fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Pro i kontra: Dulska nowa czy wtórna

materiały
Film Filipa Bajona to współczesne odczytanie Zapolskiej czy zapożyczenie? Spierają się krytycy „Rzeczpospolitej”.

Barbara Hollender

„Panie Dulskie" nie są na szczęście nudną ekranizacją szkolnej lektury. To inteligentna „wariacja na temat". Bajon sportretował mieszczańską warstwę ze wszystkimi jej przywarami, ale i zaletami.

Opowieść o paniczu, który pod okiem mamusi robi dziecko służącej? Coś takiego nie mogłoby się dzisiaj na ekranie obronić. Ale Filip Bajon potrafi spojrzeć na szacowne, acz lekko zmurszałe, dzieła z historii literatury świeżym okiem. I tak jak wcześniej uwspółcześnił „Przedwiośnie" Żeromskiego, tak teraz odkurzył dramat Gabrieli Zapolskiej.

Punkt wyjścia „Pań Dulskich" jest współczesny. Do rodzinnego domu przyjeżdża Melania, młoda reżyserka. Przywozi ze sobą Szwajcara, profesora psychiatrii Rainera Dulsky'ego. On szuka swoich korzeni, ona tematu na film. „Tak się teraz filmy robi: o rodzinie, ojcach donosicielach, o tym, co się wymiecie spod dywanu" – mówi. Odkrywa domowe tajemnice, także te sprzed kilkudziesięciu lat.

Panią Dulską z dramatu Zapolskiej z początku wieku XX gra Krystyna Janda. Ale potem są kolejne. Katarzyna Figura jako córka, która w dzieciństwie widziała dramat brata i służącej Hanki, a potem wykorzystywała rodzinną tragedię, żeby matkę szantażować. No i Maja Ostaszewska jako współczesna Dulska – niby już zupełnie inna: zbuntowana, bezkompromisowa. Ale czy na pewno? Pod koniec filmu zobaczymy, jak przejdzie obojętnie obok żebraka. Jak kiedyś jej babka.

Bajon kreśli portret ludzi, którzy sami o sobie mówią: „Dulscy zawsze byli z boku: listów nie podpisywali, w podziemiu nie walczyli, o Holokauście się z filmu dowiedzieli, w »Solidarności« też nie byli". Ludzi, którzy próbowali w miarę bezpiecznie przetrwać dziejowe burze. Raz ukrywając rodzinny skandal i w czterech ścianach piorąc brudy, raz bezgłośnie śpiewając kolędy, żeby nie narazić się ludowej władzy. Zakłamani, pełni hipokryzji, „ostrożni" mieszczanie budzą odrazę.

Bajon przygląda im się z dystansem i humorem. Ale też oddaje im sprawiedliwość. To warstwa zanurzona w tradycji. Obraz Rodakowskiego, na chwilę zdjęty ze ściany, wkrótce na nią powróci, w rozmowie pojawią się kwiaty Boznańskiej, a kolęda śpiewana ściszonym głosem przetrwa w pamięci i kiedyś zabrzmi głośno. Takie właśnie panie Dulskie, choć czasem, kosztem moralności i zamiatania spraw pod dywan, chroniły wartość rodziny i tradycji. To również dzięki nim polskie społeczeństwo przetrwało dziejowe burze, zachowując tożsamość.

Jest zresztą w bardzo sprawnie zrealizowanych i świetnie zagranych „Paniach Dulskich" jeszcze inna refleksja. Już na początku filmu kamera podjeżdża do drzwi. Zamkniętych. Za nimi kryje się niejedna tajemnica. Nie trzeba, jak Seidl, schodzić z kamerą do piwnicy, żeby poznać to, co głęboko ukryte. Czasem wystarczy uchylić te eleganckie frontowe drzwi.

Jacek Cieślak

Filip Bajon wyreżyserował swój film, opierając się na pomyśle znanym ze spektaklu Teatru TV Marcina Wrony. Dał dowód pychy, która każe mu sądzić, że jest lepszym dramaturgiem niż Zapolska.

Sytuacja jest delikatna, dlatego nie warto mnożyć niezręcznych kontekstów. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że film Filipa Bajona nie powstałby, gdyby nie „Moralność pani Dulskiej" – znakomity spektakl teatralny zmarłego tragicznie Marcina Wrony z kreacją Magdaleny Cieleckiej, nagrodzony Grand Prix Festiwalu Dwa Teatry.

Marcin Wrona, zgodnie z oryginałem, rozpoczął akcję przedstawienia na początku wieku, a potem, zmieniając dekoracje, doprowadził ją do współczesności, nienachalnie pokazując, że pełen hipokryzji syndrom „prania brudów we własnym domu" jest grzechem mieszczańskim ponadsystemowym.

Wrona nie zaproponował interpretacyjnej łatwizny jak jego epigon Bajon. Cielecka nie grała kobiety jednoznacznie złej. Jej dramat polegał na tym, że była silniejsza od mężczyzn i wobec ich lekkomyślności musiała trzymać rodzinę w ryzach.

Piszę tak dużo o spektaklu Teatru TV w recenzji o nowym filmie Filipa Bajona, ponieważ pokazał on rodzinę Dulskich w różnych czasach – dokładnie tak samo jak Marcin Wrona. Czy nie słyszał o głośnym spektaklu? Czy nikt mu o nim nie wspomniał? Czy kierowały nim inne pobudki – wie tylko on sam. Grzech zapożyczenia jest jednak niezwykle prawdopodobny i nawet zakłamana Dulska poczułaby niestosowność tej sytuacji.

Z kolei to, co w scenariuszu Bajona ma być rzekomo oryginalne, robi wrażenie grafomańskiej pisaniny na marginesie znakomicie skrojonej sztuki Zapolskiej, która w ten sposób została zagmatwana i popsuta. Najgorszy jest thrillerowo-suspensowy, pożal się Boże, wątek aborcji służącej Hanki. Powinien być usunięty na wstępnym etapie produkcji, żeby nie przynosić wstydu autorowi.

Bajon, urodzony w czasach stalinowskich, odgrzewa też typowe dla PRL dowcipy o Czapajewie, który w antysystemowych anegdotach był parodią amerykańskiego Supermana. Wydaje mi się, że film zrobiony tylko po to, żeby poszła na niego szkolna dziatwa mająca problem z czytaniem lektur, powinien być dla współczesnych dzieci zrozumiały. Tego jednak Bajon nie potrafi zrozumieć.

Przychodząc na świat w nieco łagodniejszym okresie PRL niż reżyser, miałem okazję podziwiać jego znakomite filmy, w tym „Wahadełko" i epickiego „Magnata". Niestety, od czasu „Przedwiośnia", a już na pewno pokiereszowanych bezsensownie „Ślubów panieńskich", wyreżyserowanych bez zrozumienia istoty dzieła Fredry, można odnieść wrażenie, że tamten Filip Bajon należy do przeszłości. Obecnie reżyser działa zgodnie z zasadą opisaną w piosence przez Wojciecha Młynarskiego: „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? Co by tu jeszcze?".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA