fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

"Boska Florence" - recenzja

Meryl Streep jako Boska Florence i doskonale jej partnerujący Hugh Grant (St Clair Bayfield).
Monolith
Amerykańska aktorka genialnie gra najgorszą śpiewaczkę świata, ale nie do końca poznała tajemnicę „Boskiej Florence".

Kiedy Meryl Streep jako Florence Foster Jenkins zaczyna śpiewać arię Mozartowskiej Królowej Nocy lub zalotnie wdzięczy się jako pokojówka Adela przebrana za damę z „Zemsty nietoperza", niemiłosiernie przy tym fałszując, publiczność w kinie wybucha głośnym śmiechem. Czy może być coś bardziej komicznego od sytuacji, w której ktoś z siebie robi idiotę, będąc przekonanym o własnej genialności?

Dobry dobór ról

Meryl Streep daje popis aktorstwa najwyższej klasy. Zresztą od dłuższego czasu tak dobiera role, jakby chciała udowodnić światu swą genialność, traktując kolejny film jak wyzwanie. Była śpiewającą ekshipiską („Mamma Mia!") i Margaret Thatcher („Żelazna dama"), chorą matką-narkomanką, tyranizującą rodzinę („Sierpień w hrabstwie Osage") lub podstarzałą gwiazdą rocka („Nigdy nie jest za późno").

Teraz jako Florence Foster Jenkins znów daje dowód bezbłędnego opanowania aktorskiego warsztatu. Samo fałszowanie, kiedy potrafi się śpiewać dobrze, jest czymś piekielnie trudnym. A ona potyka się o przeszkody na pięciolinii lekko, jakby autentycznie sprawiało jej to przyjemność.

Prowadzona przez świetnego profesjonalistę Stephena Frearsa (reżysera pamiętnej „Królowej") kreśli postać kobiety delikatnej, o wrażliwości dziecka, ale mocno stąpającej po ziemi. Otoczonej tłumem pochlebców, a bardzo samotnej. Kim jednak naprawdę była Florence Foster Jenkins? I dlaczego tak nas interesuje, ponad 70 lat po śmierci? Stała się przecież bohaterką kilku sztuk z „Boską!" na czele. Zaledwie zaś pół roku temu w naszych kinach pojawiła się francuska „Niesamowita Marguerite", inspirowana jej losami.

„Boska Florence" skupia się na ostatnich tygodniach jej życia. Nowy Jork, rok 1944, Florence Foster Jenkins dobiega siedemdziesiątki. Od ponad trzech dekad, kiedy to rozwiodła się z mężem, a po zmarłym ojcu otrzymała pokaźny majątek, oddaje się wymarzonej pasji, jaką jest śpiew. Działa w Klubie Verdiego, a raz do roku wynajmuje salę balową w hotelu Ritz-Carlton na swój recital.

Te występy stały się wydarzeniem gromadzącym nowojorską śmietankę, zachwyconą niezwykłym show, bo ona uwielbiała wymyślne stroje lub przypinała do ramion ogromne skrzydła. Owacjom nie było końca i jak w starej bajce Andersena nikt nie miał odwagi powiedzieć, że król jest nagi.

W 1944 roku postanowiła dać ostatni koncert, ale tym razem wynajęła najbardziej prestiżową salę Nowego Jorku – Carnegie Hall. I mógł jej posłuchać każdy, kto zdobył bilet. Jak się można było spodziewać, większość widowni skwitowała popisy Florence śmiechem, a w prasie pojawiły się druzgocące recenzje.

Wokół tego koncertu toczy się – z małymi odstępstwami od faktów – akcja filmu Frearsa. To doskonały materiał na komedię, ale losy Florence Foster Jenkins powinny wywoływać nie tylko śmiech. Zwłaszcza dzisiaj, gdy niejednego tego typu „artystę" możemy spotkać w naszym świecie – od Lany del Ray po Andreę Bocellego. Wystarczy mieć pieniądze lub dobre kontakty, przede wszystkim w mediach, dzięki którym i parę naszych operowych artystek stworzyło mit o swych światowych sukcesach.

Prekursorka

Można więc uznać Florence Foster Jenkins za prekursorkę show-biznesu, choć działała w pionierskich czasach i była apodyktyczna. Kiedy skończyła nagrywać płytę, stwierdziła, że udało się to perfekcyjnie. Dziś zajęliby się tym technicy i powstałaby wersja naprawdę bezbłędna. Są takie przykłady we współczesnej fonografii.

Fascynujące są też dwa wątki, które nie znalazły rozwinięcia w „Boskiej Florence". Pierwszy związany jest oczywiście z uwielbieniem, jakim była ona otoczona. W „Niesamowitej Marguerite" Xavier Giannoli interesująco pokazał egoistów i pseudoartystów, cynicznie żerujących na naiwności bogatej kobiety, pragnącej spełnić swe marzenia.

W „Boskiej Florence" Stephen Frears bardziej skupił się na postaci bohaterki i jej relacji z najbliższymi. A szkoda, bo ona fascynowała wielu ludzi. Kiedy ogłosiła datę występu w Carnegie Hall, trzy tysiące biletów rozeszło się najszybciej w historii Ameryki, prawie drugie tyle osób odeszło z kwitkiem od kasy. Florence Foster Jenkins podziwiali artyści, choćby Cole Porter czy Enrico Caruso. A przecież oni musieli słyszeć, że jej śpiew przypomina skamlanie pudla, który nasikał na dywan (tak napisał kiedyś brytyjski magazyn „Classic CD").

Intrygująca jest również nierozwiązana zagadka, co sama Florence sądziła o sobie. Czy przez ponad 30 lat żyła w nieświadomości, że odgrywa rolę klauna zabawiającego innych? A może świadomie godziła się na to, bo to był sposób na pokonanie przeraźliwej samotności, jaką nacechowane było całe jej życie?

„Boska Florence" poprzestaje na pokazaniu naiwnej, podstarzałej damy – śmiesznej nie tylko w tym, jak śpiewa. Meryl Streep dopracowała rolę w najmniejszym szczególe, ale nie zdominowała całkowicie filmu. Świetny, inny niż zazwyczaj jest Hugh Grant jako St Clair Bayfield – aktor, kabotyn, który po dość kiepskiej karierze własnej zajął się interesami Florence, tworząc z nią nieformalne, białe małżeństwo.

Objawieniem filmu stał się zaś Simon Helberg w roli pianisty Cosme Mc Moona. Scenę, gdy po raz pierwszy akompaniuje Florence podczas lekcji śpiewu, rozegrał subtelnie, a błyskotliwie.

St Clair Bayfield i Cosme McMoon przeżyli Florence, która zmarła w 1944 roku. Nigdy nie zburzyli legendy swej chlebodawczyni, a jej nagrania płytowe co pewien czas są wznawiane i cieszą się nadal powodzeniem. Z okazji premiery filmu też ukazała się kolejna reedycja płyty RCA Victor.

„Boska Florence" zaś to świetna komedia. Tylko tyle i aż tyle.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA