fbTrack
REKLAMA

Finanse

Czy złoty się załamał?

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że na pandemii koronawirusa tracą wszyscy. Rzecz w tym, że niektórzy znacznie bardziej niż inni. Widać to również na rynku walutowym, gdzie odpływ kapitału był widoczny zwłaszcza w koszyku walut wschodzących. Niechlubnym liderem słabości wydaje się złoty, który ma za sobą fatalne miesiące. Pytanie tylko, czy diabeł jest faktycznie tak straszny, jak go malują?

Miłe złego początki

              Zeszły rok na parze EURPLN wydawał się wyjątkowy, precyzując: wyjątkowo nudny. Jego większa część minęła na konsolidacji i minimalnej zmienności. Ta była wyjątkowo odczuwalna zwłaszcza w pierwszej połowie roku. Zarówno na początku stycznia, jak i na koniec maja kurs euro wynosił 4,30 zł. W międzyczasie odchylał się w górę lub dół o nie więcej niż 4 grosze, choć większość tego okresu spędził, ograniczając się do połowy tego zasięgu. W połowie sierpnia kurs wspólnej waluty doszedł do poziomu 4,39 zł, by później w październiku wrócić w okolice 4,25 zł. W całym roku tygodnie ze zmiennością przekraczającą 5 groszy można było policzyć na palcach jednej dłoni. Nowy rok rozpoczął się wyjątkowo optymistycznie dla złotego. Kurs euro w pierwszych dwóch tygodniach zszedł nawet poniżej 4,20 zł, co było poziomem niewidzianym od maja 2018 roku. I kiedy wydawało się, że złoty wreszcie złapał wiatr w żagle, zaczęły napływać coraz bardziej niepokojące wiadomości z Wuhan.

Efekt kuli śniegowej

              Wraz ze wzrostem zachorowań rósł także niepokój na świecie. Wtedy jeszcze nikt nie myślał, że epidemia rozleje się tak bardzo po całym globie, jednak wszyscy z niepokojem obserwowali, jak zostaje wyłączona największa fabryka świata. Każdy kolejny dzień przynosił świeżą porcję niepokoju, przede wszystkim o łańcuchy dostaw, a w efekcie również o globalną gospodarkę. Kapitał z coraz większym strachem szukał bezpiecznych przystani, uciekając od aktywów jakkolwiek połączonych z ryzykiem. Złoty tracił na szerokim rynku, a skala wyprzedaży naszej waluty rosła z tygodnia na tydzień, osiągając ostatecznie rozmiary porządnej paniki. Euro od dołku w połowie stycznia do szczytu pod koniec marca podrożało o 45 groszy, czyli ponad 10%. Pojawiły się spekulacje, jak nasza gospodarka poradzi sobie na nowych poziomach kursów walutowych. Rzecz w tym, że te liczby, choć robią wrażenie, wcale nie są tak bardzo wyjątkowe jak się wydają.

Wyjątkowo drogo?

              Euro obecnie ustabilizowało się na poziomie między 4,50 zł a 4,55 zł, w szczytowym momencie dochodząc nawet do 4,63 zł. W ostatnim czasie zdążyliśmy się przyzwyczaić, że raczej trzyma się poziomów o kilkadziesiąt groszy niższych, więc odczucia z nowym kursem mogą być negatywne. Nie jest to jednak pierwszy raz, kiedy kurs EURPLN oscyluje w granicach 4,50 zł (kurs warto obserwować tutaj: https://internetowykantor.pl/kurs-euro/). W 2016 roku trzykrotnie podchodził do tego pułapu. Wcześniej pod koniec 2011 roku przez kwartał błądził po podobnych poziomach. Euro było jeszcze droższe w epicentrum kryzysu z 2008 roku, gdy w ogóle zanotowało historyczny szczyt. W lutym 2009 roku kurs EURPLN przebił 4,92 zł, po czym wrócił do spadków. Obecnie wspólna waluta faktycznie jest droga, jednak nie jest to sytuacja ani bezprecedensowa, ani ekstremalna.

Wyjątkowa zmienność?

              Podobnie wygląda analiza zmienności w ostatnich miesiącach. Na tle poprzedniego roku faktycznie robi ona wrażenie, ale w przeszłości wielokrotnie obserwowaliśmy podobny a nawet większy dyferencjał. W samym marcu różnica między maksymalnym a minimalnym kursem euro wyniosła 35 groszy i żeby odnaleźć podobny wynik, faktycznie trzeba się cofnąć dobrych kilka lat. Ostatni miesiąc z tak dużą zmiennością miał miejsce w maju 2012 roku, później amplituda wahań powoli wygasała. Na przestrzeni ostatnich 15 lat, miesięcy z podobnymi lub większymi zasięgami było łącznie 10, z czego większość przypadła na okres kryzysu z 2008 roku. Warto również zauważyć, że większość z tych miesięcy była wzrostowa, co tylko potwierdza, że to złoty w tej parze jest bardziej wrażliwy na wszelkie szoki.

Wyjątkowy kryzys?

              Powyższa analiza wskazuje, że obecny kryzys nie uderzył w złotego aż tak bardzo, jakby mogło się to wydawać z przekazów medialnych. Podobne załamania już się zdarzały i nasza waluta po nich relatywnie szybko wracała do względnej równowagi. Wyraźnie widać, że obecnej sytuacji daleko do kryzysu finansowego z 2008 roku. Wtedy euro od najniższego poziomu do szczytu podrożało prawie czterokrotnie bardziej. Pokazuje to, jak bardzo nasza waluta ostatnio dojrzała, złoty przestaje być pieniądzem peryferyjnym i choć nadal daleko mu do głównych walut świata, nie jest już aż tak podatny nawet na najsilniejsze wstrząsy.

Jest też i druga strona medalu. Nie jesteśmy w stanie tak naprawdę jeszcze ocenić rozmiarów obecnego kryzysu, ponieważ trwa on w najlepsze. Nie tylko nie wiemy, jaki ostatecznie będzie miał on wpływ na naszą gospodarkę, jak bardzo ucierpi choćby PKB, ale również jesteśmy w trakcie eksperymentu fiskalnego, jakiego w naszych realiach jeszcze nie przeprowadzano. Ostatnie działania banku centralnego są nastawione na ratowanie tu i teraz, w myśl zasady, że konsekwencjami naszych czynów będziemy martwić się później. Obniżanie stóp procentowych w momencie przekroczenia celu inflacyjnego, dodruk pustego pieniądza, czy poświęcenie wiarygodności i niezależności NBP dla ratowania budżetu, w przyszłości prawdopodobnie mocno odbije się na złotym. Szalejąca inflacja rozbiła w przeszłości już nie jedną walutę. Oby wiara, że epidemia koronawirusa rozwiąże ten problem za NBP, nie okazała się zbyt naiwna.

Materiał Promocyjny 

REKLAMA