fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal Biegowy

Magdalena Gorzkowska: Rozstania z bieżnią nie żałuję

Magdalena Gorzkowska
materiały prasowe
Magdalena Gorzkowska, gość Forum Sport – Zdrowie – Pieniądze. Halowa wicemistrzyni świata z 2016 roku w sztafecie 4x400 m zamieniła bieżnię na najwyższe szczyty świata. Zdobyła m.in. Everest (8848 m) i Makalu (8481 m), po Festiwalu Biegowym w Krynicy wyruszyła na Manaslu (8156 m).

Przywiązuje pani wagę do tytułów?

Niespecjalnie.

Najmłodsza Polka i pierwsza olimpijka, która weszła na Everest – to brzmi dumnie...

Zgadzam się, ale nie to było najważniejsze. Priorytetem jest zawsze, by wrócić całym i zdrowym do Polski. Nie każdy potrafi zostawić swoje ambicje i w odpowiednim momencie się wycofać. Nie przeżywać tego, że stracimy pieniądze czy czas. Umiejętność rezygnacji z dalszej części wyprawy to duża sztuka. Wiele osób podejmuje złe decyzje i kończy się to dramatycznie.

Miłością do gór zaraził panią tata...

Trochę tata, trochę brat – to z nim się wspinałam po raz pierwszy na Mont Blanc. Ale potem to ja przejęłam pałeczkę i zaczęłam sama realizować tę pasję. Brata wysokie góry już nie interesują, poza tym na co dzień mieszka w Anglii. Nie wiem, czy jeszcze gdzieś pójdziemy razem. W niższe góry na pewno. Jeśli tylko jest okazja, w Tatry wyjeżdżamy wspólnie.

Pani idolem był podobno Jerzy Kukuczka.

Bardzo mnie zainspirował do tych wypraw. Pewne cechy mamy wspólne, szczególnie determinację i wielką chęć wejścia na szczyt, a nie tylko przebywania w górach. Chciałabym tak jak on zdobyć wszystkie 14 ośmiotysięczników. Korona Himalajów i Karakorum to plan na najbliższe pięć lat. Realny, jeśli zdrowie pozwoli, a rocznie będę zaliczać po dwie–trzy góry.

Lekkoatletyczna przeszłość pomaga w górach?

Bardzo. Charakter ukształtowany na bieżni, wydolność, adaptacja organizmu do wysiłku. Wcale nie muszę dużo trenować, żeby przygotować się dobrze do wyprawy.

Ale sprintem na górę wbiec pani nie może...

Raczej się nie spieszę. To pomaga w aklimatyzacji. Zdarza się, że muszę walczyć ze sobą, bo ciało wyrywa się do przodu. Pojawia się chęć rywalizacji. Czasem się jej poddaję. To silniejsze ode mnie, ale staram się ją trzymać w ryzach. Kiedy jestem u szczytu, na wysokości 7–8 tys., organizm nie ma już ochoty na żadne wyścigi.

Jako dietetyk potrafi pani zadbać też o swoje menu...

Ta wiedza jest w górach bardzo przydatna. Apetyt spada w górach, czasami organizm nie daje oznak, że jest głodny, a ja mam świadomość, że muszę zjeść, że mój wydatek energetyczny i potrzeba uzupełnienia płynów są ogromne.

Która z dotychczasowych wypraw była najtrudniejsza?

Chyba Aconcagua ze względu na to, że wchodziłam sama w bardzo niesprzyjających warunkach, przy temperaturze minus 40 stopni i silnym wietrze. Mój strój nie był wówczas gotowy na takie warunki, nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jak należy się ubierać, więc odczułam to bardzo boleśnie. Ale była to też lekcja, z której wyciągnęłam wnioski i dzięki temu, jadąc w Himalaje, jestem już świetnie przygotowana.

Wyczynowa wspinaczka to droga zabawa. Jak zbiera pani środki na wyprawy?

Obecnie nie muszę się martwić o finansowanie wypraw. Mam wsparcie sponsora – InPostu. Niestety nie od razu było tak kolorowo, wyprawa na Mount Everest została w większości opłacona z mojej kieszeni, na Makalu też połowę kosztów pokrywałam sama. Na szczęście z każdą wyprawą pozyskiwanie wsparcia staje się prostsze.

Bieganie porzuciła pani w wieku 24 lat. Nie za wcześnie?

Być może. Ale powodów było tak wiele, że nie żałuję tej decyzji. Straciłam trenera, a zdrowie odmawiało posłuszeństwa. Próbowałam wrócić, ale to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że rezygnacja to był słuszny wybór. Zdecydowanie lepiej czuję się, kiedy nie muszę robić treningu na siłę.

Brak kwalifikacji na igrzyska w Rio był przełomowy?

Mocno to przeżyłam, ponieważ wiedziałam, ile kosztowały mnie przygotowania. Poświęciłam na to cztery lata. Było mi bardzo przykro, bo na igrzyska pojechały osoby, którym wcale na tym nie zależało i nie cieszyły się, że tam są.

Utrzymuje pani kontakt z koleżankami ze sztafety 4x400 m, nazywanymi już Aniołkami Matusińskiego?

Oczywiście. Wierzę, że dziewczyny zdobędą medal na zbliżających się mistrzostwach świata w Dausze i w przyszłym roku na igrzyskach w Tokio. Są znakomitą drużyną, mają drugi wynik na świecie. Poziom polskich 400 m pokazuje, że nie miałabym już szans na powrót. Ale jeszcze raz podkreślam, że tego rozstania nie żałuję.

—rozmawiał Tomasz Wacławek

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA