fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Dramat artysty i rodziny

Zofia, Tomasz i Zdzisław Beksińscy. Historia tej rodziny rozpoczyna się od radości.
Biuro
„Beksińscy. Album wideofoniczny" to przejmujący dokument mający koronkową konstrukcję. Od piątku w kinach.

Film zainspirowany książką Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny" i zrealizowany na jej podstawie przez Marcina Borchardta został bardzo starannie przemyślany. Podstawowym źródłem materiałów, z których korzystał autor, były taśmy filmowe nagrywane przez Zdzisława Beksińskiego od połowy lat 80. Pozostało też wiele nagrań dźwiękowych, jako że rejestrował życie rodziny także w formie dzienników fonicznych. W sumie dokumentalista miał do przejrzenia około 350 godzin materiałów. Marcin Borchardt wykorzystał w filmie także archiwalia z TVP, WFDiF, zbiorów prywatnych.

Do tego pokaźny pakiet zdjęć, korespondencji i zapisków w prywatnym dzienniku. Sytuacja z jednej strony komfortowa – rzadko się zdarza, by można było korzystać z takiej obfitości materiałów przy dokumencie biograficznym, ale z drugiej kłopot – jak wśród takiego nadmiaru nie zgubić zamysłu opowieści. Borchardt zdecydował się przedstawić przede wszystkim zawiłą, psychologicznie bardzo interesującą relację ojca i syna i temu wyborowi podporządkował dobór materiałów. Narratorem dokumentu jest Zdzisław Beksiński (użyczył mu głosu Tomasz Fogiel).

Dokument zaczyna się od końca – od telefonu Zdzisława Beksińskiego do syna Tomka, kiedy zamiast niego odzywa się automatyczna sekretarka. W następnym ujęciu wchodzi do mieszkania syna. I słyszymy głos: „Droga Ewo, mam do zakomunikowania smutną wiadomość, Tomek popełnił samobójstwo w Wigilię i znalazłem go sztywnego w pierwszym dniu świąt o godzinie 15. Po raz pierwszy od śmierci Zosi poczułem radość, że nie doczekała tego, co byłoby dla niej nie do zniesienia. Ale myślę, że chyba dobrze się stało, jak się stało".

Dalsza część filmu ułożona została chronologicznie, jakby miała wytłumaczyć to okrutne na pozór ostatnie zdanie Beksińskiego. Bo rozumiał swego syna lepiej niż ktokolwiek – „żyję stale z depresją, a mój syn tego nie umie" – mówi w filmie ojciec.

Historia życia tej rodziny zaczyna się od radości, gdy młode małżeństwo Beksińskich nie chodziło, lecz tańczyło, nie mówiło, lecz śmiało się – do siebie i do świata. Pierwszy zapis fonicznego nagrania z rodzinnego albumu zanotowany został pod datą 23 września 1957 roku, kiedy Beksiński radosnym głosem obwieścił początek tworzenia albumu. Miał wtedy 28 lat, a jego syna Tomasza nie było jeszcze na świecie. Kiedy się urodził, Beksiński wyobrażał sobie, że będzie miał kumpla – tymczasem okazało się, że to nie wyszło. „Nie przewidziałem, że będzie niezadowolony. On nie kochał życia, on je z dużym wysiłkiem kontynuował" – mówi Beksiński.

Mały Tomek opowiada, jak lubi malować potwory, panów z czterema nogami i jak bardzo podobają mu się upiorne obrazy ojca. Potem było jego dorastanie – własna klepsydra, którą napisał i wydrukował, pierwsza próba samobójcza. „Stajesz się człowiekiem, który traci kontakt z rzeczywistością" – mówi do syna ojciec w czasie rodzinnej scysji z udziałem matki. „A może jestem nieszczęśliwy, że żyję? Szczęśliwy jestem tylko w poniedziałki o 22.10, jak się zapala czerwona lampka w studiu radiowym" – ripostował Tomek.

Film Borchardta to koronkowa konstrukcja, w której obraz i komentarz tworzą spójną całość – mimo że ulepione są z różnych źródeł ikonograficznych. Powstała przejmująca opowieść nie tylko o relacji ojca z synem i w ogóle relacjach w tej rodzinie, ale również o samotności, która bywa nie do pokonania. Także o artyście – oddziałującym tak mocno na rodzinę, że zaburzającym jej życie.

Streszczenie życia i zamknięcie go w 80. minutach materiałów nakręconych przez kilkadziesiąt lat ma jeszcze jeden walor – skłania do refleksji nad destrukcyjnym upływem czasu, pokazując zmiany zachodzące w bohaterach opowieści. I nie idzie tu tylko o biologiczny proces starzenia. Czas, choć zmienia rysy twarzy i sylwetki, nie musi przecież wkładać na nie brzemienia narastającego smutku – jak jest w przypadku zarejestrowanej na taśmie filmowej rodziny Beksińskich. A w pierwszym nagraniu byli tacy promienni, ich głosy wibrowały radością życia...

Marcin Borchardt pracował nad dokumentem trzy lata – i ten wysiłek nie poszedł na marne. Jego premiera (na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym, na którym został wyróżniony przez jury Międzynarodowego Konkursu Dokumentalnego „za poruszającą opowieść o skomplikowanych rodzinnych relacjach odtworzoną w skromnej formie rodzinnego albumu") nie była aż tak oczekiwana jak debiutujący na ekranach niespełna rok wcześniej film fabularny spółki: Robert Bolesto i Jan P. Matuszyński „Ostatnia rodzina". Obsypany nagrodami m.in. na Festiwalu w Gdyni brzmi jednak dużo słabiej, gdy zestawić go z dokumentem Borchardta. Jak na dłoni widać wówczas, że to, co zdawało się wielu odkrywcze, jest w istocie niezbyt twórczą, a znacznie bardziej odtwórczą wizją autorów fabuły. Więcej – są dialogi w filmie po prostu przepisane z taśm nakręconych przez Zdzisława Beksińskiego, o czym przekonają się widzowie dokumentu.

Mam nadzieję, że film Borhardta będzie miał ich wielu, bo „Beksińscy. Album wideofoniczny" to przejmujące, mądre kino.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA