argumenty sprawiają, że amerykańska waluta nie ma argumentów za wzrostem wartości. Wydaje się, że „zielony” może pozostać w defensywie aż do czasu głosów sugerujących możliwą zmianę polityki monetarnej Fed.

Biden in minus dla „zielonego”

Bez wątpienia w ostatnim czasie ważnym wydarzeniem dla dolara były wybory prezydenckie w USA, które odbyły się na początku listopada. Jeszcze w czasie kampanii wielu analityków spekulowało, że zwycięstwo kandydata Partii Demokratycznej wpłynie niekorzystnie na amerykańską walutę, a utrzymanie urzędu przez Republikanina wzmocni USD. Wynik wyborów potwierdził sondażowe przewidywania i z wygranej mógł cieszyć się Joe Biden. I rzeczywiście, patrząc przez pryzmat notowań głównej pary walutowej świata, widzimy wzrost notowań od początku listopada z poziomu 1,1750 do nawet 1,23. Z czego wynikały przewidywania analityków, że dolar osłabi się po zwycięstwie Demokraty? Mianowicie z zapowiedzi kampanijnych Bidena. Mowa o wielkich planach wydatkowych w celu wsparcia gospodarki (wzrost deficytu budżetu jest niekorzystny dla waluty), a także zapowiedzi podwyżek podatków dla firm z sektora korporacyjnego, co mogłoby pogorszyć wyniki finansowe spółek i finalnie wpłynie niekorzystnie na gospodarkę USA.

Demokraci triumfują

Czynnikiem ryzyka dla ambitnych planów Demokratów była kontrola Senatu przez Republikanów. W tym kontekście wielką wagę miały uzupełniające wybory do tej wyższej amerykańskiej Izby, które odbyły się na początku stycznia. W ich rezultacie partia Bidena przejęła również Senat, co oznacza dla nich pełnię władzy i realizację pomysłów sygnowanych w kampanii prezydenckiej. Rynki nazwały to już „niebieską falą”, która zmiotła ze sceny rządowej zarówno Republikanów, jak i Trumpa. Po przejęciu całej władzy przez Partię Demokratyczną rynki zalała euforia, gdyż na dniach ma być ogłoszony kolejny gigantyczny pakiet fiskalny dla amerykańskiej gospodarki, który ma wpłynąć pozytywnie na ożywienie gospodarcze. Tak jak wspominaliśmy, dla amerykańskiej waluty oznacza to słabość, gdyż USA będzie się dalej zadłużać, wskutek czego deficyt państwa urośnie do astronomicznych rozmiarów. Również odsunięty w czasie ma zostać pomysł podniesienia podatków dla firm technologicznych, który mógłby podkopać nastroje na rynkach.

Dolar nie powiedział ostatniego słowa

Powstają więc idealne warunki dla apetytu na ryzyko, a więc napływu kapitału na rynki wschodzące, wzrostu cen surowców, a wszystko „sponsorowane” przez taniego amerykańskiego dolara, pompowanego w system finansowy. Wszystko gra przeciwko dolarowi, trzeba jednak jasno powiedzieć, że jest jedno „ale” takiej sytuacji. Mianowicie chodzi o wzrost rentowności amerykańskich obligacji, gdzie np. na notowaniach 10-latek w ostatnich dniach zobaczyliśmy wzrost powyżej 1%. To właśnie na tych papierach najwcześniej można zaobserwować pozycjonowanie się inwestorów pod wzrost inflacji w najbliższym czasie. Skoro mowa o olbrzymich zastrzykach gotówki, które mają trafić do systemu finansowego, to nieodłącznym elementem pozostaje właśnie wzrost cen. Taka sytuacja powoduje, że na obligacjach widzimy już pozycjonowanie się pod ewentualne podwyżki stóp procentowych wskutek wzrostu inflacji. Owszem, Fed mówi o ignorowaniu poziomu wzrostu cen, ale nie podał dokładnych wartości, które jest skłonny zaakceptować. Dynamika inflacji na poziomie 4-5% (takie poziomy nie są wykluczone wskutek wzrostu cen surowców na czele z ropą naftową) musiałaby wywrzeć presję na Fed i to widać na rosnących poziomach rentowności amerykańskiego długu. Ruchy na obligacjach z ostatnich dni spowodowały, że EUR/USD cofnął się z 1,23 na 1,21, więc nie można tej sytuacji bagatelizować i wieszczyć końca dolara amerykańskiego (aktualne kursy walut możesz sprawdzić np. tutaj: https://www.walutomat.pl/kursy-walut/usd-pln/). Do tego wszystkiego nie zapominajmy, że świat nadal nie poradził sobie z pandemią, a na trudne czasy dolar amerykański nadal pozostanie bezpieczną przystanią dla środków inwestorów.

Materiał Promocyjny 

REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA