Jak studia filmowe uznały, że filmy mają zarabiać, a nie udawać sztuki w kinach

„Spider-Man” (2002) był olbrzymim sukcesem kasowym, ale Sony nie potrafiło przekuć go w wieloletni, dochodowy cykl na wzór „Iron Mana”
Archives du 7e Art/Columbia Pictures
Jeśli myślisz, że kino jest synonimem filmu, musimy cię wyprowadzić z błędu. Wybierasz ze starannie przygotowanego menu, z dań, których stworzenie opłacało się możnym tego świata – wielkim studiom filmowym. Kino ambitne stało się niszą i musisz go szukać na własną rękę.

Kino się zmieniło, to widać gołym okiem. Ot, choćby coraz trudniej trafić w multipleksach na sensowny film dla dorosłego widza, a łatwiej na obraz z numerem w tytule, który oznacza kolejną część cyklu. Co więcej, cyklu przeznaczonego dla szerokiej widowni, od 13. roku życia w górę. Niska kategoria wiekowa oznacza nie tylko brak przemocy i seksu, ale także brak dramatu, napięcia i grozy, któremu 13-latki mogłyby nie sprostać.

Od dłuższego czasu słychać o telewizyjnej rewolucji, w ramach której ambitni twórcy migrują z dużych studiów filmowych do internetowych serwisów wideo oraz wielkich sieci kablowych, gdzie mają więcej wolności artystycznej, pracując nad serialami. Faktycznie, Netflix, HBO, Amazon, Canal Plus czy polski Showmax są dziś nie tylko dystrybutorami, ale też producentami. Najnowszy przykład takiej kooperacji to „The Irishman", nowy film Martina Scorsese (Robert De Niro i Al Pacino w rolach głównych), który reżyser „Taksówkarza" niedawno skończył krę...

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL